Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Dango

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 7/10 grafika: 6/10
fabuła: 4/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 13
Średnia: 5,69
σ=1,73

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Avellana)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Mission-E

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2008
Czas trwania: 12×22 min
Tytuły powiązane:
Postaci: Uczniowie/studenci; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Supermoce
zrzutka

Po co psuć to, co było dobre? Czyli o wpływie zmian gatunkowych na jakość kontynuacji.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: zonk486

Recenzja / Opis

Do niewątpliwie długiej listy rzeczy, które są starannie ukrywane przed opinią publiczną, należy zaliczyć także istnienie ludzi określanych jako „typ E” – kobiet (bo tylko je to dotyka) obdarzonych zdolnością emitowania fal elektromagnetycznych. Takie osoby, pomijając problemy z funkcjonowaniem w naszpikowanej elektroniką Japonii AD 2022, mogą okazać się niezwykle przydatne, jeśli tylko dla ich mocy zostanie znalezione odpowiednie zastosowanie. Nad tym właśnie pracuje złowroga Fundacja, której szef nie cofnie się przed porywaniem potencjalnych obiektów eksperymentów, najczęściej nieświadomych jeszcze własnych możliwości. Ale ktoś jednak staje w obronie nosicielek typu E – to organizacja o nazwie OZ, kierowana przez Sonomi Kujou, poszukująca możliwości jak najlepszej integracji ludzi typu E ze zwykłymi ludźmi. Zaś najskuteczniejszą siłą wykonawczą OZ są wyposażone w specjalne kombinezony wspomagane dwie agentki do zadań specjalnych: Chinami Ebihara i Maori Kimizuka.

Akcja rozgrywa się ponad pięć lat po zakończeniu Code­‑E – Chinami ma tu lat dwadzieścia dwa, natomiast Maori (w pierwszej serii pojawiająca się chyba dwa razy w tle, jako mała dziewczynka) – siedemnaście. Innymi słowy, nie jest to kontynuacja bezpośrednia, a oglądanie Mission­‑E właściwie nie wymaga znajomości Code­‑E. I niewykluczone, że dobrze by wyszło na braku pierwszej części… O ile bowiem Code­‑E było przeuroczą szkolną komedią romantyczną, z pasującym nawet wątkiem nadnaturalnych zdolności Chinami i niepasującym zakończeniem, ładującym jakiś wielki spisek, o tyle Mission­‑E koncentruje się na tym właśnie spisku (czyli późniejszej Fundacji). Innymi słowy, jako szkielet fabularny wykorzystuje właśnie to, co w pierwszej serii było najsłabsze, zarzucając to, co było dobre – czyli pokazanie barwnych i ciepłych relacji między postaciami.

Od razu może zaznaczę, że nie przedkładam komedii szkolnych nad filmy sensacyjne. Po prostu Code­‑E było dobrą komedią, natomiast Mission­‑E jest sensacją zwyczajnie nieudaną. Wyjściowy pomysł jest szalenie oryginalny: mamy grupę mutantów… przepraszam, ludzi typu E, dobrą organizację, która im pomaga, oraz złą organizację, która chce ich albo wykorzystać, albo zniszczyć (a najlepiej jedno i drugie). Niemal połowę serii zajmują kolejne misje Chinami i Maori, udaremniających kolejne niecne plany Fundacji, które na pewno by się powiodły, gdyby nie te wścibskie agentki… W tle mamy ponure rozważania wiecznie nabzdyczonej Maori na temat tego, czy typ E to potwory, które powinny unikać ludzi, a ogólny wydźwięk jest taki, że gdyby tylko ktoś wiedział, nastąpiłby momentalnie efektowny lincz nieszczęsnych dziewcząt. Do tego mój ulubiony element komediowy, Adol Brinberg, pojawia się tu w charakterze ufarbowanego na czarno ponurego mściciela z gębą, jakby zjadł miskę cytryn.

Wszyscy za to radośnie ignorują nonsensowność założenia, że typ E to niebezpieczne mutanty, których ludzie obowiązkowo się będą bali. Mogę zrozumieć sytuację rodziców Chinami w pierwszej serii, kiedy nie mieli pojęcia, że nie tylko ich córka jest dziwna i mogli po prostu bać się tego, co się z nią stanie. Ale na litość bogów, chyba nawet Japonia odeszła już kawałek od średniowiecza i opisanie nowej jednostki chorobowej (bo typ E to przede wszystkim utrudniająca życie dysfunkcja organizmu, notabene pochodzenia wirusowego) nie powinno raczej zachwiać podstawami społeczeństwa. Tym bardziej że owe „moce” nie polegają na lataniu, czytaniu w myślach czy widzeniu przez ściany – używany namiętnie argument o śmiertelnej skuteczności agentek ubranych we wspomagające ich ruchy specjalne kombinezony przypomina argument o tym, że człowiek w samochodzie to nienaturalny potwór, bo porusza się kilkadziesiąt kilometrów na godzinę i może kogoś zabić, jak na niego najedzie. Założenie, że wszyscy natychmiast się od kogoś odwrócą dlatego, że ten ktoś może im popsuć telefon komórkowy, jest… no, głupie.

Jednocześnie jednak nie potrafię z czystym sumieniem całkowicie tej serii skreślić, doradzając wszystkim, żeby możliwie szybko zapomnieli o jej istnieniu. Mission­‑E ma swoje momenty – dokładnie wtedy, kiedy odczepia się od kolejnych zadań i spisków, a skupia na relacjach między postaciami. Niestety, bardzo nam tego poskąpiono. Sonomi, Yuuma i Chinami nadal się przyjaźnią, ale rzadko mamy okazję je razem oglądać. Koutarou pracuje chwilowo na drugim końcu Japonii, a chociaż każda scena z udziałem jego i Chinami jest uroczo naturalna, takich scen mamy kilka na całą serię. Sonomi jest mężatką, ale wiadomo o tym z dwóch rozmów telefonicznych, jakie odbywa z mężem… I tak dalej. Udaną postacią pozostaje Chinami – jej ciepły optymizm i ogólne roztrzepanie w zgrabnym i przekonującym połączeniu z zaradnością i skutecznością w czasie misji kojarzyły mi się mocno z Yomiko Readman z Read or Die. Natomiast początkowo straszliwie „płaska” i jednowymiarowa Maori zyskuje w trakcie serii – i to nie w momencie, kiedy miota się ze swoimi wydumanymi dylematami, ale kiedy wreszcie autor przypomina sobie, że ona też może mieć jakieś dodatkowe cechy charakteru. I wprawdzie im dalej, tym bardziej wątła fabuła się rozsypuje, ale jednak kilka scen (w połączeniu z nowym wątkiem romantycznym) pod sam koniec sprawiło, że prawie wybaczyłam Mission­‑E zmarnowanie potencjału wyjściowego postaci.

Kreska zachowuje wierność pierwszej serii, chociaż została trochę poprawiona. Oznacza to przede wszystkim bardziej dopracowane tła i animację scen akcji (bez przesady, ale nie wyglądają źle). Podejrzewam jednak, że w dalszym ciągu projekty postaci nie wszystkim muszą się podobać – nosy urywają się w połowie twarzy, gdzieś nad ustami, w wielu ujęciach twarze są krzywe, a ludzie – szczególnie mężczyźni – miewają dziwacznie powykrzywiane żabie usta. Z drugiej strony trzeba przyznać, że ładnie poradzono sobie z postarzeniem oryginalnej ekipy o kilka lat – nadal można odpowiednie osoby rozpoznać, ale jednocześnie sprawiają wrażenie wyraźnie doroślejszych (może z wyjątkiem Chinami, ale w tym przypadku to głównie zasługa niezmienionej fryzury i braku makijażu w połączeniu z dość dziewczęcym typem urody). Muzyka jest, jaka była, czyli raczej przeciętna, z instrumentalną czołówką (tym razem „styl sensacyjny” do niej pasuje) i wpadającą w ucho, chociaż dość mocno elektroniczną, straszącą „engriszem” piosenką Feel so Easy! przy napisach końcowych.

Jak napisałam wcześniej, Mission­‑E można oglądać bez znajomości Code­‑E – potrzebne wydarzenia zostaną przypomniane w retrospekcjach, a chociaż straci się trochę dodatkowych informacji, nie będzie to raczej nic, czego nie dałoby się domyślić. Problem polega na tym, że jako seria nadnaturalno­‑sensacyjna jest to tytuł dość przeciętny, skrótowo traktujący bardzo ograny temat. W sumie więc poleciłabym raczej tej wąskiej grupie osób, które oglądały Code­‑E i mają do niego sentyment – klimat się zmienia, ale jednak całość nie jest aż tak długa, można ją więc potraktować jako uzupełnienie wiedzy.

Avellana, 16 lutego 2010

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Studio DEEN
Autor: Kaede Sasahara
Projekt: Tetsuhito Saitou
Reżyser: Ichirou Sakaki, Jukki Hanada, Junji Nishimura, Takuya Satou, Toshifumi Kawase, Toshiyuki Katou
Scenariusz: Ichirou Sakaki
Muzyka: Caoli Kano