Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Studio JG

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 7/10 grafika: 7/10
fabuła: 5/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 5
Średnia: 6
σ=0,63

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (moshi_moshi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Ozanari Dungeon: Kaze no Tou

Rodzaj produkcji: seria OAV
Rok wydania: 1991
Czas trwania: 3×26 min
Tytuły alternatywne:
  • おざなりダンジョン 風の塔
zrzutka

Leciwe fantasy w klasycznym stylu, niestety za krótkie, by wciągnąć widza w wir zwariowanych przygód.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: MarcowyZajac

Recenzja / Opis

Trójka obwiesi, czyli najemniczka Moka, czarodziej Kiriman oraz złodziejaszek Blueman, otrzymuje od władcy Wieży Wiatru zlecenie dostarczenia mu Smoczej Głowy – pradawnego artefaktu, pilnie strzeżonego w Świątyni Ognia. I chociaż bohaterom szybko udaje się zdobyć wspomnianą Głowę, nagle i niespodziewanie zaczynają się przed nimi piętrzyć problemy, których udałoby się uniknąć, gdyby nie miłość do skarbów Moki… Ostatecznie wściekły władca wysyła za niekompetentnymi najemnikami swojego zaufanego człowieka.

Ozanari Dungeon: Kaze no Tou to przyjemna trzyodcinkowa opowiastka na podstawie mangi, która cieszy widza do momentu, kiedy zdaje on sobie sprawę, jak niewielki wycinek właściwej historii otrzymał. Nie, nie czytałam pierwowzoru, ale pewne rzeczy szybko zaczynają rzucać się w oczy. Widzimy klasyczny świat fantasy, pełen drobnych opryszków, dzielnych wojowników, szukających szczęścia (i pieniędzy) najemników i magów. Są tu niewielkie miasteczka położone na nieprzyjaznych pustynnych terenach, odizolowane świątynie poświęcone poszczególnym żywiołom i wiele innych tajemniczych miejsc. Na początku wszystko prezentuje się, jak na klasyczne fantasy przystało – grupka bohaterów, niekoniecznie o kryształowych sercach, dostaje zadanie i rusza, by je wykonać. Po drodze niszczy, wysadza, a także sieje chaos, jednak nikomu większej krzywdy nie wyrządza. Kłopoty zaczynają się, kiedy protagoniści wypełniają pierwszą część zlecenia, gdyż Smocza Głowa okazuje się czymś więcej niż tylko zakurzonym przedmiotem, czczonym przez grupkę kapłanów, i na jaw wychodzi, że władca Wieży Wiatru jest jedynie kolejnym pionkiem w większej rozgrywce.

Nie chodzi o to, że nagle fabuła zaczyna się staczać, bohaterowie robią się mniej sympatyczni, a tempo wydarzeń zwalnia. Wręcz przeciwnie – na scenie pojawiają się coraz to nowe postacie, atmosfera się zagęszcza, a intryga komplikuje. Rzecz w tym, że nie trzeba być geniuszem, by zauważyć, że trzy odcinki to zdecydowanie zbyt mało na rozwinięcie wszystkich wątków i satysfakcjonujące zakończenie, rozwiewające chociażby część wątpliwości. Nagle lokalna ekspedycja niedoświadczonych poszukiwaczy skarbów zamienia się w wyprawę, od której zależą losy świata. I dobrze, było nie raz, i nie dwa w anime, tyle że zazwyczaj lepiej rozplanowane. Nie wydaje mi się, by wrzucenie do wora tłumu postaci i niesamowite spiętrzenie fabuły przy tak ograniczonym czasie ekranowym było przemyślanym posunięciem. Przy czym ogólnie seria prezentuje się przyzwoicie, da się obejrzeć bez zgrzytania zębami i nawet potrafi wciągnąć, tylko na końcu zostajemy z długaśną listą pytań, na które odpowiedzi brak. Żeby nie być gołosłowną – kim jest istota, przybierająca postać miecza Moki, znikająca i pojawiająca się według własnego widzimisię; dlaczego osobnik odpowiedzialny za opętanie władcy Wieży Wiatru chce zniszczyć świat; co się stało ze Smoczą Głową? Naturalnie tego typu pytań jest więcej i nawet jeśli bohaterom ostatecznie udaje się zażegnać kryzys, wyraźnie widać, że to zaledwie początek, preludium do wydarzeń mających większy zasięg i poważniejsze konsekwencje.

W sumie mocno narzekam na Ozanari Dungeon: Kaze no Tou, ale wynika to z faktu, że anime ma duży potencjał. Produkcja od razu kojarzy się z dziełami pokroju Slayers i myślę, że gdyby nie zakończyła się na trzech odcinkach, otrzymalibyśmy porcję bardzo solidnej rozrywki. Serial zawiera wszystko, co dobre fantasy zawierać powinno – ciekawych i sympatycznych bohaterów­‑awanturników, bogaty i różnorodny świat przedstawiony, a także interesujące założenia fabularne. Przy okazji warto poświęcić dwa słowa wspomnianemu światu, który łączy elementy znane z tradycyjnych przygodówek (świątynie ukryte w niebezpiecznych miejscach, wyspy unoszące się nad ziemią, zapomniane ruiny) z elementami niemalże postapokaliptycznymi tudzież kojarzącymi się z science­‑fiction, takimi jak zaawansowane technologicznie statki powietrzne i kosmiczne dziwne pojazdy, służące do poruszania się w trudnym terenie. Przyznaję, że ten miszmasz wzbudził we mnie początkowo mieszane uczucia, ale im bliżej finału byłam i im więcej tajemnic wypływało na wierzch, tym łatwiej przyswajałam ten gatunkowy amalgamat. Nawet człowiek od brudnej roboty opętanego władcy, powietrzny pirat Gingar, noszący kowbojski kapelusz i używający jako broni gitary elektrycznej (różowej), wydawał się idealnie pasować do konwencji.

Generalnie bohaterowie są najmocniejszą stroną produkcji, nawet jeśli uznamy ich za stadko chodzących schematów. Moka jest głośną, ekstrawertyczną istotą, która częściej niż mózgu używa przemocy, acz jest niezwykle lojalna wobec przyjaciół i kiedy trzeba, zadaje trafne pytania. Blueman to złodziej, nieco tchórzliwy, ale znający się na swoim fachu. Najmniej dowiadujemy się o Kirimanie, głównie dlatego, że jest niemową, a z otoczeniem porozumiewa się za pomocą drewnianej tabliczki, na której zapisuje swoje kwestie. Oprócz trójki protagonistów na ekranie pojawia się sporo innych, niekiedy szalenie istotnych postaci (chociażby miecz Moki), ale właściwie trudno coś sensownego o nich powiedzieć. Mimo to nie narzekam – postaci są charakterne, zapadają w pamięć i myślą! Nawet jeśli Moka i jej towarzysze nie są tytanami intelektu, potrafią podejmować słuszne decyzje i nie zawsze polegają tylko na mięśniach. W sumie, wolę to stare podejście twórców do postaci niż współczesne – w drużynie nie ma geniuszy, nikt nie promieniuje pewnością siebie, natomiast wszyscy wolą działać niż wygłaszać długie pompatyczne przemowy. Bohaterowie są nieco żałośni, momentami bardzo głupi, ale nie irytują zacietrzewieniem, jak również nie próbują udowodnić całemu światu, że stoją ponad wszystkimi i wszystkim. Ich filozofia życiowa jest prosta – mieć dużo pieniędzy i pełny brzuch, oraz w miarę możliwości unikać kłopotów, które ich przerastają. Nikt tu świadomie nie ratuje ludzkości, raczej jakoś tak samo wyszło.

Kolejną zaletą Ozanari Dungeon: Kaze no Tou jest oprawa audiowizualna – może niezbyt wyszukana i wystawna, ale poprawna i mająca urok prawdziwego starocia. Projekty postaci nie są szczególnie dopracowane i na przykład gdyby nie strój, Mokę równie dobrze można by wziąć za mężczyznę. Chodzi mi raczej o ogólne wrażenie – bogatą kolorystykę, która mimo intensywności nie razi tandetną pstrokacizną, wyrazistą mimikę postaci i oczywiście urokliwe, ręcznie malowane tła. W anime widać jakiś pomysł na świat, nawet jeśli nieco szalony. Zarówno budowle, których projekty od razu przywodzą na myśl istniejące zabytki, jak i krajobrazy, przyciągają wzrok, zwracają uwagę detalami. Jeżeli coś jest z założenia wiekowe, to właśnie tak wygląda – mury są popękane, w zakamarkach leży gruz, wszelkie napisy są zatarte, a po kamieniach pnie się bluszcz. Kamienie nie błyszczą się w świetle, marmury nie wyglądają, jakby codziennie ktoś je polerował. Po prostu całość wydaje się autentyczna, a nie stanowi jedynie ładnej dekoracji rodem z gry komputerowej. Tyczy się to także muzyki, niekoniecznie wybitnie skomponowanej, ale nieograniczającej się do trzech melodii na krzyż, wygrywanych w kółko. O ile na początku dominują klasyczne, orkiestrowe brzmienia (niekiedy bardzo podniosłe), o tyle później pojawia się sporo współczesnych, elektronicznie przetworzonych kompozycji, gdzie wiodącym instrumentem są organy (keyboard). Duży plus należy się twórcom za czołówkę i piosenkę towarzyszącą napisom końcowym – obydwa utwory (Motto Be Myself i We are), wykonywane przez Hidemi Miurę, to solidny pop z wyrazistą gitarą elektryczną. Piosenki są energiczne, dobrze zaśpiewane i doskonale wpisują się w tradycję muzyczną końcówki lat osiemdziesiątych i początku dziewięćdziesiątych. Jeżeli podobały się Wam utwory Megumi Hayashibary, z pewnością i te przypadną Wam do gustu. Takoż seiyuu spisali się na medal, wkładając w grę mnóstwo uczucia, dzięki czemu wykreowane postacie są pełne życia i przekonujące. Co prawda większość zatrudnionych przy produkcji aktorów jest znana głównie ze starszych anime, ale wielu z nich nadal gra i to w całkiem znanych produkcjach – chociażby Daisuke Gouri czy Kenyuu Horiuchi.

Ozanari Dungeon: Kaze no Tou można uznać za leciwą reklamę mangi, jednak na tyle ciekawą, że wartą uwagi. Jeżeli ktoś lubi historie przygodowe w starym stylu, nie przeszkadza mu kreska i jest odporny na fabularny chaos, miło spędzi półtorej godziny. Mimo iż anime posiada wiele wad, a zmarnowany potencjał wprost krzyczy do widza, nie sposób odmówić serii uroku i waloru rozrywkowego. Historia jest wciągająca, bohaterowie uroczy, a humor niewymuszony, czegóż więcej chcieć? Miło jest cofnąć się w czasie i przypomnieć sobie, jak kiedyś robiło się anime, nawet jeśli nie jest ono najwyższych lotów.

moshi_moshi, 29 lipca 2014

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: TMS Entertainment
Autor: Motoo Koyama
Projekt: Minoru Maeda, Motoo Koyama
Reżyser: Hiroshi Aoyama
Scenariusz: Fumihiko Shimo, Hideki Sonoda
Muzyka: Kazz Toyama