Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 6/10 grafika: 8/10
fabuła: 7/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 6 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,67

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 188
Średnia: 6,39
σ=1,77

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Chudi X)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Digimon Adventure

zrzutka

Grupka dzieciaków i misja ratowania świata. Niby nic nadzwyczajnego, ale zaskakująco pomysłowe.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Chudi X

Recenzja / Opis

Czytelników niezainteresowanych prywatnymi wynurzeniami zapraszam do następnego akapitu. Zazwyczaj nie pisuję takich wstępów (i wycinam je z cudzych recenzji), jednak uznałam, że w tym przypadku warto będzie zaznaczyć kilka rzeczy. Przede wszystkim, Digimony nie były kreskówką mojego dzieciństwa, po prostu dlatego, że gdy miały swoją premierę w Japonii (nie wspominając o premierze w Polsce), byłam już osobą dobrze dorosłą. Pamiętam jednak, że gdy emitowała je nasza telewizja, otarłam się o kilka odcinków, które mnie do pewnego stopnia zaintrygowały. Nie będę się wdawać w rozwlekłe wyjaśnienia, czemu sięgam po ten cykl akurat teraz, bo to nikogo nie zainteresuje. Chciałam jednak wyraźnie zaznaczyć mój punkt widzenia. Nie mam w tym przypadku różowych okularów nostalgii, co więcej – z natury jestem niezainteresowana innym medium niż anime, więc istnienie mang, gier i czego tam jeszcze nie ma dla mnie znaczenia. Postanowiłam zrobić to, co możliwe w tej sytuacji, to znaczy napisać szczerze, jak ta seria wygląda, gdy spojrzeć na nią „świeżym okiem”. Może ktoś, kto tak jak ja zastanawiał się długo, czy warto sięgać po ten cykl (i kogo zniechęcały zbyt hermetyczno­‑techniczne zachwyty wieloletnich fanów), znajdzie tu odpowiedź na swoje pytanie.

Fabuła zaczyna się prościutkim zawiązaniem: Taichi, Yamato, Sora, Jou, Mimi, Koushirou i Takeru, czyli siódemka mniej lub bardziej zaprzyjaźnionych dzieciaków z podstawówki (czwarta­‑szósta klasa plus jeden drugoklasista), przebywająca na obozie szkolnym, znienacka zostaje przetransportowana do dziwnego świata. Tam, jak się okazuje, czekają już na nich zabawne i nieduże stworki nazywające się digital monsters – digimonami – a także całe mnóstwo niebezpieczeństw. Na szczęście nowi znajomi naszych bohaterów to nie tylko urocze maskotki, ale także dzielni obrońcy, gotowi ryzykować życie dla swoich partnerów. Ale zaraz: o co tu chodzi? Dlaczego bohaterowie w ogóle trafili do tego świata? Czy to przypadek sprawił, że zostali wybrani akurat oni, spośród wszystkich innych dzieci na obozie? Jakie czeka ich zadanie? No i najważniejsze – jak mają wrócić do domu?

Trzeba uczciwie powiedzieć, że niezależnie od tego, co było pierwsze, pomysł fabularny czy marka, Digimon Adventure pod wieloma względami mogą się kojarzyć z seriami mającymi na celu głównie promocję zabawek i gier. Techniczne gadżeciki umożliwiające digimonom „ewolucję” w formy w praktyce bojowe (w teorii bardziej zaawansowane i/lub dorosłe) to jedno – drugie, że fabuła, szczególnie na początku, może kojarzyć się z grą komputerową. Jednak sprowadzenie tej serii do takiego ogólnika byłoby bardzo krzywdzące. Mimo wszystko mamy tu do czynienia z prawdziwą fabułą – owszem, dostosowaną raczej do młodszych widzów, ale zawierającą zwroty akcji i co najmniej w kilku miejscach mogącą zaskoczyć. To nie jest pretekst do prezentacji gadżetów, to prawdziwa przygodówka, w dodatku z akcją rozwijającą się na tyle dynamicznie, że nawet schemat wymuszający walkę w każdym odcinku nie razi aż tak bardzo. Wbrew temu, czego się obawiałam, po kilku pierwszych odcinkach otrząsnęłam się z wrażenia powtarzalności. Poza tym – o czym szerzej napiszę ciut później – część przynależnych do bohaterów digimonów wyłamuje się ze schematu słodkich stworków idealnych do przerobienia na zabawki – niektóre wyglądają raczej jak coś, co powinno być przeciwnikiem bohaterów, a nie ich sprzymierzeńcem. W dodatku sam koncept świata, w którym się znaleźli, w przewrotny sposób uzasadnia zarówno „mechanikę” walk, jak i sposób prowadzenia fabuły.

Dobre wrażenie zrobiły na mnie także wątki – albo raczej sceny – poświęcone poszczególnym bohaterom. Nie tylko dlatego, że dzieciaki mają takie problemy, jakie powinny mieć dzieciaki – niektóre bardziej poważne, ale mimo wszystko nieprzesadzone. Przede wszystkim dlatego, że ich sprawy osobiste nie przytłaczają ani serii, ani ich samych (z wyjątkiem pojedynczych momentów), nie są też rozciągane w nieskończoność. Niemal każde z nich ma jakieś sprawy ze świata realnego, z którymi musi się zmierzyć, ale na ogół jest to wpisane całkowicie naturalnie pomiędzy elementy przygody. Chwali się, że – wbrew temu, czego obawiałam się na początku – bohaterowie nie są całkowicie „wypreparowani” z rzeczywistości, mają jakieś rodziny i jakieś związki z innymi ludźmi. To sprawia, że mimo pewnego przerysowania charakterów nie wydają się tylko kukiełkami potrzebnymi do popychania fabuły, lecz stają się bardziej realni.

Tu jednak objawia się najpoważniejsza słabość serii – wada, która doprowadziła do okaleczenia zarówno scenariusza, jak i bohaterów, a której nie da się złożyć na karb uproszczeń mających dostosować pokazywaną historię do potrzeb młodszych widzów. O czym mówię? O nieprawdopodobnej wręcz bierności bohaterów. Wiem, że to brzmi paradoksalnie (i pewnie nie wszyscy się ze mną zgodzą), jednak z kolejnymi odcinkami przekonywałam się o tym coraz dobitniej. Jasne, bohaterowie biegają, wołają i działają, jednak im bardziej się temu przyglądać, tym bardziej to wszystko pozbawione jest znaczenia. Fabuła popycha ich do przodu na każdym kroku, sprawiając, że trafiają akurat we właściwe miejsce, by spotkać nowego przeciwnika, idealnie dostosowanego do ich aktualnego poziomu. W odpowiednich momentach napotykają także na sprzymierzeńców dostarczających im akurat najpotrzebniejsze wyjaśnienia, a poza tym mogą liczyć na „telefony od przyjaciela” – przekazy tajemniczego Gennaia, które przypadkiem zawsze dotyczą tego, co akurat powinni wiedzieć (i urywają się, nim zdążą się dowiedzieć za dużo). Jasne, zbiegi okoliczności są potrzebnym i uznanym sposobem popychania fabuły – ale żeby jedynym?

Mniejsza o samo nieprawdopodobieństwo takiego prowadzenia fabuły, gorzej, że odbiera to cały sens działaniom postaci. Brakuje tu jakiegokolwiek planowania, pomysłów, jak wybrnąć z kolejnych niebezpieczeństw – ja rozumiem, to są dzieciaki, ale mimo wszystko chętnie popatrzyłabym, jak kombinują. Szczególnie irytujące jest powtarzanie ad infinitum schematu, w którym bohaterowie pchają się w pułapkę bez cienia zastanowienia, co stało się ostatnie dwadzieścia razy, gdy nabrali się na gościnnie wyglądające miejsce. Jakąś indywidualną celowość działań można dostrzec dopiero pod sam koniec (akurat w bardzo źle wybranym momencie), ale nawet wtedy ma to na celu głównie przepchnięcie poszczególnych postaci przez indywidualną serię zbiegów okoliczności, które dostarczą im wszystkiego, co potrzeba. Dorzućmy do tego, że walki digimonów w zasadzie za każdym razem rozstrzyga czysto mechanicznie „siła ognia” – nie ma tu mowy o jakiejkolwiek pomysłowości czy kooperacji (mimo zróżnicowania ataków, należące do bohaterów digimony w najlepszym razie potrafią nie przeszkadzać sobie nawzajem), zaś sami bohaterowie pełnią wyłącznie rolę „bateryjek”, umożliwiających ich podopiecznym stosowną ewolucję.

Chociaż piszę to z przykrością, Digimon Adventure doskonale radzi sobie z pokazywaniem całkiem sympatycznych dzieciaków – z osobna. Nie potrafi natomiast w przekonujący sposób pokazać łączącej ich (i teoretycznie zacieśniającej się) przyjaźni. Ot, są dla siebie mili, bo to generalnie dobre i miłe dzieci, a jeśli już, to na końcu serii wydają się mniej zgrani niż na początku. Nie wykluczam, że problemem może być natłok postaci na pierwszym planie – bohaterów jest na początku siódemka, a każde ma swojego digimona, także obdarzonego jakimś charakterem i temperamentem. To sprawia, że trudno omawiać ich pojedynczo – wypełniłoby to połowę recenzji, i prawdę mówiąc, niczemu nie posłużyło. Nie umiem tu wskazać postaci nieudanych, które należałoby wyciąć z fabuły, ale przypuszczam, że ograniczenie ekipy do trzech­‑pięciu osób (plus digimony) mogłoby pomóc. Na ogromny plus należy zapisać to, że chociaż widać tu parę „liderów” – Taichiego i towarzyszącego mu Agumona – nie dominują oni całkowicie walk. Pod tym względem każdy ma szansę się wykazać.

Jest tu jednak coś, co sprawia, że seria nadrabia wszystkie opisane przeze mnie wady – coś niezwykle rzadkiego. Digimon Adventure pokazują świat nakreślony z niezwykłym rozmachem i wyobraźnią. Owszem, projekty postaci ludzkich mogą się wydawać nadmiernie uproszczone, a animacja nie zawsze im służy (w niektórych ujęciach Koushirou miał tak szeroko rozstawione oczy, że bardziej od towarzyszącego mu Tentomona przypominał owada). Owszem, część digimonów – ze szczególnym uwzględnieniem Agumona i jego form – wygląda jak gotowe modele przyszłych ruchomych zabawek do sprzedawania widzom. Jednak pokazany tutaj świat od pierwszego odcinka po prostu urzekł mnie niezwykłą pomysłowością, a przy tym niesamowitością. Wplecione w „magiczny świat pełen mówiących zwierzątek” elementy dobrze znane, takie jak budki telefoniczne, znaki drogowe czy lodówki, wyjęte z kontekstu i pozbawione właściwej funkcji sprawiały przyjemnie surrealistyczne wrażenie, a tła, na których rozgrywała się akcja, były po prostu piękne.

W pomysłach na digimony brakuje jakiejkolwiek jednolitości czy wspólnego tematu, ale z drugiej strony to także ma swój urok. Zdarzają się tu stworzenia stosunkowo konwencjonalne – jak wariacje na temat dinozaura czy wilka – ale też przedziwne cielesno­‑mechaniczne hybrydy oraz pomysły, na które chyba na trzeźwo wpaść by się nie dało, takie jak kaktus w rękawicach bokserskich czy narwalo­‑zająco­‑żółwio­‑niewiadomoco. W dodatku duża część nawet z tych „dobrych” w formach bojowych ni diabła nie wygląda miło i przyjemnie – ogromna mecha­‑błonkówka czy ptaszydło z zębatą paszczęką wyglądają jak coś, co w innych seriach raczej lata za bohaterami, by ich zeżreć, a nie stanowi wsparcie. Nie do końca przekonały mnie tylko digimony aniołopodobne – jakoś pozbawione tego pomysłowego szaleństwa, które cechowało inne. Jeśli już, przeszkadzał mi jeden drobiazg, dotyczący nazewnictwa. Każdy rodzaj digimona ma, oczywiście, nazwę kończącą się na -mon, co prawdę mówiąc, laikowi okropnie utrudnia życia i sprawia, że te nazwy mieszają się i zlewają ze sobą (szczególnie gdy pierwszy ich człon pochodzi od jakiegoś zbitka japońskich słów). W dodatku są one pozbawione indywidualnych imion, więc bohaterowie zwracają się do każdego z nich inaczej, zależnie od formy (na przykład towarzysz wspomnianego Taichiego może być nazywany Koromonem, Agumonem, Greymonem, War­‑Greymonem), co tym bardziej utrudnia zapamiętanie czegokolwiek. Ostatecznie jednak nie sądzę, by celem wielu widzów było uczenie się nazw digimonów na pamięć, więc nie traktowałabym tej wady jako poważnej. Można za to powiedzieć, że dzięki zróżnicowaniu form nie ma szans pomylić się i zapomnieć, z kim mamy akurat do czynienia, nawet jeśli nie przypomnimy sobie adekwatnej nazwy.

Jak na serię dla dzieci, mamy tu do czynienia z wyjątkowo bogatą ścieżką dźwiękową, wykorzystującą także całkiem udane piosenki, towarzyszące niektórym scenom (przede wszystkim walkom), a nawet utwory klasyczne (genialne zastosowanie Bolera Ravela, od którego za każdym razem po plecach przechodziły mi ciarki). Jeśli miałabym wskazać jakąś wadę, to chyba tylko taką, że czasem muzyka za bardzo wyprzedzała wydarzenia – po samej jej zmianie można było przewidzieć, jak za moment zmieni się nastrój sceny. Trudno mi natomiast napisać coś o seiyuu, bo po prostu brakuje tu ról, w których byłoby coś ciekawego do zagrania – część postaci ma jakąś manierę mówienia, ale to właściwie wszystko.

Porządne przeanalizowanie Digimon Adventure wymagałoby zaspoilerowania serii co najmniej od połowy i pewnie zmieniłoby się (nie do końca słusznie) w katalog mniejszych i większych przewinień. Zaznaczę tylko, jako ostatni etap narzekania, że zupełnie mnie nie przekonuje koncept „ewolucji” jako świadomego dopasowywania się do zmiany warunków, a ostatni przeciwnik (co trochę się z tym konceptem wiąże) wypadł blado i nieciekawie. Kogo to jednak obchodzi? Mimo upływu lat, Digimon Adventure to z pewnością seria, która nadal może się podobać dzieciom, jest wciągająca i – w odróżnieniu od bardzo wielu innych – nie ogłupia. A przy tym potrafi naprawdę działać na wyobraźnię, nie tylko młodych widzów. W moim przypadku spełniła swoje zadanie – obudziła apetyt na ciąg dalszy.

Avellana, 5 kwietnia 2015

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Toei Animation
Autor: Akiyoshi Hongou
Projekt: Akiyoshi Hongou, Katsuyoshi Nakatsuru
Reżyser: Hiroyuki Kakudou
Scenariusz: Satoru Nishizono
Muzyka: Takanori Arisawa

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Podyskutuj o Digimon na forum Kotatsu Nieoficjalny pl