Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Otaku.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

5/10
postaci: 5/10 grafika: 7/10
fabuła: 3/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 20
Średnia: 6,4
σ=1,62

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Avellana)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Hells

Rodzaj produkcji: film
Rok wydania: 2008
Czas trwania: 118 min
Gatunki: Dramat
zrzutka

Pobyt w Piekle próbą charakteru, czyli (ambitna?) porażka przy próbie stworzenia kontrowersyjnego i nietuzinkowego anime.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Xorlarrin

Recenzja / Opis

Nastoletnia Linne Amagane, jak wiele bohaterek anime przed nią i po niej, pędzi spóźniona do nowej szkoły. Energia rozpiera ją do tego stopnia, że nawet nie zauważa, iż po drodze wydarzyło się coś istotnego (a mającego związek z rozpędzoną ciężarówką). Dopiero kiedy otwiera drzwi nowej klasy, zaczyna się orientować, że coś chyba jest nie tak. Owszem, w wielkim mieście dziewczyny ubierają się inaczej niż na prowincji, ale chyba bez przesady? Zaraz – jak to nie żyje? Jak to trafiła do Piekła? Ona nie zamierza tu zostać, chce jak najszybciej wracać do domu, do mamy! Jak to się nie da?! Wszystko musi się udać, jeśli tego chcemy, szczególnie gdy coraz więcej zaczyna wskazywać na to, że nasza bohaterka do Piekła trafiła niezgodnie z zasadami, za to zdecydowanie nieprzypadkowo. Kto ją tu sprowadził i w jakim celu? Czy upiorne koleżanki z klasy i życzliwi koledzy z samorządu szkolnego pomogą jej w rozwikłaniu tej zagadki?

Powiedzieć, że ten film mnie rozczarował, byłoby bardzo łagodnym ujęciem problemu. Pierwsze wrażenie jest doskonałe: nietypowa, ale atrakcyjna dla oka grafika, psychodeliczna logika snu, kilka obłędnych pomysłów wizualnych – wszystko to tworzy scenografię, w której można by poprowadzić bardzo różne rodzaje opowieści. Na przykład zjadliwą satyro­‑komedię, wyszydzającą wytarte schematy szkolnych anime (na co wskazują pierwsze sceny, z nieśmiertelnym ujęciem bohaterki biegnącej z tostem w zębach). Albo efektowną przygodówkę, stawiającą przede wszystkim na pomysłowość i wykorzystującą nietypowy zestaw bohaterów. Albo złośliwe przewrócenie na nice motywów biblijnych. Albo opowieść o zemście, poczuciu winy i próbie ocalenie przyjaciół, nawet wbrew ich woli. Albo wreszcie surrealistyczne dziwo, którego głównym celem jest sprawienie, żeby widz miał po seansie uczucie, jakby ktoś mu przepuścił mózg przez wyżymaczkę.

Scenariusz, który dostajemy, jest przeraźliwie prosty, chociaż to samo w sobie nie byłoby jeszcze poważnym zarzutem – tu jednak udało się połączyć prostotę z przekombinowaniem. Przede wszystkim być może jest to wina adaptacji, ale film sprawia wrażenie skrótu wydarzeń z pełnowymiarowej serii telewizyjnej, pociętych tak, że w wielu miejscach gubią się między nimi połączenia przyczynowo­‑skutkowe. Bardzo chciałabym to zrzucić na wspomnianą na wstępie „logikę snu”, ale niestety po pierwsze, film może się nią bronić mniej więcej przez pierwsze piętnaście minut, po drugie, „logika snu” nie oznacza braku logiki w ogóle, a po trzecie dowolnie fantastyczny świat fikcyjny musi być spójny wewnętrznie. Tym bardziej, im bardziej jest absurdalny. W dodatku całość – mimo tej skrótowości – wydaje się za długa. Wszystkie karty zostają odkryte chyba niespełna w połowie filmu, a cała dalsza część polega już wyłącznie na pokonywaniu przez bohaterkę (z małą pomocą przyjaciół) kolejnych przeszkód, stawianych przed nią przez Głównego Złego, co za każdym razem sprowadza się praktycznie do tego samego. Owszem, wiara we własne możliwości to piękna i ważna rzecz. Jednakże przesłanie tego akurat filmu mówi: wystarczy wierzyć i chcieć, a wszystko będzie możliwe… Oczywiście jeśli i tak od początku byłaś tą Jedyną, Wybraną, Predestynowaną i tak dalej.

Żeby było ciekawiej, w całość wpleciono – jako kluczowe dla fabuły – wydarzenia z jednego z najbardziej znanych epizodów Starego Testamentu (mimo wszystko nie będę pisać dokładnie, które – niech widz ma chociaż taką niespodziankę). Tu jednak zdradzę wam pewien sekret: bawienie się motywami z Biblii jest dla mnie OK, nawet jeśli miałoby zahaczać o bluźnierstwo. Tyle że reinterpretacji trzeba dokonywać z jakimś pomysłem i poszanowaniem dla pierwowzoru – bo tutaj odnosiłam wrażenie, że chodzi tylko o przyczepienie znanych imion do typowej opowiastki o złym magu, pragnącym zemsty za różne doznane krzywdy. Dlatego – chociaż spotykamy kilka postaci o biblijnym rodowodzie, a nawet samego Boga – nie uważałabym tego filmu za specjalnie obrazoburczy. Owszem, raz czy dwa razy próbuje flirtować z zachodnią filozofią, ale w swoim rozumieniu i interpretacji chrześcijańskich motywów jest zwyczajnie zbyt powierzchowny i naiwny, by dało się go potraktować serio.

Postaci jest zwyczajnie za dużo – większość stanowi tylko tło, chociaż od czasu do czasu nagle próbuje się nas przekonać, że są dla kogoś szalenie ważni. Niektóre pojawiają się po prostu bez słowa wyjaśnienia, kiedy wymaga tego fabuła (i nikt jakoś nie neguje ich obecności), inne są wygodnie sprzątane, kiedy nie są potrzebne – ale dlaczego akurat te, nie wiadomo. Pisać mi o nich dokładniej trudno, ponieważ do wspomnianego wcześniej momentu „odkrycia kart” prawda o nich jest celowo ukrywana i gmatwana. Tak czy inaczej nie miałoby to sensu o tyle, że chyba nikt nie dostaje spójnej roli – czasem pojawia się jakiś przebłysk czyjejś retrospekcji, ale w większości przypadków motywów działania możemy się tylko domyślać, a co gorsza większość wątków nawet tych bardziej istotnych bohaterów kończy się bez żadnej konkluzji. Film jest bowiem teatrem jednej (marnej) aktorki, czyli Linne. Na początku jej niezłomnie optymistyczne podejście do świata (Nawet w Piekle znajdę przyjaciół! Działajmy razem, a na pewno nam się uda! Trzeba wierzyć w siebie i starać się ze wszystkich sił!) sprawia wrażenie celowej parodii podobnych postaci. Szybko jednak okazuje się, że scenariusz każe nam ją traktować całkowicie serio, robiąc z niej w dodatku wcielenie bohaterki typu „Mary Sue”. Linne niezłomnie wierzy, marzy i prze jak czołg do przodu, a scenarzysta dzielnie wyciąga kolejne króliki z kapelusza, żeby wszystko szło po jej myśli.

No dobrze, a co w takim razie z grafiką? Nawet jeśli wszystko inne leży i kwiczy, czy nie powinna dostać wysokiej oceny za samą pomysłowość i konsekwencję wizji? Tak jak pisałam wcześniej – oprawa graficzna naprawdę mi się podobała i sprawiła, że byłam w stanie dokończyć seans bez większej przykrości. Nie mogę jednak całkiem uczciwie wystawić jej najwyższej oceny. Po pierwsze, film oszczędza – owszem, maskuje to pretensjami „artystycznymi” i eksperymentalnymi, ale zdecydowanie za dużo w nim zbliżeń i ujęć statycznych, powtarzanych kadrów tła i pustej przestrzeni. Po drugie, szczególnie w drugiej połowie daje o sobie znać brak pomysłowości. Sam koncept „słów mających potęgę” jest dobry (nawet jeśli nie nowy), ale można było chyba przedstawić go ciekawiej niż pisane najprostszą czcionką kanji, wyświetlane na cały ekran, albo komiksowe dymki­‑baloniki? Mimo wszystko uważam tę ocenę za bardzo subiektywną: jeśli ktoś lubi tego rodzaju styl grafiki, może ocenić ją znacznie wyżej niezależnie od wszelkich niedociągnięć.

Muzyka jest dobrze dopasowana do fabuły, to znaczy: sztampowa. Podniosła tam, gdzie należałoby się spodziewać kawałków podniosłych, ostro­‑rockowa dla podkreślenia piekielnego surrealizmu i wzruszająca tam, gdzie widza powinno ściskać gardło. Misato Fukuen (m.in. Konjiki no Yami z cyklu To Love Ru, Yoshika ze Strike Witches czy Rika z Boku wa Tomodachi ga Sukunai) radzi sobie nieźle w roli Linne, ale też – zgodnie z wymogami scenariusza – gra praktycznie na jedną nutę. Wcielający się w piekielnego (pod wieloma względami) dyrektora szkoły Fumihiko Tachiki (m.in. Gendou Ikari z Neon Genesis Evangelion i Kenpachi Zaraki z Bleach) próbuje zaś chyba zakasować słynne popisy Norio Wakamoto. Reszta obsady gra poprawnie i bez błysku, a widzów przeglądających listę obsady uprzedzę, że Romi Paku (matka Linne) ma tutaj malutką rólkę, a Miyuki Sawashiro (Stealer) wypowiada w sumie może kilka zdań.

Nie chciałabym nadmiernie zniechęcać do tego filmu, jednak nie dziwi mnie, że przeszedł on praktycznie bez żadnego echa. Ostrzegam od razu potencjalnych widzów, żeby nie spodziewali się (sądząc po grafice) tak zwanego „mózgotrzepu”. Fabuła jest w gruncie rzeczy prosta jak konstrukcja cepa, a gdyby zmienić oprawę wizualną na bardziej tradycyjną i wytrzeć trochę krwi, dostalibyśmy tak naprawdę przeciętne i dziurawe shoujo, w którym dzielna magical girl walczy w imię miłości i przyjaźni ze złym czarnoksiężnikiem.

Avellana, 9 lutego 2013

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Madhouse Studios
Autor: Shin'ichi Hiromoto, Yasushi Nirasawa
Projekt: Kazuto Nakazawa
Reżyser: Yoshiki Yamakawa
Scenariusz: Kazuyuki Fudeyasu, Yoshiki Yamakawa
Muzyka: Edison