Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Komikslandia

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

9/10
postaci: 7/10 grafika: 8/10
fabuła: 9/10 muzyka: 9/10

Ocena redakcji

8/10
Głosów: 7 Zobacz jak ocenili
Średnia: 8,00

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 153
Średnia: 8,09
σ=1,43

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Sulpice9)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Zrywa się wiatr

Rodzaj produkcji: film
Rok wydania: 2013
Czas trwania: 126 min
Tytuły alternatywne:
  • Kaze Tachinu
  • Wind Rises
  • 風立ちぬ
Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Przeszłość; Inne: Realizm, Samoloty
zrzutka

Pięć lat przyszło nam czekać na nowy film Hayao Miyazakiego. Czy było warto? O tak!

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: klonik1985

Recenzja / Opis

Z chwilą, gdy Hayao Miyazaki ogłosił, że po Ponyo na pewno wyreżyseruje jeszcze jeden film, rozpoczęły się spekulacje, za co tym razem weźmie się najsłynniejszy twórca anime. Jedni zapewniali, że będzie to biografia samego reżysera, inni przekonywali, że doczekamy się pierwszego w historii Ghibli sequela (mowa tu o Szkarłatnym pilocie), jeszcze inni myśleli o filmie wojennym w stylu Grobowca świetlików. Czego by nie mówić, mało kto spodziewał się ostatecznego tematu filmu. Po pierwsze, historia Jirou Horikoshiego nijak nie wpisuje się w cykl dzieł magicznych (fantasy bądź z elementami fantastyki), jakie Miyazaki tworzył przez prawie 30 lat. Ponadto to dopiero jego drugi film, gdzie pierwsze skrzypce gra dorosły mężczyzna (pierwszym był Szkarłatny pilot). No i oczywiście nie można zapomnieć, że skoro Jirou Horikoshi zaprojektował myśliwce, które zaatakowały Pearl Harbor, nie unikniemy tematu II wojny światowej, nie pomijając przy tym haniebnego udziału w niej Japonii.

Bardzo trudno jest zrobić dobry film biograficzny – trzeba uniknąć licznych pułapek w postaci przerobienia dzieła na encyklopedyczną lekturę, zignorowania tła obyczajowego i społecznego (bądź nadmiernego jego rozbudowania przy jednoczesnym zlekceważeniu głównej postaci) albo stworzenia nudnego i nieprzekonującego bohatera naszej historii. W przypadku Jirou Horikoshiego trzeba też wykazać się taktem, opowiadając o wojnie z jego perspektywy i unikając przy tym łopatologicznych morałów z cyklu „wojna to zło”. Na szczęście jesteśmy w dobrych rękach – Miyazaki omija wszystkie mielizny, tworząc film wciągający i inteligentny.

Jirou to inżynier­‑pasjonat, człowiek bez reszty oddany projektowaniu samolotów, a przy tym uprzejmy i życzliwy człowiek. Przyznam, że początkowo ta postać nieco mnie irytowała, ale jeżeli Miyazakiemu coś nie wyszło w jej konstrukcji, to zdecydowanie pierwsze minuty filmu. Poznajemy wtedy Jirou jako ucznia szkoły podstawowej. Z jednej strony przypadł mi do gustu jego zapał i inność, z drugiej – to chodzący ideał, który choć nosi okulary, da radę szkolnym łobuzom. Taki świętoszek pasowałby do amerykańskich kreskówek sprzed kilkudziesięciu lat, ale kompletnie nie do Ghibli. Szczęśliwie film szybko wraca na właściwe tory i z każdą następną minutą żywiłem coraz więcej sympatii do tego prostego człowieka, który usiłował odnaleźć się w tak trudnych czasach. Wielka w tym zasługa Hideakiego Anno, który świetne wcielił się w tę rolę. Niektórzy co prawda narzekają, że brzmi zbyt monotonnie, jednak ja w swoim życiu spotkałem wielu inżynierów­‑naukowców, którzy brzmią, jakby ktoś ich obudził z długiego snu (czyli dokładnie tak jak Jirou).

Co do pozostałych bohaterów: konstrukcja filmu bardzo przypomina Podniebną pocztę Kiki – Jirou poznaje kolejnych ludzi, poprzez swoją pracę zyskuje szacunek i akceptację otoczenia, a w chwilach zwątpienia może liczyć na oddanych przyjaciół i krewnych. W związku z tym niemożliwe było, byśmy poznali inne postacie tak dogłębnie, jak np. w Ruchomym zamku Hauru, ale wystarczająco, byśmy je polubili i cierpliwie czekali, by dowiedzieć się o nich czegoś więcej. Szczególnie dobrze wspominam najlepszego przyjaciela i współpracownika Jirou, Honjou – cynicznego, twardo stąpającego po ziemi, który nie tyle marzy o gwiazdce z nieba, ile o tym, by Japończycy choć trochę dogonili Europę w zaawansowanej technologii. Inna intrygująca postać to siostra Jirou – uparta i przebojowa dziewczyna, która pragnie przełamać patriarchalne obyczaje i zostać lekarzem. Jednak zamiast przepoczwarzać ją w wyzwoloną feministkę, Miyazaki tworzy z niej prawie doskonałe przeciwieństwo brata. Prawie, bo jednak łączy ich ogromna pasja i determinacja. Nie zamykam zresztą listy ciekawych bohaterów i myślę, że każdy znajdzie tu kogoś dla siebie. Koniecznie muszę też wspomnieć o romansie – tu Miyazaki wykazuje nie tylko doskonałe zrozumienie relacji damsko­‑męskich, ale też rewelacyjnie odmierza czas każdej sceny, świetnie wplatającej wątek miłosny, który najpierw nieśmiało, a potem z wielkim hukiem przejmuje fabułę.

Właśnie – jaką historię opowiada nam film? Otóż Kaze Tachinu mówi o pasji i pracy. Choć na pierwszy rzut oka reżyser przyklaskuje głównemu bohaterowi w upartym dążeniu do celu i samorealizacji, w pewnym momencie pojawiają się fałszywe nuty – nie chcę zbyt dużo zdradzać, jednak pracoholizm Jirou sprawi, że nie może cieszyć się w pełni swoim życiem. Miyazaki rozumie ludzi oddanych pracy, jednak przestrzega ich, by z powodu codziennej harówki nie umknęły im najważniejsze chwile życia.

To nie byłby film Miyazakiego, gdybyśmy nie mieli choć odrobiny fantastyki – podobnie jak w Szepcie serca, i tu pojawiają się sceny rozgrywające się w wyobraźni głównego bohatera. W snach Jirou spotyka swojego idola, włoskiego konstruktora samolotów, hrabiego Caproni, i te sceny są strzałem w dziesiątkę. Po pierwsze, wprowadzają nas w zakamarki duszy głównego bohatera (zwróćcie uwagę, że Caproniemu zmienia się kolor oczu w trakcie filmu). Po drugie, te scenki mają lekki, nieco humorystyczny charakter i świetnie kontrastują z raczej poważną fabułą filmu. Po trzecie, w trakcie rozmów z Capronim Jirou podejmuje ważne życiowe decyzje, a ponieważ to przecież jego sen, tak naprawdę przekonuje samego siebie (zgodnie z duchem tamtych czasów, Miyazaki nie zapomina o freudowskiej psychoanalizie).

Myślę, że trzeba wspomnieć o tym, jak Miyazaki poradził sobie z tematem wojny. Tym bardziej że zdarzały mu się filmy, które pacyfistyczne przesłanie przekazywały dość naiwnie i siermiężnie. I tu mogę was uspokoić – jak dla mnie to najlepiej przedstawiony wątek antywojenny w karierze Miyazakiego. W trakcie filmu pojawiają się wzmianki o III Rzeszy, o napadzie Japonii na Chiny i wojnie, jednak przewijają się one w tle. Dopiero kiedy Jirou spotyka tajemniczego pana Castorpa, dostajemy jedną z najmocniejszych scen w karierze Miyazakiego, choć jest to tylko rozmowa dwóch dżentelmenów. Szczęśliwie reżyser nie eksploatuje specjalnie tego wątku i Kaze Tachinu pozostaje opowieścią o losach młodego inżyniera.

Poza tymi wszystkimi zaletami, film wyróżnia jeszcze jedna piękna cecha – jest wielki. Nie wiem jakim cudem, ale Miyazakiemu udało się stworzyć tak dużą historię, że wśród jego dzieł Kaze Tachinu ustępuje pola tylko Księżniczce Mononoke. Niby jesteśmy świadkami żywota człowieka poczciwego, ale na drugim planie bardzo przekonująco pokazano nam historię Japonii. Japonii, która choć targana przez los, stara się przetrwać. Mimo że tytułowy wiatr pomaga głównemu bohaterowi odkryć sens życia, dla pozostałych to symbol zmian, z którymi muszą się zmierzyć. Japończycy walczą z kryzysem ekonomicznym, użerają się z prymitywną technologią i muszą odbudować Tokio po straszliwym trzęsieniu ziemi (1923 r.). Wszystko to składa się na wielką historię, stworzoną przez ciężko pracujących ludzi, mających jeden cel – przetrwanie.

W filmie pojawiają się obcokrajowcy, szczególnie Niemcy, i tu muszę powiedzieć, że jak na dzieło zrobione z tak mistrzowskim warsztatem, reżyserowi nie udało się uniknąć banalnej pułapki, czyli rozmów w języku obcym. Pal licho koszmarny akcent seiyuu– można wręcz powiedzieć, że z tego powodu film zyskuje na autentyczności (trudno zrozumieć głównego bohatera, kiedy mówi „il faut tenter de vivre”). Gorzej natomiast, że Miyazaki nie mógł się zdecydować, czy wszyscy mają ze sobą rozmawiać po japońsku, czy próbować konwersacji w językach europejskich. I tak, kiedy nasi bohaterowie spotykają prostego niemieckiego mechanika, ten wrzeszczy na nich po niemiecku (wiedząc doskonale, że są Japończykami), po czym szybko przechodzi na płynny japoński. Następnie kolejne zdanie rzuca po niemiecku, by znów przejść na japoński… Nie psuje to seansu, ale nie spodziewałem się po Miyazakim tak szkolnego błędu. Tym bardziej że łatwo go rozwiązać napisami, bądź wprowadzeniem do fabuły tłumacza.

Oprawa audiowizualna oczywiście prezentuje zachwycający, aczkolwiek nie idealny poziom. Mówiąc wprost – animacja jest za ładna. W wielu momentach przyłapywałem się na tym, że myśli uciekały mi do Ponyo – wszystko pięknie i słodko, ale to, co zachwyca w filmie dla dzieci w wieku 5­‑7 lat, niekoniecznie sprawdza się w filmie obyczajowym, w którym jesteśmy świadkami katastrof, chorób i niezbyt estetycznej pracy przy maszynach, gdzie smar i brud są powszechne. Tym bardziej mnie to boli, że przecież nie każdy film Miyazakiego wygląda jak alpejska pocztówka (choćby Laputa – podniebny zamek). Poza tym – nie mam żadnych zastrzeżeń. Kolory są przepięknie dobrane, Miyazaki świetnie gra światłocieniem, a i koncepcja krajobrazów (często przypominających obrazy Moneta) bardzo przypadła mi do gustu. Co prawda można by się troszkę przyczepić, że niektóre elementy widzieliśmy już w innych filmach (np. wielkie myśliwce przypominają te z Ruchomego zamku Hauru), ale to detal.

Muzyka wyszła spod pióra Joe Hisaishiego i jak zwykle mnie nie zawiodła. Tym razem czerpał pełnymi garściami z europejskiej muzyki dwudziestolecia międzywojennego, choć, co ciekawe, nie zdecydował się na wykorzystanie jazzu (może i dobrze, raczej by tu nie pasował). Usłyszymy tu włoską muzykę ludową, proste francuskie kompozycje, a przy mocniejszych scenach bez wątpienia pomagał sobie osiągnięciami werystów. Haisaishi sięga też do romantycznych utworów jak Podróż zimowa, a także do dzieł amerykańskich minimalistów. W całości muzyka doskonale uzupełnia się z obrazem. Mam tylko jedno drobne zastrzeżenie – piosenka końcowa niespecjalnie mi się spodobała. Po wykorzystaniu tak licznych nurtów z ówczesnej muzyki europejskiej (nie licząc minimalistów) spodziewałem się utworu nawiązującego do kina muzycznego z dwudziestolecia międzywojennego, czegoś w klimatach piosenek Taubera, Kiepury, Schmidta lub Andersa, a nie Hikomi Gumo, utworu, który bardziej kojarzy mi się ze współczesnym popem niż muzyką z epoki. Nie mówiąc o tym, że ta piosenka jest po prostu nudna. Ale to drobny mankament.

Podobno Kaze Tachinu to ostatni film w karierze Hayao Miyazakiego. Trudno powiedzieć, czy tym razem dotrzyma on słowa, w końcu żegna się z pracą już od czasów Księżniczki Mononoke, niczym dająca ostatnie występy primadonna. Z drugiej strony nietypowa jak na niego tematyka, rozmach historii i przesłanie (by nie tylko zajmować się w życiu pracą) mogą sugerować, że to naprawdę koniec. Byłaby to wielka szkoda, bo Kaze Tachinu zalicza się do ścisłej czołówki jego filmów. To wciągający i inteligentny obraz, z mistrzowsko odmierzonymi scenami, w świetnej oprawie audiowizualnej i ze wspaniałym klimatem. Jest przemyślany i niewiarygodnie głęboki – nie wspomniałem nawet o połowie wieloznacznych i symbolicznych scen (jak choćby o zakończeniu, jednym z najlepszych w karierze Miyazakiego). Oczywiście nie wszystkim się spodoba – wielu będzie narzekać na brak magii, na zbyt prostą historię, na zbyt małe wyeksploatowanie wątku wojennego (co ja akurat uważam za zaletę), na dziwne zakończenie i tak dalej, i tak dalej… W mojej ocenie Kaze Tachinu jest arcydziełem w swoim gatunku, czyli wycyzelowanym, intrygującym filmem biograficznym, do którego będę wracał tak często, jak do Ruchomego zamku Hauru czy Poniebnej poczty Kiki. „Wiatr się zrywa, musimy trzymać się życia” – Japończycy przetrwali. Pytanie, czy japońska animacja przetrwa bez następnych arcydzieł Miyazakiego…

Sulpice9, 29 czerwca 2014

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Studio Ghibli
Autor: Hayao Miyazaki
Reżyser: Hayao Miyazaki
Scenariusz: Hayao Miyazaki
Muzyka: Joe Hisaishi

Wydane w Polsce

Nr Tytuł Wydawca Rok
1 Zrywa się wiatr Monolith Video 2014