Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Festiwal Fantastyki Cytadela - konwent

Komentarze

Natsu e no Tobira

  • Avatar
    A
    Oczko 23.03.2013 11:26
    Chłopcy na skraju załamania nerwowego
    „To, czego szukała moja ciekawość, co było mi źródłem marzeń, rozkoszy i lęku, wielka tajemnica dojrzewania bynajmniej nie pasowała do tak chronionej szczęśliwości dziecięcego mojego spokoju. (…). Każdy człowiek przeżywa tę trudność. Dla przeciętnej natury jest to ów punkt życia (…), gdy próchnieć i stopniowo rozpadać się zaczyna świat dzieciństwa, gdy wszystko co ulubione chce nas opuścić, i nagle odczuwamy wokół siebie samotność oraz śmiertelny chłód.”
    H. Hesse, „Demian” , tł. M. Kurecka, Warszawa 2001, s. 54­‑55.

    Powyższy cytat stanowi fragment monologu wewnętrznego Emila Sinclaire’a, głównego bohatera i zarazem narratora powieści, która wywarła znaczący wpływ na artystyczny rozwój autorki „Natsu e no Tobira”. Nie mnie oceniać, jak wiele wizja „tajemnicy dojrzewania” wykreowana przez Keiko Takemiyę zawdzięcza Hessemu. To, co ocenić mogę, i robię to z dużą przyjemnością, to fakt, iż podążając tropem niemieckiego pisarza, oferuje ona w „Drzwiach do lata” zaskakująco wiarygodne studium nastoletniej alienacji i rozpadu. Bardzo udana ekranizacja dodatkowo pogłębia i intensyfikuje wymowę mangowego pierwowzoru.

    Wbrew tytułowi wywołującemu raczej pozytywne skojarzenia z inicjacją, szczytem i pełnią, w filmie z obsesyjnym uporem powraca motyw wyobcowania, zniszczenia i straty. Rzeczywistość skorup – rzeczy nieodwracalnie strzaskanych, rozbitych, uszkodzonych – pojawia się już w prologu, a następnie jeszcze mocniej wybrzmiewa w należącej do zawiązania akcji scenie bójki w kawiarni. Rywalizujący o względy pięknej Ledanii starsi uczniowie miejscowej szkoły w porywie zazdrości ochoczo druzgoczą restauracyjne sprzęty i dopiero interwencja lidera młodych racjonalistów przywołuje ich do porządku. Postać Mariona sumującego wartość potłuczonego szkła, zepsutych krzeseł, poplamionych ubrań – w celu pociągnięcia chuliganów do odpowiedzialności – antycypuje nieuchronność znacznie groźniejszych rozliczeń i bilansów. Tych, którym dosłownie za chwilę zostanie poddany sam pewny siebie, arogancki rachmistrz. Za wszystkie ekscesy histerycznie rozpętanej, nieobytej młodości trzeba bowiem gorzko płacić. Co więcej, niektóre szkody sytuują się poza możliwością jakiejkolwiek rekompensaty.

    „Natsu e no Tobira” bardzo mocno akcentuje tezę, iż proces indywiduacji nie może się obyć bez atakującego bezlitośnie i znienacka poczucia wykluczenia oraz nieadekwatności. Śledząc kolejne etapy dezintegracji grupy przyjaciół skupionych wokół Mariona, obserwujemy, jak każdy z nich przeistacza się w odrębną cyfrę w egzystencjalnym rachunku. Przejście od stanu lojalnego, ufnego współbycia do stanu dotkliwiej osobności zapowiada – znów już na początku filmu – fabularnie mało istotna, ale za to bogata w symboliczne sensy scena rozgrywająca się w opustoszałym internacie. Chodzi o niespodziewaną konfrontację Jacquesa z profesorem podczas „wietrzenia” uczniowskich kwater. Szukając swoich kolegów, piegowaty wyrostek dziarsko maszeruje wzdłuż korytarza i otwiera na oścież ciężkie podwoje prowadzące do małych, chłopięcych światów, tylko po to, by spotkać się z gwałtownym sprzeciwem nauczyciela, który dosłownie przed chwilą skrupulatnie je pozamykał. W ten sposób – w obrazie zatrzaśniętych na głucho drzwi, za którymi stopniowo gęstniej zaduch młodzieńczych niepokojów – zostaje wytyczona linia demarkacyjna pomiędzy dzieciństwem a „pączkującą” dorosłością. Ów konflikt otwartego/zamkniętego, przynależności/oddzielenia, jawności/tajemnicy będzie od tego momentu napędzał akcję nie mniej skutecznie niż gorąca para lokomotywę w jednym z bardziej ekscytujących zwrotów całej historii.

    Charyzmatyczny Marion, prostoduszny Jacques, nieco snobistyczny Lind i neurotyczny Claude – choćby we wspomnianej scenie kawiarnianej – jeszcze tworzą zwarty krąg przyjaciół, jeszcze wspierają się nawzajem w swoich uczniowskich wybrykach, jeszcze łączą ich żarliwe dyskusje i odwieczne utyskiwania na nauczycieli, jeszcze zwierzają się sobie ze swoich uczuć i planów, ale już, gdzieś tam, wewnątrz, to, co „wspólne”, zaczyna się po cichutku, podstępnie pruć. W odurzanych hormonami ciałach rodzą się kłopotliwe tęsknoty i obrazoburcze pragnienia, wątpliwości i zamęty. Utajone pod powierzchnią chłopięcej beztroski i buty buzują „niewypowiadalne” porywy – straszne, dziwne, kompromitujące, nie do wyjawienia. Takie, których nie dzieli się z nikim. Takie, z którymi każdy musi (albo wydaje mu się, że musi) zmagać się za wspomnianymi zamkniętymi drzwiami. Młodzi entuzjaści racjonalizmu okazują się pełni nieracjonalnych sekretów, zaś sekrety te – wstydliwie hodowane w ciemności, ukrywane nawet przed samym sobą – z czasem nabierają trującej mocy.

    Bohaterowie Keiko Takemiyi – zwłaszcza Marion i Claude – zdają się doświadczać tych samych katuszy, które były udziałem narratora „Demiana”. Z łatwością można by włożyć w ich usta jedną z jego skarg: „z zastygającym sercem patrzeć musiałem, jak ten mój świat, dobre, szczęśliwe moje życie stawały się przeszłością, odrywały się ode mnie, odczuwać musiałem, jak oto nowymi, chwytliwymi korzeniami zakotwiczony i zamocowany zostaję tam, na zewnątrz, w ciemnym, obcym świecie”. (s.23). Pozornie jeszcze w raju, jeszcze zanurzeni w błogiej wspólnocie, chłopcy w „Natsue e no Tobira” z trwogą odkrywają, że bezpieczne, uporządkowane uniwersum zostaje gdzieś za nimi. Że właśnie zostali skazani na wygnanie. Nie poznają siebie. Nienawidzą siebie. Gubią się wśród własnych uczuć i przekonań. Zaczynają kłamać. Knuć. Kryć się. Robić dobrą minę do złej gry. Podtrzymywać fałszywe fasady. Chować – jak u Hessego – „ataki rozżalenia i rozpaczy” za „na wskroś męską pogardą dla świata” (s. 77).

    Tylko o tyle relacje pomiędzy chłopcami wydają mi się w dyskutowanym filmie równie ważne, jeśli nie ważniejsze, od relacji z kobietami, że one właśnie stanowią miernik mozolnego „wyodrębniania się”, usamodzielniania poszczególnych postaci. Na terenie związków męsko­‑męskich (szeroko rozumianych) sprawy przybierają też najbardziej dramatyczny obrót, pokazując kruchość młodych dusz w starciu z ciśnieniem pierwszych dorosłych pasji. Tu najmocniej wybrzmiewa temat definitywności niektórych uszkodzeń – wszak błędów wynikających z niedoświadczenia nie obejmuje żadna taryfa ulgowa. Czy to roztrzaskane w drobny mak kieliszki, czy złamane serca, czy  kliknij: ukryte – wszystkie szkody podlegają temu samemu prawu nieodwracalności.

    Zwróciło moją uwagę, jak trafnie „Drzwi do lata” portretują sam mechanizm powstawania adolescencyjnej „wsobności”. Została ona ukazana nie tylko jako skutek dochodzącej do głosu seksualności, ale – w co najmniej równym stopniu – jako konsekwencja świeżo rozbudzonej samoświadomości. Owa (przez większość czasu niewygodna, wręcz bolesna) nastoletnia świadomość siebie – z jednej strony nadmiernie wybujała, z drugiej wzruszająco wątła, chwiejna, nieustannie kwestionująca własne przejawianie się – jest wymownie sugerowana przez szereg typowo filmowych środków wyrazu. Sposób montażu, kadrowanie, operowanie zbliżeniami – wszystko ma podkreślać powolny, acz konsekwentny zwrot protagonistów ku wzburzonym przestworom młodzieńczego wnętrza. Niczym niepokojący leitmotiv funkcjonuje w „Natsu e no Tobira” widok samotnych postaci kryjących się w ciemnych kątach, za koronkowymi firankami, w cieniu starych drzew, bram i filarów. Tytuł obfituje w długie, statyczne ujęcia sylwetek niejako skazanych na próżnię wyludnionych pomieszczeń lub przestrzeni. Na równi z histerycznymi wybuchami namiętnie celebruje się tu momenty wymownego milczenia, zawisłe w powietrzu gesty, odwrócone spojrzenia. W ramach kreowania klimatu dusznego niedopowiedzenia widz raz po raz konfrontowany jest z przepastną, pełną napięcia ciszą wielkich, rozgwieżdżonych oczu.

    Owa spójność znaczenia i obrazu stanowi niekwestionowaną zaletę „Natsu e no Tobira”: na każdym etapie fabuły „dosłowność” wydarzeń wspierana jest szeregiem wizualnych symboli. Odwołując się kilkakrotnie do bardziej istotnych elementów owej subnarracji symbolicznej, bynajmniej nie wyczerpałam tematu, ponieważ cała produkcja wręcz została przesycona tego typu zabiegami. Do bardziej efektownych scen emanujących ukrytym, alegorycznym sensem należy wybuch Claude’a zakończony zrzuceniem na podłogę szachownicy zapełnionej pionkami. Bezładna sterta czarnych i białych szachowych figur – pozostałość ulubionej rozrywki racjonalistycznego klubu Mariona – stanowi niezwykle wymowny obraz kompletnego pomieszania wartości, dotkliwego wewnętrznego chaosu doświadczanego przez dorastających bohaterów. Zastanawiam się też nad motywem nagości, tak mocno akcentowanej w przypadku Mariona, wręcz przeciwstawianej pełnemu kobiecemu „rynsztunkowi” Sary. Abstrahując od zdecydowanie perwersyjnego podkreślania dysproporcji pomiędzy wybujałą kobiecością kurtyzany a kruchością i bezbronnością jej nieletniego kochanka, nagość chłopca zdaje się korespondować z jego naiwnością. Zmartwienia i obawy nastolatka są dla Sary oczywiste, on sam jest „przezroczysty”, pozwala się czytać jak otwarta książka. Co więcej, zarówno on, jak i  kliknij: ukryte  sami chcą być tak „czytani”. Tyleż wzruszająca, co beznadziejna tęsknota protagonistów za „otwartymi drzwiami”, za utraconą dziecięcą prostotą, uładzeniem, prostolinijnością manifestuje się w ich brawurowym dążeniu do odrzucenia skrytości, kłamstwa, obłudy. Marion otwarcie deklaruje miłość do Sary, paradując w negliżu po rezydencji swojej wybranki.  kliknij: ukryte  Nawet pojedynek Linda i Jacquesa gdzieś tam pozwala się interpretować jako zachowanie dążące do pierwotnej, rajskiej „czarno­‑białości”. Nacisk na młodzieńczą szczerość intencji wyjaśnia, dlaczego – skażone podejrzanymi kompromisami, wygodnickim konformizmem – postępowanie Sary i Hrabiego wydaje się chłopcom nie do pojęcia, nie do zaakceptowania.

    Na koniec jeszcze słowo na temat wspomnianej w recenzji stylowości oprawy wizualno­‑muzycznej. Uwielbiam ten rodzaj wytwornej, ostentacyjnej egzaltacji, jaki reprezentuje „Natsu e no Tobira”. Ową staroświecką manierę, która sprawia, iż młodociani bohaterowie – otoczeni nimbem wdzięku permanentnego – nawet powaleni brutalnym ciosem, upadają na rzeźbione krzesła w malowniczych pozach pełnych niewysłowionej, nonszalanckiej kokieterii. Dziś to jest już nie do podrobienia. Chyba że w wersji camp. O ile nie przepadam (jak na razie) za mangami Keiko Takemiyi, o tyle musze przyznać, że w rękach umiejętnych adaptatorów historie przez nią opowiedziane ujawniają naprawdę interesujący potencjał.
    Cytaty z „Demiana” H. Hessego pochodzą z tł. M. Kureckiej, Warszawa 2001.

  • JPP 26.06.2012 15:43:20 - komentarz usunięto
  • Avatar
    R
    Jojo 25.06.2012 20:45
    Jak to nie shonen-ai?
    To jest klasyka shonen­‑ai, nie wiem jak facet może o tym pisac i decydowac. Na wikipedii i wszystkich stronach „Natsu e no tobira” jest zaznaczone jako shonen­‑ai. Douczcie się zamiast samemu udawac że wiecie lepiej o rzeczach na których sie nie znacie.
    • Avatar
      Grisznak 26.06.2012 13:14
      Tu mi czołg jedzie
      Takiego z tego yaoi jak z łopaty młot pneumatyczny. Polecam wyłączyć opcję „Widzenie yaoi wszędzie gdzie się da”.
      I serio, to anime jest to za dobre, aby zamykać je w niszy gejowskich romansów. Zwłaszcza, że wszystkiego, co można by podciągnąć pod yaoi jest tu 1/50 (czyli minutowa scenka, w której  kliknij: ukryte ). Jeśli to miałoby wystarczyć, aby uznać „Natsu…” za yaoi, to jakąś połowę wszystkich anime pewnie dałoby się pod ten gatunek podłączyć.