Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Yatta.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

5/10
postaci: 6/10 grafika: 5/10
fabuła: 5/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 13
Średnia: 6,54
σ=2,68

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Avellana)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Yes! Precure 5

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2007
Czas trwania: 49×25 min
Tytuły alternatywne:
  • Yes!プリキュア5
  • Yes! Pretty Cure 5
Gatunki: Przygodowe
Widownia: Shoujo; Postaci: Magical girls/boys, Uczniowie/studenci; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Magia
zrzutka

Pięć wojowniczek w kolorach tęczy… I wystarczy, po co się wysilać ze scenariuszem?

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Nozomi Yumehara, uczennica gimnazjum Cinq Lumiere, może się pochwalić niewyczerpanymi zasobami optymizmu i wiary w lepsze jutro. Brakuje jej za to paru innych rzeczy – przede wszystkim zdecydowania, co sprawia, że zmienia szkolne kluby jak rękawiczki i nie ma pojęcia, co właściwie powinno stanowić jej cel życiowy. Dlaczego więc nie miałoby się nim stać… Przywrócenie do istnienia Królestwa Palmier, zniszczonego przez ponurą organizację Nightmare? To właśnie jest największym marzeniem przeuroczego stworka imieniem Coco, a dobre serce Nozomi nie pozwala jej zostawić nieszczęśnika bez pomocy. Jednakże tego rodzaju magiczna rewitalizacja nie jest łatwa: jedyna nadzieja kryje się w znalezieniu pięćdziesięciu pięciu duszków Pinky i zgromadzeniu ich w przedmiocie nazwanym Dream Collet. Ten, komu się to uda, będzie mógł wyrazić dowolne życzenie… I właśnie dlatego Dream Collet jest celem usilnych poszukiwań przedstawicieli Nightmare, którzy przybyli śladem Coco do Japonii. Nozomi otrzymuje moc umożliwiającą jej przemianę w magiczną wojowniczkę, Cure Dream, ale musi jeszcze znaleźć czwórkę dziewcząt, które także zdecydują się zostać wojowniczkami i wraz z nią walczyć o uratowanie magicznej krainy.

Czwarta seria telewizyjna z cyklu Precure („5” w tytule odnosi się do liczby wojowniczek) to kolejna porcja eksperymentów z formułą magical girls. Anime sięga tym razem do wzorców wykorzystanych chociażby w dobrze znanej Czarodziejce z Księżyca, czyli formuły sentai – piątki koniecznie różnokolorowych wojowników (wojowniczek). Cykl traci wprawdzie dotychczasowe elementy rozpoznawcze – motyw przyjaźni jako siły magicznej oraz konieczność wspólnej transformacji dziewcząt (a z tytułu znika futari, odnoszące się do dwóch osób), ale zyskuje oczywiste korzyści. Więcej bohaterek to większe możliwości zróżnicowania ich charakterów i umiejętności, przekładające się na związane z nimi wątki poboczne. Do tego oczywiście więcej magicznych gadżetów i rozmaitych mocy do wykorzystania w walkach… Problem polega tylko na tym, że jeśli nie umie się tego wszystkiego wykorzystać, bilans zysków i strat w porównaniu do poprzednich serii (szczególnie Futari wa Precure Splash Star) wypada bardzo niekorzystnie.

Konstrukcja świata i fabuły pozostaje podobna, chociaż i tu znajdziemy trochę znaczących różnic. Warto zauważyć, że w odróżnieniu od poprzednich serii, Królestwo Palmier nie jest mistyczną krainą światła lub sił natury – to sztampowy świat baśniowego fantasy, zamieszkany wyłącznie przez urocze maskotki. Co za tym idzie, moce wojowniczek także nie odwołują się do elementów przyrody, ale do przymiotów, jakimi obdarzona być powinna młoda dziewczyna: nadziei, zapału, ożywienia, spokoju i inteligencji. Głównym problemem fabuły jest jednak brak jakiegokolwiek szkieletu, rozplanowania wydarzeń. Teoretycznie chodzi o łapanie magicznych duszków, ale – jak się szybko przekonujemy – to akurat odbywa się dość przypadkowo i często „poza kadrem”. W efekcie widz nie może śledzić na bieżąco postępów bohaterek, a zresztą nie ma tu żadnych etapów pośrednich – do momentu zgromadzenia wszystkich Pinky i wypowiedzenia życzenia sytuacja Królestwa Palmier nie może ulec zmianie. Jeśli do tego dorzucimy odrobinę zmieniony koncept, zgodnie z którym siły zła wysyłają na przemian kilku podwładnych (zamiast powierzyć misję jednemu, sprzątnąć go po kolejnym niepowodzeniu i przejść do następnego), możemy zauważyć, że tak naprawdę, gdyby nie lekko zmienione gadżety, odcinki z końca i początku serii można by wymieszać swobodnie i nikt nie zauważyłby, że fabuła teoretycznie jest na bardziej zaawansowanym etapie. Jedyne części z zarysowaną chronologią to pierwsze kilka odcinków (do momentu zgromadzenia zespołu) i oczywiście kilka ostatnich (z finałową rozgrywką). Podobnie nieciekawe jest Nightmare, organizacja nakreślona na obraz i podobieństwo wielkiej korporacji – niestety zamiast azjatyckiego tygrysa biznesu dostajemy tu raczej post­‑PRL­‑owskiego molocha, pogrążonego w indolencji i wymagającego pilnej restrukturyzacji. W efekcie seria nie ma szans utrzymać zainteresowania widza głównym wątkiem fabularnym i musi się uciekać do polegania na postaciach.

Piątka wojowniczek plus maskotki to całe stado postaci na pierwszym planie i – jak nietrudno zgadnąć – poważnie ucierpiał na tym plan drugi. Tym razem nie poznajemy dokładnie rodzin i otoczenia bohaterek. Pojawiają się tylko te osoby spośród ich bliskich, które są w danym momencie dla fabuły niezbędne, i w dodatku brakuje czasu, żeby nakreślić im bardziej przekonujące czy choćby kompletne charaktery. Chociaż bohaterki mają bardzo różne zainteresowania, ich otoczenie w szkole składa się z anonimowych statystek (gimnazjum jest żeńskie, co dodatkowo potęguje wrażenie monotonii) – poza sobą nawzajem nie mają żadnych bliższych znajomych. Przedstawiciele Nightmare są tak samo jednorodni – nietrudno ich wprawdzie odróżnić, ale co z tego, kiedy wszyscy zachowują się praktycznie tak samo i są nie tyle odpychający (to da się czarnym charakterom wybaczyć), ile koszmarnie nieciekawi. To zapewne był efekt po części zamierzony, ale niestety raczej chybiony.

Jak na tym tle wypadają główne bohaterki? Nozomi (wspomniana już Cure Dream) ma niestety wszystkie cechy szefowej zespołu magical girls – czyli potyka się o własne nogi, ma gliniane ręce i problemy z opanowaniem działań na poziomie 2x2, ale za to dzięki dobremu sercu i niegasnącej nadziei stanowi światło przewodnie dla pozostałych. Tyle dobrego, że nie płacze, ale przyznam, że najciekawsze były te odcinki z jej udziałem, kiedy – odpowiednio zmotywowana – potrafiła wycisnąć z siebie odrobinę kompetencji. Jej najlepsza przyjaciółka, Rin (Cure Rouge), to typ energicznej sportsmenki, generalnie sympatycznej, choć czasami zbyt ambitnej i upartej. Te same wady dzieli też Karen Minazuki (Cure Aqua), perfekcjonistka i przewodnicząca szkolnego samorządu. Z kolei jej przyjaciółka, Komachi Akimoto (Cure Mint), to oaza spokoju, której marzeniem jest zostanie w przyszłości prawdziwą pisarką. Ostatnią członkinią zespołu jest najmłodsza z tego towarzystwa Urara Kasugano (Cure Lemonade), zaskakująco rozsądna i odpowiedzialna początkująca gwiazdeczka showbiznesu. Jeśli chodzi o maskotki, to Coco i jego przyjaciel Nuts także mogą czymś zaskoczyć – obaj potrafią przybierać ludzką (niezwykle przystojną) postać, dzięki czemu Coco zatrudnia się jako nauczyciel w szkole bohaterek, zaś Nuts w wolnych chwilach prowadzi sklep z drobiazgami, będący przy okazji miejscem spotkań całej paczki. W połowie serii – jak zawsze – do obsady dołącza kolejna maskotka, niezmieniająca postaci, zarozumiała i nieznośna Milk.

Trzeba uczciwie przyznać, że każda z piątki bohaterek otrzymuje podobną liczbę poświęconych sobie odcinków, a także, że twórcy postarali się pokazywać łączącą je przyjaźń nie tylko w najbardziej oczywistych kombinacjach Nozomi­‑Rin i Karen­‑Komachi. Niestety tworząc odpowiednio zróżnicowaną piątkę dziewcząt, wpadli w częstą pułapkę: bohaterki tak skrajnie różnią się zainteresowaniami i temperamentem, że w zasadzie nie łączy ich nic oprócz woli scenarzystów. Widać to szczególnie dobrze w wątkach powołujących się na siłę przyjaźni – wszystkie te deklaracje brzmią okropnie sztucznie i powierzchownie, a nieodmienna skłonność do poświęcania się za siebie nawzajem z czasem staje się raczej męcząca niż wzruszająca.

Osobny zestaw problemów dotyczy Coco i Nutsa. W zasadzie nie mam nic przeciwko wpakowaniu na pierwszy plan dwóch bishounenów, na których można oko zawiesić… Gdyby tylko umiano ich z sensem zagospodarować – ale jednak od faceta wymagam ciut innych rzeczy niż od maskotki. Ja już nie wspomnę o tym, jak prezentuje się wątek romantyczny (!) między Coco a Nozomi (a później także między Nutsem i inną z wojowniczek), skoro dziewczyna jest w drugiej klasie gimnazjum, a facet jest dostatecznie dorosły, żeby pełnić rolę jej nauczyciela – seria rozkosznie ignoruje wszystkie wynikające z tego niewygodne implikacje. Nie o to nawet chodzi. Jestem całym sercem za ideałami feminizmu, uważam, że kobieta powinna umieć sama o siebie zadbać, ale jednak przystojny młodzieniec, który w chwili zagrożenia zawsze zmienia się w piszczącą i bezradną pseudowiewiórkę, traci w moich oczach naprawdę sporo uroku. Warto zresztą zauważyć, że scenarzyści tak manewrują przemianami obu panów, żeby na maskotkową formę zwalić okazywanie „niemęskich” emocji, takich jak rozpacz czy przerażenie. W efekcie można dojść do wniosku, że każdy z nich dysponuje dwoma zestawami cech osobowości – jednym na prawdziwą, a drugim na ludzką postać.

Na szczęście (lub nieszczęście) projekty postaci skutecznie maskują wspomnianą w poprzednim akapicie różnicę wieku. Wszystkie bohaterki mają kompletnie nieokreślony „nastoletni” wygląd, zdecydowanie mniej dziecinny niż w poprzednich seriach (co jest zasługą nowej osoby odpowiedzialnej za ten aspekt). Wszystkie dziewczęta (dotyczy to także postaci epizodycznych i statystek) dzielą praktycznie takie same rysy i kształt twarzy, do odróżnienia pozostaje więc kolorystyka i fryzury. Co ciekawe, acz nie tak rzadko spotykane, poza bohaterkami i ewentualnie członkami ich rodzin, cała reszta ludzi ma oczy i włosy utrzymane w naturalnych odcieniach brązu i czerni. Członkowie Nightmare są w miarę charakterystyczni przynajmniej z wyglądu, chociaż brak poważniejszych różnic osobowości sprawia, że nie ma to w zasadzie większego znaczenia. W pierwszym odcinku mój bezbrzeżny zachwyt wzbudziły oryginalne tła, stylizowane na coś w rodzaju pokolorowanych szkiców – co prawda postaci dość ostro się od nich odcinały, ale efekt i tak był prześliczny. W dodatku miasto, w którym toczy się akcja, jest dość nietypowe dla Japonii i stylizowane raczej na miejscowości europejskie, pełne brukowanych ulic i staroświeckich kamienic. Niestety jednak decydenci chcieli jak najtańszym kosztem wyprodukować reklamówkę gadżetów, a nie dzieło o wybitnych walorach artystycznych. Błędy i niedociągnięcia kreski rozpaczliwie rzucają się w oczy – postaci w dalszym planie często zamieniają się w koszmarkowate lalki, i to nawet wtedy, gdy w kadrze nie ma nikogo oprócz nich. Bywają zresztą odcinki, w których nawet zbliżenia sprawiają wrażenie pospiesznej amatorskiej roboty, a prześliczne tła zaskakująco często zamieniają się w jednolite, pozbawione szczegółów płaszczyzny. O braku ruchu w tle i opustoszałych ulicach szkoda wspominać. Nawet noszone przez Pretty Cure stroje są o wiele prostsze i mniej szczegółowe niż poprzednio, a – jak łatwo zgadnąć – sekwencje transformacji potrafią zająć nawet ponad dwie minuty odcinka.

Muzyka Naokiego Satou jest bardzo podobna jak w poprzednich seriach – robota rzemieślnicza, z której zapamiętać można tylko całkiem udane motywy towarzyszące przechadzkom po mieście i stylizowane na europejską klasykę – ale może to dlatego, że zawsze milej słyszeć „prawdziwe” instrumenty niż elektroniczne plumkanie. Piosenka w czołówce, Precure 5, Smile Go Go, jest podobna do wcześniejszych: energiczna, rytmiczna i hałaśliwa, chociaż po iluś powtórzeniach można się do niej przyzwyczaić. Nie da się tego samego powiedzieć o endingu, Kirakira Shichatte My True Love!, który brzmi, jakby ktoś jeździł pilnikiem po szybie. Drugi ending jest lepszy, ale tylko dlatego, że stanowi gorszą wersję Ganbalance de Dance z Futari wa Precure Splash Star. Jeśli chodzi o seiyuu, jak zwykle w rolach bohaterek obsadzono mniej znane aktorki bez większych dokonań. Yuuko Sanpei (Nozomi) oprócz ról kobiecych (np. Chizuru w Kimi ni Todoke) grała także często młodych chłopców, takich jak Renton, bohater Eureka Seven, podobnie zresztą jak Junko Takeuchi (Rin), którą słyszeliśmy chociażby jako Gona ze starszej wersji Hunter x Hunter oraz tytułowego bohatera Naruto. W postać Nutsa wcielił się Miyu Irino (m.in. Shaoran z Tsubasa Chronicle, Haru z Tsuritama i Chizuru z Kimi to Boku), zaś rolę Coco zagrał Takeshi Kusao (m.in. Trunks z Dragon Ball Z i Saionji z Shoujo Kakumei Utena) – panowie „obsługują” tu obie formy swoich bohaterów.

Odpowiedź na pytanie „czy warto” brzmi w tym przypadku „bardzo umiarkowanie”. Yes! Precure 5 cierpi dokładnie na tę samą przypadłość, co pierwsze Futari wa Precure – miesza obowiązkowe dla gatunku elementy, nie zastanawiając się nad sensem i spójnością efektu końcowego. Jeśli ktoś chciałby jednak spróbować, przypomnę tylko, że jak zwykle ta seria nie ma bezpośredniego powiązania z pozostałymi i doskonale może być oglądana bez ich znajomości. W Japonii musiała zresztą się podobać, skoro powstał do niej nie tylko (jak zwykle) film kinowy, ale także bezpośrednia kontynuacja – Yes! Precure 5 Go Go!.

Avellana, 7 maja 2013

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Toei Animation
Autor: Izumi Toudou
Projekt: Toshie Kawamura
Reżyser: Toshiaki Komura
Scenariusz: Yoshimi Narita
Muzyka: Naoki Satou