Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Otaku.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 8/10 grafika: 8/10
fabuła: 6/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 7 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,00

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 81
Średnia: 6,48
σ=1,75

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Avellana, Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Dog Days'

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2012
Czas trwania: 13×24 min
Tytuły alternatywne:
  • ドッグ・デイズ'
Widownia: Shounen; Postaci: Anthro, Magowie/czarownice; Miejsce: Świat alternatywny; Inne: Magia
zrzutka

Czy ktoś reflektuje może na skoncentrowaną dawkę optymizmu i dobrego humoru?

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Zbliżają się letnie wakacje, a co za tym idzie, termin ustalonego przez bohaterów na końcu pierwszej serii spotkania. Tym razem Shinku nie wyrusza do magicznego świata Flonyard sam – skoro bawił się tam tak świetnie, a podróże międzywymiarowe przestały być problemem, czemu nie podzielić się tym z innymi? Nasz bohater zabiera swoją wieloletnią przyjaciółkę, Rebeccę, którą mieliśmy okazję poznać przelotnie w poprzedniej serii. To dzięki niemu także królestwo Galette wystosowuje oddzielne zaproszenie dla Nanami – również przyjaciółki i odwiecznej rywalki w zawodach lekkoatletycznych. To oczywiście pozwala się im spotkać jako „bohaterom” po przeciwnych stronach podczas zawodów (nazywanych tu „wojną”) zorganizowanych dla uczczenia ich przybycia. Do rywalizacji dwóch królestw nieoczekiwanie włącza się trzecie – niewielkie Pastillage, w którym panuje młodziutka księżniczka Couverte. Pozazdrościwszy Millhiore i Leonmitchelli przyzwanych z innego świata bohaterów i dobrej zabawy, postanawia obdarzyć podobnym zaszczytem Rebeccę. Całą trójkę przyjaciół czekają naprawdę niezapomniane wakacje…

Prawdę mówiąc, od początku byłam zdania, że mój redakcyjny kolega zbyt surowo w swojej recenzji potraktował pierwszą serię Dog Days, machając lekceważąco ręką nad kolejną komedyjką fantasy. Nie chcę dorabiać jej nieistniejącej głębi, ale wypada jednak przypomnieć o niewątpliwych zaletach, które dzieli także opisywana tutaj kontynuacja. Dog Days jest zaskakująco udanym komediowo­‑przygodowym fantasy, w którym rzeczona komedia nie opiera się wyłącznie na (obecnym) fanserwisie ani też na głupawych żartach. Co więcej i co nieczęste, świat, w którym rozgrywa się akcja, jest naprawdę bogaty – poznajemy jego niewielki wycinek, ale widać, że twórcy mają przemyślany obraz całości, a kolejne informacje pasują do tego, co zostało powiedziane lub pokazane wcześniej. Zazwyczaj nie lubię pakowania do światów fantasy odpowiedników współczesnej technologii (w rodzaju magicznych telebimów), tu jednak zrobiono to na tyle z pomysłem, że wszystko jakoś pasuje do siebie. Innymi słowy, Dog Days nie jest serią wybitną, ale jest serią, którą ogląda się naprawdę gładko.

Pierwszy sezon po kilku odcinkach epizodycznych przechodził do trochę poważniejszego wątku głównego, który niestety był zdecydowanie jego najsłabszym elementem. Nie chodzi nawet o zwiększenie ilości dramatyzmu, a przede wszystkim o to, że wątek ten wymagał od głównej zamieszanej w niego postaci zachowania całkowicie niezgodnego z jej charakterem i tym, co wcześniej i później zostało pokazane. Tym razem twórcy na dobre i złe postawili na jedną kartę, więc uprzedzam od razu: wątku głównego tu po prostu nie ma. Oglądamy szereg luźno powiązanych epizodów z kolejnymi zdarzeniami z życia bohaterów, którzy podróżują po trzech królestwach, doskonalą swoje umiejętności, rywalizują w kolejnych zawodach i robią to, co należy robić na wakacjach: doskonale się bawią. Jeśli komuś tego rodzaju konstrukcja fabuły przeszkadza i czekał na drugi sezon z nadzieją, że pociągnięte zostaną poważniejsze wątki, może sobie seans darować teraz, od razu, i nie narzekać. Uprzedzałam.

Tempo poszczególnych historii różni się – niektóre są naprawdę świetne i pomysłowe, inne tylko dobre, ale warto podkreślić, że twórcy nie odwalają po prostu kolejnych „punktów obowiązkowych” letnich serii. Napięcia i dramatyzmu nie ma tu za wiele, bo naprawdę trudno przypuszczać, by bohaterom miała stać się poważniejsza krzywda, jednakże przynajmniej dla mnie nie była to wada, tylko część konwencji. W zamian za tego rodzaju braki seria oferuje bowiem niesamowicie skoncentrowaną dawkę optymizmu i dobrego humoru: nie jest to seans z gatunku „boki zrywać”, ale jeden z tych, które zostawiają widza na dłużej z ciepłym uśmiechem. Jasne, można narzekać na niewykorzystanie wspaniałego potencjału świata – dlatego ocena za fabułę wynosi tylko 7 – ale prawdę mówiąc, ja narzekałabym bez większego przekonania, bo wcale nie było mi źle z tym, co dostałam.

Już w pierwszej serii kłębił się nieprawdopodobny tłum bohaterów – samych mniej lub bardziej istotnych postaci pierwszo- i drugoplanowych było lekko licząc kilkanaście sztuk, a jeśli uwzględnić ciekawsze postaci epizodyczne (zawsze przepadałam za dwójką komentatorów zawodów), to można szybko stracić rachubę. Druga seria lekką ręką dorzuca na pierwszy i drugi plan kolejnych bohaterów, w ogóle nie przejmując się tym, że zazwyczaj takie zabiegi kończą się katastrofą. Tutaj bowiem… sprawdzają się. Nie wiem, prawdę mówiąc, jakim cudem, bo przeliczając liczbę postaci na liczbę odcinków dostaje się jakieś dość przerażające wartości. Wydaje mi się, że sekret Dog Days kryje się w trzech elementach. Po pierwsze, poszczególni bohaterowie mają charaktery mało złożone (albo raczej: mało naświetlone), ale bardzo wyraziste. Nie można powiedzieć, że poznajemy ich do głębi, jednak zazwyczaj dwie­‑trzy scenki z ich udziałem wystarczają, żeby wiedzieć mniej więcej, jaki mają temperament i podejście do świata. Po drugie, osiągnięto to, nie wykorzystując schematów­‑kluczy w rodzaju „wrzaskliwy dzieciak”, „lolitka­‑tsundere” i tak dalej. Owszem, część postaci da się luźno przypisać do jakiegoś popularnego typu, ale nigdy nie miałam wrażenia, że są sztywno zamknięte w jego ramach i zdolne tylko do ograniczonej liczby zaprogramowanych reakcji. Po trzecie, całe to stado nie plącze się bezużytecznie po ekranie i nie zastyga nieruchomo, gdy tylko odwróci się od nich uwaga kamery i bohaterów. Wszyscy się krzątają, zajęci jakimiś obowiązkami lub sprawami prywatnymi, dzięki czemu miałam poczucie, że dysponują własnym życiem, którego fragmenty widzę chwilami.

Opisywanie poszczególnych bohaterów mija się trochę z celem, tym bardziej że scenariusz nie stawia ich wobec wydarzeń stanowiących próbę charakterów czy wymuszających przełomowe zmiany. Mogę natomiast obiecać, że jeśli w pierwszej serii jakaś postać drugoplanowa wpadła wam w oko, tutaj prawie na pewno pojawi się przynajmniej w jakimś epizodzie. W obsadzie dominują panie, ale w porównaniu do poprzedniej części zwiększyła się liczba drugoplanowych postaci męskich, także takich, na których naprawdę można oko zawiesić. Tak jak powiedziano w recenzji pierwszej serii, jest to towarzystwo co do sztuki sympatyczne, zaprzyjaźnione ze sobą i nawet rywalizację traktujące bez cienia złości czy zawiści. Mój kolega nazwał bohaterów nierealistycznymi i nie planuję spierać się w nim w tej materii, jednak w odróżnieniu od niego, nie zamierzam też traktować tego jako wady. Celem tego anime jest dostarczenie widzowi uderzeniowej dawki pozytywnych emocji, a pełne ciepła relacje między postaciami są jednym z elementów budujących pogodny klimat. Warto zresztą zauważyć, że oglądamy tylko pewien epizod z życia tego świata – pogodne i pozbawione poważniejszych problemów lato, kiedy wszyscy, łącznie z władcami, mogą sobie trochę odpuścić i odpocząć. Jeśli się przyjrzeć uważniej umiejętnościom poszczególnych bohaterów (szczególnie tych trochę starszych), można dojść do wniosku, że ktoś, kto uznałby te trzy państewka za łatwy łup, bardzo, ale to bardzo poważnie by się zdziwił.

Seria zawiera trochę fanserwisu, jednak nawet on został podany ze smakiem i – jakkolwiek absurdalnie by to nie brzmiało – bez podtekstów. Twórcy pozwalają przy różnej okazji widzom podziwiać wdzięki rozmaitych pań, wykorzystując nawet motyw niszczenia zbroi/ubrania podczas walki, jednak nie ma w tym ani odrobiny pseudohentajowej „lepkości”, która zwykle towarzyszy takim scenom. Nie jest to także klasyczna haremówka, co mogą sugerować plakaty zawierające głównie skupione wokół bohatera dziewczęta. Chociaż można wskazać aż trzy poważniejsze kandydatki do uczuć Shinku, wszelkie rozwinięcie (i rozstrzygnięcie) wątków tego typu musi poczekać, aż całe towarzystwo zrobi się starsze. Na razie bohater wszystkie dziewczęta traktuje tak samo – z niesamowitą życzliwością i ciepłem, ale bez krztyny zrozumienia kwestii męsko­‑damskich, co w jego wieku wypada jeszcze całkowicie naturalnie.

Wysoka ocena grafiki jest w pełni zasłużona. Przede wszystkim należy pochwalić projekty postaci – to prawda, że tło wypełniają identyczni i pozbawieni indywidualności żołnierze/mieszkańcy miast, ale jak wspomniałam wcześniej, samych wymienionych z imienia bohaterów jest prawdopodobnie ze trzydzieści sztuk, jeśli nie więcej. Niewątpliwie pomaga w tym wykorzystanie całej palety tęczy oraz zróżnicowanie zwierzęcych uszu i ogonów, będących cechami charakterystycznymi mieszkańców Flonyard, ale nigdy nie miałam problemów z rozpoznaniem danej osoby i przypomnieniem sobie jej roli (nawet jeśli nie imienia). Nie zapomniano nawet o animacji tychże zwierzęcych dodatków, która przyjemnie dodaje życia postaciom. No właśnie, animacja. W niektórych odcinkach jest dość ograniczona, ponieważ przygody przeżywane przez bohaterów nie wymagają szczególnych popisów. W innych jednak rekompensuje to z nawiązką: błyszczą tutaj oczywiście zawody, pełne efektownych potyczek i pojedynków, mogących być ozdobą niejednego wysokobudżetowego hitu. Dorzućmy do tego bardzo przyzwoitą i zróżnicowaną oprawę dźwiękową – i dostajemy tytuł, który niewątpliwie otrzymał znaczny budżet i potrafił go właściwie wykorzystać. Piosenki w czołówce i przy napisach końcowych są całkiem udane – tę pierwszą ponownie śpiewa Nana Mizuki, ale przyznam, że słyszane tutaj Fearless Hero podobało mi się bardziej niż Scarlet Knight z poprzedniej serii. W dodatku zadbano o drobne modyfikacje obu sekwencji w taki sposób, żeby nie zdradzić za wcześnie nowo pojawiających się postaci. Dla fanów różowej księżniczki­‑piosenkarki przygotowano aż trzy piosenki w wykonaniu jej seiyuu, czyli Yui Horie. Powinnam napisać kilka słów o obsadzie, ale doszłam do wniosku, że nie warto – pojawia się tu prawdziwa plejada gwiazd, jednak w większości w rolach na tyle niewielkich, że nie warto oglądać serii „tylko” dla nich.

Szczerze mówiąc, Dog Days jest anime, które doceniłam dopiero z pewnej perspektywy. Pierwsza seria, oglądana na bieżąco, wydawała mi się sympatyczna, ale dość błaha. Okazało się jednak, że nawet po roku zaskakująco dobrze pamiętam pojawiające się w niej postaci i wydarzenia, chociaż większość anime zdążam zapomnieć w przeciągu trzech miesięcy od zakończenia seansu. Co więcej – że trochę mi brakuje takich właśnie tytułów: skoncentrowanych na poprawieniu nastroju, nieroszczących sobie pretensji do wielkości, ale najzwyczajniej w świecie udanych i sympatycznych. Jeśli ktoś nie zrezygnował z czytania w połowie recenzji, mrucząc „fuj, lukier i paskudztwo”, gorąco zachęcam do sięgnięcia po obie serie. W chwili obecnej nie mam pojęcia, na ile „sprzeda” się ta część, ale ja zdecydowanie poprosiłabym o kolejny sezon. I niech bohaterowie dostaną jakiś świat do uratowania, nadawaliby się do tej roboty.

Avellana, 20 października 2012

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Seven Arcs Pictures
Autor: Masaki Tsuzuki
Projekt: Akira Ootsuka, Hiroyasu Oda, Keiko Oota, Kenji Masuda, Osamu Sakata
Reżyser: Junji Nishimura
Scenariusz: Masaki Tsuzuki
Muzyka: I've Sound