Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Komikslandia

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

1/10
postaci: 2/10 grafika: 2/10
fabuła: 2/10 muzyka: 2/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

3/10
Głosów: 48
Średnia: 2,75
σ=1,97

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (SixTonBudgie)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Dancouga Nova

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2007
Czas trwania: 12×25 min
Tytuły alternatywne:
  • Dankuga Nova
  • Juusoukikou Dancougar Nova
  • 獣装機攻ダンクーガノヴァ
Widownia: Shounen; Czas: Przyszłość; Inne: Ecchi, Mechy, Wielkie biusty
zrzutka

Jak w dwunastu odcinkach nie zawrzeć niczego, czyli porażka na całej linii. Postaci, fabuła, grafika i muzyka, które nigdy nie powinny powstać.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: SixTonBudgie

Recenzja / Opis

Niezbyt wiele anime pojawia się w polskiej telewizji, więc fajnie jest czasem coś nowego na ekranie obejrzeć. Pewna stacja zdecydowała się na emisję tytułu, o którym w Polsce prawie nikt nie słyszał, a za granicą jego niewielka popularność była wprost proporcjonalna do wystawianych mu ocen. Tym anime była właśnie Dancouga Nova – jedna z najgorszych serii, jakie dane mi było oglądać.

Aoi, nastolatka, żywa legenda Formuły 1 – nie, w tym anime to nie jest sprzecznością. Kurara, nastolatka z wydziału antynarkotykowego, postrach mafii i skorumpowanych gliniarzy. Sakuya – bezdomny nastolatek, postrach porzuconych kartonów i niczyjego jedzenia. Johnny, czyli nastolatek­‑biznesmen, przyszły rekin biznesu, postrach gazet dla „mężczyzn” (nie świerszczyków), które pochłania z uporem maniaka. Oto nasza czwórka bohaterów, która pewnego dnia została porwana sposobem teleportacyjnym, po czym ich zaszantażowano: albo będziecie pilotować naszego superrobota, zwanego Dancougą, albo wymażemy wam pamięć od chwili porwania. Mogę tylko żałować, że w tym miejscu bohaterowie nie zdecydowali się na wymazanie pamięci…

Dancouga Nova to legendarny robot, który pojawia się na polach bitwy całego świata, by nie dopuścić do wygaśnięcia wojen… to znaczy, w założeniu pomaga słabszym, którzy są na skraju przegranej, ale to przecież na jedno wychodzi – w końcu „sprawiedliwość ponad wszystko”, a równość szans to przecież podstawa sprawiedliwości. Tak czy owak… schemat anime jest banalny, nawet dla takiego laika w tematyce mechów, jak ja – Dancouga walczy z armiami i robotami różnych krajów, przywracając nadzieję i uśmiech na dziecięcych twarzach, by napotkać drugiego superrobota, który robi mu konkurencję, a na koniec okazuje się, że to wszystko to były tylko przygotowania do czegoś większego – uratowania świata przed zagładą z kosmosu. Już w teorii nie brzmi to pasjonująco. Niestety wykonanie jest żałosne. Aż człowiek zaczyna się zastanawiać, jak można stworzyć coś tak kiepskiego.

No cóż, śmiem twierdzić, że tuż przed rozpoczęciem prac nad anime ktoś bezczelnie ukradł jedyną kopię scenariusza, jaką posiadało studio, przez co twórcy musieli szybko wymyślić fabułę i bohaterów, opierając się na tym, co wiedzieli o seriach o mechach. A że tej wiedzy nie starczało na zakontraktowane dwanaście odcinków, powydłużali wszystko, co wydłużyć mogli, jak najczęściej powtarzali sceny, które powtórzyć się dało, a pozostałą połowę czasu wypełnili scenami z podtekstami, głupimi i od lat nieśmiesznymi gagami oraz szybko porzucanymi wątkami, niewiadomo skąd wziętymi. Tempo akcji jest zatrważająco powolne – jeszcze w połowie serii bohaterowie błogo walczą o wojny na świecie. Zresztą, czegóż więcej można oczekiwać, skoro każdy odcinek wygląda mniej więcej tak, że połowę czasu zajmują sceny poboczne (rozmowy bohaterów o niczym, wątki bez zakończenia, trochę przemyconej golizny), a druga połowa to w większości ksero tego samego, co w poprzednim odcinku, czyli przygotowania do walki, transformacje i na koniec pół minuty, może minuta pseudo­‑walki.

Ktoś oczekuje fajnych walk po serii z mechami? A figa! Tu takich nie znajdzie. Nigdy nie widziałem bardziej statycznych walk, które polegają na wymianie ciosów w miejscu i serii wybuchów (czyli kupy jednokolorowego dymu). A na koniec mamy transformację Dancougi, która każdorazowo daje gwarancję, że „walka” zakończy się w ciągu najbliższych kilku sekund – pojedynczym ciosem, na który przeciwnik grzecznie poczeka w miejscu. I jeśli ktoś sądzi, że decydująca walka z superprzeciwnikiem wymknie się tym schematom, niech lepiej porzuci te nadzieje. Powiedziałbym nawet, że im bliżej końca, tym starcia stają się bardziej prymitywne. Do tak negatywnego wrażenia wybitnie przyczyniła się także bodaj najgorsza animacja, jaką kiedykolwiek widziałem w anime (czy raczej jej brak).

Osoby tworzące dialogi, powinny za to odpowiadać… albo dostać nagrodę Hugo czy Nebula, bo zaiste są na poziomie żenującej fantastyki naukowej. Najlepiej jednak będzie, jeśli powołam się na krótkie przykłady:
- Zniszczę Ziemię, bracie.
- Nie, nie zgadzam się na to.
- No to trudno. Zniszczę was wszystkich.

Albo:
- Podaj mi rękę.
- Nie mogę, jest brudna.
- Nie szkodzi. Tą ręką obronisz świat.

Zieje od nich aura sztuczności, kiczu i głupoty, do reszty pozbawiając wypowiadających te kwestie szansy na bycie przyzwoicie skonstruowaną postacią. Podziwiam tych, którzy takie dialogi potrafiliby wziąć poważnie. Jedyną postacią, która zdawała się wykorzystywać swój umysł w celach, dla których został stworzony, była przez pewien czas światowej sławy dziennikarka Izabel – przeciwieństwo głównych bohaterów, którzy nawet nie zdawali sobie sprawy z konsekwencji działań Dancougi. Otóż sądzili oni, że zawsze broniąc słabych są posłańcami dobra i sprawiedliwości – tym bardziej, że sam Dancouga przez całą serię nie skrzywdził żadnego człowieka. Natomiast nawet na myśl im nie przyszło, że niekończące się wojny rujnowały kraje i doprowadzały do śmierci tysiące ludzi. W imię ich sprawiedliwości. Wątek ten byłby naprawdę ciekawym materiałem do dalszego przedstawienia, ale gdzie tam – tak jak się pojawił, tak zniknął, przysłonięty przez kolejne, coraz gorsze. Głowa sama kręciła się z niedowierzaniem, gdy przez kilka odcinków twórcy ciągnęli w zasadzie jeden kiepski gag oparty na podbojach miłosnych mechaniczki.

Szata graficzna Dancougi Novy jest równie uboga, jak jej fabuła. Anime powstało raptem trzy lata temu, a wiele elementów wygląda, jakby żywcem skopiowano je z kreskówek lat osiemdziesiątych. Na przykład taki jednolity dym skutecznie potrafił przysłonić cały ekran, a stworzyć go można w kilka chwil. Nic więc dziwnego, że nieraz dane było widzom oglądać to cudo „animacji”. Animacji, której doszukiwać się próżno, z wyjątkiem za nic nie przystających do „postarzających elementów” wtrąceń komputerowych. Wtrąceń, które kłuły w oczy także kiepskim wykonaniem – na tle reszty wyglądały strasznie sztucznie. Na dodatek, o zgrozo, w niektórych scenach nawet i dym był efektem grafiki komputerowej. A jak się odcinały od reszty obrazu? Narysujcie koło, a obok postawcie kulę – o, właśnie tak. W zdecydowanej większości scen zaobserwować można jedynie nieudolną symulację ruchu, która polegała głównie na przesuwaniu tła, a w czasie walk nawet tego brakowało – podziwiać można było za to pokaz slajdów robotów (z przerywnikami na zbliżenia twarzy bohaterów oraz obowiązkowe transformacje), „wzbogacone” na przykład o ruch ręki, jakiś pojawiający się obok dymek albo nagłe błyski światła (po których z dobrym przybliżeniem można było obliczyć liczbę klatek na sekundę… czy raczej sekund na klatkę). Szybkie ruchy robotów tym się różniły od ujęć statycznych, że twórcy przydali im „rozmazane kreski” mające świadczyć o dynamice – owszem, może i sprawdzające się w mangach, ale nie w anime. O tym, że tytuł nie jest stary, można domyślić się po w miarę świeżym wyglądzie twarzy oraz sylwetek bohaterów, będącym jednak niczym innym niż przeciętnością przeciętnych anime. Zapewne twórcy zastanawiali się, jak tu najtańszym kosztem „upiększyć” i „uatrakcyjnić” ten tytuł. Tak, wpadli na pomysł ozdobienia go pstrokatymi kolorami oraz fanserwisem w postaci nagiej Aoi i Kurary, do czego dorzucili bujne piersi wszystkich bohaterek płci pięknej.

Muzyka teoretycznie wydaje się elementem, w przypadku którego przy stosunkowo najmniejszym nakładzie finansowym można osiągnąć dobre efekty. Ta z Dancougi Novy jest ostatecznym dowodem na to, że twórcy robili wszystko, by nie wydać na produkcję ani jena więcej niż wymagało tego niezbędne minimum. Opening Senri Manaki – Tori no Uta – jest zupełnie bezbarwny i nawet kilkanaście przesłuchań tej oceny nie potrafiło zmienić – ot, jakieś rzępolenie w tle i mdły wokal. Aczkolwiek w porównaniu ze ścieżką dźwiękową serii i tak wydaje się niezwykle bogaty. Trzeba było celowego i skoncentrowanego wysiłku, aby dosłyszeć jakąkolwiek „muzykę” z tła. Używano jej niezmiernie rzadko, tak że czasem człowiek miał wrażenie, iż w ciągu całego odcinka nie pojawił się żaden podkład muzyczny. Czasem jednak jakiś się przydarzył – były to jednak dźwięki jednostajne i nieskomplikowane. Więc aż dziw bierze, że twórcy gdzieś w połowie serii porwali się na bodaj dwuminutową piosenkę w wykonaniu jednej z bohaterek. Jak to się mówi – normalnie szał. Za to do najbardziej udźwiękowionych odcinków należy ostatni, w którym przez większość czasu słyszymy monotonne przeciąganie smyczkiem po strunach – w zamyśle mające budować podniosły nastrój. Potrzebny dalszy komentarz?

Postaci… Najlepiej byłoby je skwitować milczeniem. Nie chcę się nawet zanadto znęcać nad twórcami za oczywiste błędy i naciągnięcia, ale to, co zrobili z bohaterami, woła o pomstę do nieba. Zrobienie z nastolatków pseudodorosłych i superbohaterów w takich seriach jest normą, ale czy to ma oznaczać, że wolno amputować im mózgi? Cała czwórka – Aoi, Kurara, Sakuya i Johnny – jest niezwykle naiwna i właściwie niczego sama nie potrafi się domyślić. Wszystko trzeba im wykładać na tacy (owszem, zajmuje to trochę czasu antenowego – więc może to zabieg celowy?). Świetnie nadawaliby się do teatru lalek jako pacynki albo marionetki – głupiutkie i kierowane przez innych. Oczywiście wszyscy mają podobne wspomnienia – sięgające chwili, gdy zostali porzuceni, zdani na łaskę obcych ludzi, samotni, itp. To traumatyczne przeżycie, które musiało we wczesnym wieku zablokować dalszy rozwój mózgu, staje się ostatecznie siłą umożliwiającą przeciwstawienie się rozpaczy i widmu śmierci… Taaak, też to lubię. Z przykrością stwierdzam, że w tej serii nie ma właściwie kogo polubić. Bohaterowie drugoplanowi wydają się ciut ciekawsi od głównych, ale tylko niewiele. Eida zakochuje się w Johnnym bez pamięci widząc jego zdjęcie w internecie, Ruuriruri to infantylne i do bólu słodziutkie piętnastoletnie dziecko, a dziennikarka Iza po dobrym początku została wciągnięta przez ocean mizerii (nawet niedoprawionej).

Podobno seria będąca pierwowzorem Dancougi Novy (której ta jest spin­‑offem) – Dancougar – Super Beast Machine God z połowy lat osiemdziesiątych – była swego czasu całkiem popularna. Biorąc pod uwagę, jak prezentuje się jej reinkarnacja, trudno mieć wątpliwości, że została ona stworzona tylko dlatego, by inwestując jak najmniejsze środki, zyskać jak najwięcej. Efekt takiej polityki mógł być tylko jeden – żałosny. Najgorsze jest to, że mimo starań trudno w tym anime dostrzec choćby jeden pozytyw, mogący w jakikolwiek sposób podciągnąć ocenę całości. Tutaj wszystko jest, kolokwialnie mówiąc, do bani (co, swoją drogą, też jest pewnego rodzaju sztuką). Moja ocena może być tylko jedna – najgorsza z możliwych. Ci, którzy od anime oczekują czegokolwiek więcej niż miernoty i nie są fanami mechów, niech nigdy się za tę serię nie zabierają. Fani gatunku mogą ją strawić, choć i oni, jak pokazuje doświadczenie, najpewniej się na niej mocno zawiodą.

SixTonBudgie, 20 lutego 2010

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Ashi Productions
Projekt: Katsushi Murakami, KAZZ, Kouji Nakakita, Masami Oobari
Reżyser: Masami Oobari
Scenariusz: Hideki Mitsui, Takeshi Shudou
Muzyka: Kazuhiro Yamahara