Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Medalikon 2017 - konwent

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

10/10
postaci: 10/10 grafika: 8/10
fabuła: 10/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

9/10
Głosów: 18 Zobacz jak ocenili
Średnia: 8,56

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 345
Średnia: 7,79
σ=1,63

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Level E

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2011
Czas trwania: 13×24 min
Tytuły alternatywne:
  • レベルE
Tytuły powiązane:
Postaci: Obcy, Uczniowie/studenci; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Supermoce
zrzutka

Obecnie na Ziemi przebywa wiele ras Obcych… Cóż, o pewnych rzeczach lepiej nie wiedzieć. I pamiętajcie, by dwa razy się zastanowić, zanim zechcecie pomóc nieznajomemu z amnezją.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Enevi

Recenzja / Opis

Obecnie na Ziemi przebywa wiele ras Obcych. Część jest usposobiona pokojowo, inne wręcz przeciwnie. Łączy je jedno – ludzie nie mają pojęcia o ich istnieniu… Czy ekscentryczny młody mężczyzna, który włamał się do nowego mieszkania Yukitaki Tsutsuiego i twierdzi, że cierpi na amnezję, też pochodzi z innej planety? Yukitaka, nadzieja lokalnej drużyny baseballowej, jest przekonany, że to głupi żart. Kiedy jednak media zaczynają donosić o katastrofie tajemniczego obiektu latającego, a do jego drzwi pukają smutni panowie w czerni, nieprawdopodobna historia niechcianego współlokatora zaczyna nabierać sensu. A przynajmniej tak się biednemu Tsutsuiemu wydaje…

Klasyk kina Alfred Hitchcock powiedział kiedyś, że film powinien zacząć się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie powinno rosnąć. To zdanie zna każdy twórca i miłośnik X muzy. Niestety rzadko kiedy zdarza się, aby ten przepis udało się zastosować w praktyce od początku do końca. Zazwyczaj coś idzie nie tak i przez to wymyślną kompozycję szlag trafia. Nie tym razem. Level E to przykład genialnego wręcz zaplanowania fabuły oraz stworzenia rewelacyjnych postaci, które są w stanie wiarygodnie odegrać najdziwniejsze pomysły autora. Scenarzyści sprawnie żonglują różnymi gatunkami, gładko przechodząc od klasycznego science­‑fiction, poprzez dramat i horror, a nawet romans, do na przykład przygodówki z małoletnimi bohaterami. Ułożenie tak skomplikowanej mozaiki ułatwia epizodyczność fabuły, którą scala bardzo elastyczny wątek główny. Co ciekawe, widz przyjmuje te zmiany nastroju bez mrugnięcia okiem, doskonale bawiąc się przy każdej historii. Inna sprawa, że w Level E postawiono na element zaskoczenia. I chociaż po obejrzeniu pierwszej historii każdy jest już psychicznie przygotowany na to, że zaraz na pewno coś się wydarzy i nastąpi zwrot o przynajmniej sto osiemdziesiąt stopni, to i tak kończy seans w ciężkim szoku, bo „tego się nie spodziewał”. W tym miejscu chciałabym przeprosić czytelników, którzy liczą na jakieś „konkrety” dotyczące fabuły. Długo zastanawiałam się, jak podejść do tego tekstu, czy napisać go z punktu widzenia osoby, która pragnie coś zareklamować, czy takiej, która chce się po prostu podzielić wrażeniami po seansie. Ponieważ ta seria naprawdę wyróżnia się z tłumu, postanowiłam jednak nie psuć zabawy ludziom, którzy dopiero planują ją obejrzeć. W tym przypadku każdą informację opisującą dokładniej fabułę można by uznać za spoiler. Wystarczy podkreślić, że klimat zmienia się jak w kalejdoskopie i nic, co widzimy, nie musi być tym, na co wygląda.

Obcy pokazani w tej produkcji nie należą do szczególnie przerażających i krwiożerczych istot. W swoich zachowaniach potrafią być zaskakująco ludzcy, a wszelkie „odchyły od normy” należy uznać za cechy charakterystyczne ich rasy. Mogą one wydawać się nam dziwne, zabawne, czasem niesmaczne, ale właściwie trudno ich za to nienawidzić. Widz szybko przechodzi do porządku dziennego nad „tradycjami” poszczególnych Obcych, często wykazując nawet zrozumienie dla nich. Zapewne ma na to wpływ fakt, że najbardziej „ludzki” z nich wszystkich, czyli główny bohater, zwany Baka­‑Ouji, bije oryginalnością na głowę cały kosmos. Jest to postać absolutnie fascynująca i niesamowita, drugiego takiego „egzemplarza” ze świecą szukać. Jego umysł pracuje na zupełnie innych obrotach niż reszty wszechświata, o czym niestety lubi przypominać otoczeniu. Można go kochać (jak recenzentka), można nienawidzić, ale na pewno nie da się obok niego przejść obojętnie. Chociaż takiego znajomego nie życzę najgorszemu wrogowi…

Cóż można powiedzieć o reszcie obsady, poza tym, że znakomicie dotrzymują kroku tajemniczemu geniuszowi z amnezją? Yukitaka to typ kolegi z sąsiedztwa, taki, z którym można konie kraść. Biorąc pod uwagę okoliczności, w jakich się znalazł, wykazuje się anielską cierpliwością i to naprawdę cud, że chłopak jeszcze nie wyszedł z siebie i nie stanął obok. Owszem, od czasu do czasu puszczają mu nerwy, ale każdy inny człowiek na jego miejscu dawno zacząłby mordować z zimną krwią. Takiej odporności niestety nie posiada jeden ze współpracowników naszej gwiazdy, biedny, znerwicowany i już nie do końca zdrowy psychicznie Kraft. Jego kochają za to wszyscy widzowie, a przynajmniej wszyscy mu współczują (podobnie jak cały wszechświat). Cóż, jeżeli jakimś cudem nie słyszeliście o Takehito Koyasu, który podkłada głos właśnie temu bohaterowi, to po seansie Level E zapiszecie się do jego fanklubu. W mojej opinii jest to jedna z najlepszych ról tego popularnego seiyuu, zagrana na luzie, z wyraźnym dystansem i poczuciem, że to, co aktualnie robi, to świetna zabawa. Oprócz nich przez ekran przewija się mnóstwo innych interesujących postaci, które nawet jeżeli są gwiazdą tylko jednego odcinka, i tak na długo zapadają w pamięć. Mamy uroczą nauczycielkę, o jakiej marzy zapewne każdy nastolatek, grupkę narwanych, ale w gruncie rzeczy szalenie sympatycznych kosmitów, którzy są wielkimi fanami baseballu, oraz małoletnich superbohaterów, którzy sprawią, że pokochacie dzieci w kolorowych kostiumach. To wyjątkowo ekscentryczna i intrygująca zbieranina, ale zdecydowanie godna uwagi.

Level E to także cukierek dla oczu. Tym razem postawiono na bardziej dojrzały i „realistyczny” wygląd bohaterów. Dzięki dopieszczonym projektom bez problemu możemy określić wiek postaci i nawet jeżeli Baka­‑Ouji został stworzony jako rasowy bishounen, to wskazanie płci nie powinno stanowić problemu. Mam jedno małe „ale”, dotyczące postaci kobiecych. O ile panów spokojnie można rozróżnić, o tyle z paniami bywa problem. Bardzo podobne rysy twarzy i fryzury sprawiają, że czasami jedynym sposobem na odgadnięcie tożsamości jest skupienie się na detalach i na przykład kolorze włosów. Obcy zazwyczaj są pokazani w swoich ziemskich formach i wtedy praktycznie niczym nie różnią się od ludzi. Zresztą rzadko kiedy autentyczny wygląd ich rasy jest całkowicie pozbawiony elementów antropomorficznych. Tła są nasycone kolorystycznie i zazwyczaj bardzo szczegółowe. Chociaż jest niewiele sytuacji, w których możemy obserwować inne planety, to zadbano o oryginalność każdej z nich, czasem nawiązując w przewrotny sposób do naszych wyobrażeń. Projekty statków kosmicznych są dalekie od tego, do czego przyzwyczaiły widzów serie z mechami. Tym razem postawiono na mocno organiczne formy i opływowe kształty, co wyszło stronie graficznej na dobre. Animacja jest płynna i od początku do końca trzyma równy, wysoki poziom. Na pewno nie jest to produkcja mająca zachwycać technicznymi fajerwerkami, ale trzeba przyznać, że zdecydowanie przykuwa wzrok.

Muzycznie jest… chyba dobrze. Uczciwe przyznaję, że tym razem mój mózg zarejestrował tylko czołówkę, piosenkę towarzyszącą napisom końcowym oraz pewien mroczny utwór, śpiewany przez głównego bohatera. Wszystkie trzy zasługują na piękną laurkę, idealnie wpasowując się w klimat serialu. Opening, czyli Cold Finger Girl, zwraca uwagę energiczną melodią z mocnym brzmieniem gitary oraz wyrazistym wokalem Chiaki Kuriyamy. Stworzono do niego zabawną animację, zgrabnie nawiązującą do komiksu amerykańskiego, zarówno formą, jak i kolorystyką. Podobnie jest z endingiem (piosenka Yume ~Mugen no Kanata~ w wykonaniu ViViD), animacyjnie mniej widowiskowym i bardziej statycznym, ale reprezentującym całkiem solidny j­‑rock w nieco łagodniejszym wydaniu. Natomiast co się tyczy trzeciego utworu… To po prostu trzeba usłyszeć samemu, ponieważ żadne słowa nie są w stanie oddać uczuć, jakie kłębią się w widzu, kiedy pierwszy raz ma do czynienia z tym „dziełem”.

Komu mogłabym polecić Level E? Na pewno wszystkim miłośnikom science­‑fiction, którzy w anime szukają przede wszystkim przemyślanej i spójnej fabuły. Fani dobrze nakreślonych i na długo zapadających w pamięć bohaterów także znajdą tu coś dla siebie. Poza tym wszystkim, których interesuje kawałek porządnie zrobionego kina rozrywkowego. Zdaję sobie sprawę, że jest to recenzja napisana z punktu widzenia totalnego „fangirla”, ale już dawno żadna seria aż tak pozytywnie mnie nie zaskoczyła. Teoretycznie powinnam wskazać również wady tej produkcji. Problem polega na tym, że ich nie dostrzegam, a przynajmniej nie są one na tyle poważne, aby w jakikolwiek sposób wpłynąć na moją jak najbardziej pozytywną opinię o tym tytule. Wszystkie zaprezentowane historie trzymały równy, wysoki poziom. Za wyjątek można uznać jedną, zajmująca zaledwie jeden odcinek, lecz tylko dlatego, że znacznie odbiegała ona nastrojem od pozostałych. Na pewno była inna, co nie znaczy, że zła. Wierzcie mi, kiedy ma się za sobą ponad dwieście tytułów, szalenie miło jest trafić na coś, co wzbudzi w nas takie emocje, jakie towarzyszą zazwyczaj pierwszym seansom. Czy jest to bardzo subiektywna recenzja? Owszem i cholernie się cieszę, że znowu trafiłam na coś, do czego mogłam taką napisać.

moshi_moshi, 12 kwietnia 2011

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: David Production, Studio Pierrot
Autor: Yoshihiro Togashi
Projekt: Itsuko Takeda
Reżyser: Toshiyuki Katou
Scenariusz: Jukki Hanada
Muzyka: Kunihiko Ryou