Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Medalikon 2017 - konwent

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 6/10 grafika: 7/10
fabuła: 6/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

5/10
Głosów: 2 Zobacz jak ocenili
Średnia: 5,00

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 180
Średnia: 6,12
σ=2,06

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Itsuka Tenma no Kuro Usagi

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2011
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Dark Rabbit Has Seven Lives
  • いつか天魔の黒ウサギ
Tytuły powiązane:
Gatunki: Przygodowe
zrzutka

Kolejna książka autora Legend of the Legendary Heroes doczekała się adaptacji. Tym razem jest odrobinę lepiej.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Kilka lat temu w modzie były ekranizacje gier komputerowych. My, Bogu ducha winni fani japońskiej animacji, byliśmy dosłownie zalewani przez kolejne serie telewizyjne i OAV oparte na fabule tej czy innej gry randkowej lub RPG. Z produkcji tych może z dziesięć nadawało się do oglądania. Reszta po dziś dzień stanowi symbol tandety i niskiej jakości. Od jakiegoś czasu widać jednak, że moda się zmienia. Na topie są więc ekranizacje modnych w Japonii książek, w tym tak zwanych light novels. Jak do tej pory znaczna część z nich trzymała wysoki poziom, jednak niestety nie można było powiedzieć tego o wszystkich. Jak łatwo zgadnąć, w tym przypadku będziemy mówić o tej drugiej sytuacji.

Itsuka Tenma no Kuro Usagi jest „dziełem” pisarza (czy raczej, sądząc po jakości ekranizacji jego prac: grafomana) imieniem Takaya Kagami, tego samego, który stworzył Legend of the Legendary Heroes, które miałem nieprzyjemność recenzować jakieś pół roku temu. To anime jednak bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Wprawdzie nadal trudno je nazwać dziełem wybitnym, a relatywnie dobrą ocenę otrzyma jedynie dlatego, że są gorsi, ale widać w nim duży postęp w stosunku do poprzedniej serii. Autor ma tutaj więcej dystansu do siebie i swojej twórczości, lepiej rozplanował akcję i zdołał poprowadzić spójne wątki. Nadal jest to druga liga, którą trudno porównywać z ekranizacjami innych powieści, jak choćby Kino no Tabi, Spice and Wolf, Baccano! czy najbliższe gatunkowo Toaru Majutsu no Index. Niemniej jednak anime przynajmniej nie jest tak nudne jak wcześniej wymieniona praca autora. Co więcej, pisarz w tym przypadku zdołał chyba wyhodować u siebie poczucie humoru, tak więc żarty naprawdę śmieszą. Gdyby jeszcze zrezygnował z chorobliwej wręcz fanfaronady i niemalże dziecięcego zachwytu nad potęgą swych bohaterów, otrzymalibyśmy naprawdę fajny tytuł. Jednakże tego nie zrobił…

Być może w następnej powieści mu się to uda.

Ale przejdźmy do fabuły, która traktuje o losach Taito Kurogane, nietypowego ucznia nietypowego japońskiego gimnazjum. Taito na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się z tłumu. Owszem, potrafi dać w mordę, jednak byłby tylko zwykłym kontuzjowanym członkiem klubu judo, gdyby nie to, że przedszkolakiem będąc, został pogryziony przez nieletnią wampirzycę o imieniu Himea. Dzięki temu jest efektywnie nieśmiertelny. To znaczy: może stracić życie dowolną ilość razy, ale i tak zmartwychwstanie, pod warunkiem jednakże, że nie będzie umierał częściej niż 7 razy w ciągu 15 minut. Jeśli jednak coś zabijać go będzie z (jak łatwo obliczyć) częstotliwością większą niż 2,14 minuty, pozostanie zmasakrowanym trupem już na zawsze.

Ta zdolność okazuje się niezwykle w jego życiu przydatna. Szkoła, do której uczęszcza Taito, jest bowiem także placówką niezwykłą. Jej historia sięga w czas nieokreślony wstecz, gdy wojsko znalazło pęknięcie międzywymiarowe. Prowadziło ono do innych płaszczyzn egzystencji, z których jedna była bardziej koszmarna od drugiej, a od czasu do czasu wyłaziły z nich potwory. Wojskowi, zamiast teren ogrodzić drutem kolczastym i wybrukować minami, zbudowali w tym miejscu szkołę. Diabli wiedzą, po co, chyba po to, żeby zwiększyć liczbę potencjalnych ofiar.

Na straży przejścia postawiono samorząd szkolny, w skład którego wchodzą magowie, demony i inne badziewie. Jego członkowie mają szereg uprawnień i przywilejów. Między innymi mogą opuszczać lekcje i zbijać bąki (pewnie pomyślicie, że Zegarmistrz jaja sobie robi: otóż nie! To na serio!) tak długo, jak długo walczą z potworami. Stan personalny samorządu składa się więc z wampirzycy Himei, Taito oraz przewodniczącego Gekkou: potężnego, ponurego maga uważającego się za geniusza. Temu ostatniemu towarzyszy Mirai Andou, potężna demonica błyskawic w ciele czternastoletniej dziewczynki. Mirai jest zdecydowanie najsympatyczniejszą postacią, gdyż czasami bywa śmieszna (ale częściej denerwująca). Gekkou i Himea natomiast są bohaterami straszliwie nadętymi. Prócz wyżej wymienionych w obsadzie pojawia się też kilka innych osób, których personaliów nie zdradzę, bowiem stanowiłoby to gruby spoiler. Całkiem sympatyczny okazuje się sam Taito, któremu od czasu do czasu zdarza się rzucić zdroworozsądkowy komentarz w stylu Kyona z Melancholii Haruhi Suzumiyi. Wszyscy oni przeżywają masę chaotycznych przygód bez głębszego sensu.

Pisanie o fabule tego anime przychodzi mi z trudem, gdyż wymaga to użycia słowa, które jest bardzo nadużywane i przez to pozbawione znaczenia, staram się więc go unikać. Brzmi ono „niespójna” i niestety brutalna prawda jest taka, że innego określenia na to, co dzieje się na ekranie, nie ma. W zasadzie tym, czego najbardziej brakuje w życiu naszych postaci, jest jakiegoś rodzaju cel. Wiadomo: Taito chce chronić Himeę, kilka innych postaci chce chronić świat, jeszcze inni chcą z różnych powodów obsadę powybijać. W obrębie jednego lub dwóch odcinków wydarzenia związane z realizacją tych planów bywają więc nawet dość intensywne, jednak jakoś nie układa się to w przemyślaną opowieść, ani nawet w opowieść ciekawą. Było już kilka anime o podobnej konstrukcji, tam jednak wyglądało to sensowniej, bohaterowie mieli jakąś motywację do tego, co robili.

W Itsuka Tenma no Kuro Usagi natomiast mamy do czynienia z akcjami typu „Jezus Maria! Wróg znowu zaatakował!”, gdy znikąd wyciągani są bracia bliźniacy czy odwieczni wrogowie postaci, które ledwie znamy, bohaterowie zostają posłani do obcych wymiarów po artefakty, które później nie przydadzą im się do niczego, lub też walczą z potworami, które po prostu weszły do szkoły jak do MacDonalda.

Wszystko to zaś okraszone jest nieznośnym patosem i megalomanią. Czasami miałem wrażenie, że ktoś doznawał ejakulacji na samą myśl o tym, jakie to potężne zaklęcia są w stanie rzucać jego postaci i liczył na to, że widzowie również dostąpią takich atrakcji. Powiedzmy sobie jednak szczerze: w Dragon Ballu fajniej się bili. I megalomanię mieli mniejszą. Momentami tę fanfaronadę rozładowuje główny bohater, ale tylko do pewnego stopnia. Zdecydowanie brakuje mu cynizmu, złośliwości i uroku osobistego, by sprostać temu zadaniu.

Grafika serii jest zaskakująco wręcz słaba. To znaczy: nie wygląda nieestetycznie czy archaicznie, ale z drugiej strony nie poraża jakością rysunku. To typowy średniak i to taki sprzed roku czy dwóch. W ciągu ostatnich kilku miesięcy zrobiło się przykładowo tłoczno od niskobudżetowych serii, które z różnych powodów olśniewają bogatymi szczegółami drugiego planu. Na ich, nomen omen, tle rysowane dość klasycznie Itsuka Tenma no Kuro Usagi wypada blado. Wprawdzie projekty postaci i ich wykonanie są poprawne, jednak anime nie ma czegoś, na czym można by zawiesić oko. No, może poza paroma scenami majtczanymi dla niewyżytych.

Pora napisać parę słów o stronie dźwiękowej tego anime. Jak łatwo zgadnąć z tonu poprzednich: nie sprawiła ona, że napisałem list do Świętego Mikołaja z błaganiami o płyty z OST­‑em. Bo prawdę mówiąc, nie było po co. Owszem, podobnie jak wiele anime, także i Itsuka Tenma no Kuro Usagi posiada całkiem ładne piosenki służące za opening i ending, całkiem ładne melodie w środku oraz bardzo dobrze podstawione głosy. Oprawa dźwiękowa jest bardzo ważnym elementem kreskówki. Dobrzy aktorzy wcielający się w postacie potrafią nadać im charakter, sprawić, że bohaterowie żyją, a wydarzenia nabierają dramatyzmu. Podobnie muzyka potrafi zaczarować widza i wciągnąć go w wir wydarzeń. Powiedzmy jednak szczerze: omawiany tytuł nie należy do grona tego typu seriali.

Zresztą, nawet przyglądając się aktorom głosowym widać, że mało który z nich jest gwiazdą. Tak więc głównego bohatera gra Shinnosuke Tachibana, człowiek o dość skąpym portfolio, którego szczyt kariery przypada tak na oko na okres 2000­‑2005. Występował w wielu znanych produkcjach ostatnich lat, jednak głównie w rolach drugoplanowych. Towarzyszy mu Megumi Takamoto wcielająca się w Himeę. Ponownie, mimo piątego roku w zawodzie, grała ona w niewielkiej ilości serii, z których połowy zresztą nie kojarzę. Gekkou zagrał natomiast aktor znany głównie z seriali telewizyjnych klasy B…

8/10: od tej oceny można rozważać obejrzenie anime – powiedział ktoś kiedyś na naszym IRC­‑u. Podejrzewam, że Teukros, gdyż on jest dość wybredny. Niestety do pewnego stopnia muszę się zgodzić z tą opinią, choć oczywiście należy uwzględnić wiele wyjątków. Niestety bowiem niższe oceny otrzymuje bardzo wiele tytułów średnich. Czyli takich, do których, podobnie jak do Itsuka Tenma no Kuro Usagi, trudno przyczepić się o coś konkretnego, są teoretycznie nieźle wykonane, jednak nie mają „tego czegoś”, co przyciąga widza i sprawia, że go obchodzi to, że obejrzał jakieś anime. Owszem, powiedzmy sobie szczerze: to nie jest zły tytuł. Jednak nikt nie ucierpi na tym, że go nie obejrzy. Nie sądzę też, żeby ktokolwiek za dwa czy trzy lata pamiętał, że w ogóle takie anime było.

Zegarmistrz, 19 listopada 2011

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: ZEXCS
Autor: Takaya Kagami
Projekt: Satoshi Isono, Shin'ya Segawa, Yoshinori Iwanaga
Reżyser: Takashi Yamamoto
Scenariusz: Shigeru Morita
Muzyka: Shigeo Komori