Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Komikslandia

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

3/10
postaci: 4/10 grafika: 4/10
fabuła: 2/10 muzyka: 5/10

Ocena redakcji

4/10
Głosów: 6 Zobacz jak ocenili
Średnia: 4,17

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 154
Średnia: 6,55
σ=2,06

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Enevi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Hamatora

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2014
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • ハマトラ
Tytuły powiązane:
zrzutka

Przygody obdarzonych nadnaturalnymi mocami detektywów, czyli dowód na to, że barwność nie czyni historii oryginalniejszą, a duża ilość mózgów – bardziej inteligentną.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

W odrobinę tylko alternatywnej rzeczywistości na Ziemi zaczęli się rodzić ludzie obdarzeni mniej lub bardziej efektownymi supermocami, nazwanymi Minimum ze względu na niewielką liczbę osób je posiadających. Opinia publiczna jeszcze nie ma pojęcia o ich istnieniu, ale doskonale zorientowane władze zdążyły powołać do życia specjalne organizacje i instytut badawczy, gromadzący uzdolnione jednostki i gwarantujący im perfekcyjne przeszkolenie oraz edukację. Są jednak tacy, których niewiele to obchodzi i działają na własną rękę – jak np. członkowie znajdującej się w Jokohamie agencji detektywistycznej Hamatora. Aktualnie nie wiedzie im się może najlepiej, bo ofert pracy jest niewiele, ale już niedługo przestaną narzekać na nudę.

Mimo sporej liczby tytułów, które zaprzęgają do pracy ludzi o zdolnościach parapsychicznych, temat ten jest niesamowicie nośny i nadal można z niego sporo wycisnąć, jeśli tylko ma się odrobinę pomysłowości i/lub dystansu do podjętego zagadnienia. Udane przykłady można by mnożyć, ale żeby nie szukać daleko: Tiger and Bunny czy K oba młode, pod pewnymi względami do siebie podobne, i mimo nagromadzenia najbardziej oklepanych schematów dobrze zrealizowane. Właśnie „realizacja” jest tu kluczowym słowem, bo jak wiadomo, sam pomysł nie wystarczy, choć odnoszę nieodparte wrażenie, iż niektórzy w to jeszcze wierzą…

Omawiane tu anime wystartowało jako część oryginalnego projektu, który zakładał jeszcze powstanie m.in. mangi i gier. Cóż, nie pierwszy raz próbuje się szturmem zdobyć rynek, ale jakby to powiedzieć… Z takim towarem nie wróżę twórcom długofalowego sukcesu, jeśli na jakikolwiek mają szansę. Całość jest zlepkiem mniej lub bardziej znanych motywów, które gdzieś już się pojawiły, co samo w sobie nie jest wadą i obecnie praktycznie stanowi normę, bo naprawdę trudno o coś naprawdę oryginalnego. Problem pojawia się w momencie, gdy twórcy zbierają wióry po czyjejś pracy i próbują z tego coś stworzyć. Hamatora to świetny przykład na to, jak zmarnować niezłe pomysły i zamiast może niekoniecznie nowatorskiej, ale sympatycznej wariacji na temat zrobić karykaturalne monstrum. Radosny bajzel na kółkach da się okiełznać, jak pokazali niektórzy, ale trzeba podejść do tego z głową, a tutaj pomysły rozbiegają się ochoczo na wszystkie strony i wyraźnie widać, że nikt nad tym chaosem nie panuje. Kupy nie trzyma się tu bowiem sporo rzeczy, od mechanizmów świata przedstawionego po właściwą fabułę. Ot, burdel full wypas. Bardzo boli w tym wszystkim, że nie trzeba było wiele, żeby anime to dało się oglądać, bo niektóre elementy naprawdę miały potencjał. Najbardziej absurdalne jest to, że świat, a właściwie rząd, a właściwie władze Jokohamy (bo całość jest wybitnie jokohamocentryczna) trzymają w tajemnicy istnienie ludzi z supermocami. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że nawet wyjątkowo silnym osobnikom generalnie daje wolną rękę we wszystkich kwestiach. Niby gdzieś tam jakieś zajmujące się ich sprawami biuro istnieje, ale działa w sposób zupełnie nieprawdopodobny. Jakim cudem wieść nie rozprzestrzeniła się, skoro mnóstwo osób w wyższych kręgach o tym wie, a bohaterowie używają mocy na prawo i lewo, więc całość stanowi bardziej tajemnicę poliszynela niż faktyczny sekret? Nie pojmuję… Zwłaszcza że zabieg ten nie służy żadnemu celowi. Wszystko to jest zdecydowanie zbyt umowne, by działać, nawet jeśli przymknie się oko na większość rzeczy.

Epizodyczna budowa serialu również pozostawia sporo do życzenia, bo mimo tego, że główny wątek dość szybko wypływa na powierzchnię i poszczególne zlecenia w jakiś sposób się z nim łączą, ich jakość jest wyjątkowo wątpliwa. Niby można się zastanowić, czy nie próbowano przypadkiem stworzyć parodii. Ale biorąc pod uwagę, że wszystkie najgłupsze i teoretycznie komediowe elementy przeplatają się z poważniejszymi i to w tak nieudolny sposób, można równie dobrze stwierdzić, że jednak nie o to chodziło. Twórcy angażują bohaterów w tak bezsensowne, przewidywalne, nudne i zwyczajnie głupie sprawy, że nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać, bynajmniej nie z radości… Sam sposób pracy tytułowej agencji również pozostawia sporo do życzenia, ale w gruncie rzeczy nie różni się od innych, które już kiedyś pojawiły się w anime i czasem jej członkowie nawet pomyślą o swoim wynagrodzeniu, a nie robią za szlachetnych wolontariuszy. Pozostaje jeszcze sprawa samych supermocy, ale chyba doszukiwanie się sensu w sposobie działania niektórych z nich zupełnie mija się z celem. To samo tyczy się ich oceniania oraz klasyfikowania, ale to temat na osobną dyskusję… Natomiast stanowiący oś fabuły wątek tajemniczych i brutalnych morderstw (ich ofiarami padają posiadacze mocy Minimum, którym usunięto mózg) ostatecznie sprowadza się do Wielkiej Misji kolejnego wariata, próbującego wprowadzić w życie swój misterny plan w wyjątkowo okrężny i zupełnie niewiarygodny sposób. Jego pseudomesjanistyczny bełkot zaczyna wychodzić bokiem wyjątkowo szybko, więc nie wiem, ile osób dotrwa do końca seansu. Teoretycznie atmosfera zagęszcza się pod sam koniec i można wyłowić z tego coś, co od biedy nadawałoby się na scenariusz, ale trzeba by wyciąć przy okazji 3/4 materiału. Równie teoretycznie można podejrzewać, że to mocno nieudany wstęp, gdyż na sezon letni 2014 roku zapowiedziano kontynuację i akcję urwano w kluczowym momencie. Jednak szczerze wątpię, by Hamatorze udało się pozbierać na tyle, żeby zagwarantować widzowi chociaż średniej jakości rozrywkę.

Kreacja bohaterów również kuleje, może nie aż tak mocno, co scenariusz, ale jest kilka rzeczy, które zadecydowały o tym, że dobrze nie jest. Jeden z głównych problemów to liczba postaci: jest ich po prostu za dużo i za cud można uznać to, iż dowiadujemy się czegokolwiek konkretnego chociaż o kilku z nich. Oczywiście mowa tu o członkach Hamatory, a i tak nie wszyscy otrzymali odpowiednio dużo miejsca i ja nie mówię tu o drobiazgowej biografii – wystarczyłoby kto, co, skąd i po co, nawet w wielkim skrócie. Pomijając główny duet – Nice'a i Murasakiego, w przypadku ich dwóch kolegów: Ratio – lekarza na półetatu i jego przyjaciela Birthdaya, oraz zaprzyjaźnionego policjanta Arta, poznajemy jedynie imiona i ewentualnie moce. Swoją drogą, kto wpadł na takie bezsensowne imiona? Trudno powiedzieć, czemu ten zabieg miał służyć, ale odniosłam wrażenie, że ma to wyróżnić bohaterów i podkreślić, jacy są „cool”. Po seansie pierwszego odcinka zdawało mi się, że właśnie tę cechę twórcy uznali za znak rozpoznawczy protagonistów i starali się za wszelką cenę udowodnić widzowi jej istnienie. Świetnie wyszkoleni wyznawcy tumiwisizmu, potrafiący efektownie rozwalić każdego napotkanego wroga. A przy okazji sztywni jak kije od szczotek i po prostu nudni. Cóż, mówi się, że pierwsze wrażenie jest istotne, ale z drugiej strony jeśli ktoś przetrwa ten popis „zajedwabistości” może, ale nie musi zostać mile zaskoczony. Fakt, bohaterowie nie zmieniają się szczególnie, ale oderwani od przesadzonych pokazów siły i żenujących scen komediowych prezentują się już nieco lepiej. Nie jestem pewna, czy tak łopatologiczne próby przybliżenia widzom ich charakterów cokolwiek pomogą, za to można się spodziewać, że chociaż jedna czy dwie z drugoplanowych postaci zyskają nieco na bliższym poznaniu. „Nieco”, gdyż charaktery części z nich nadal pozostają wielką niewiadomą. Teoretycznie można sięgnąć po mangę, żeby dowiedzieć się czegoś konkretnego, ale nawet K, które było dość oszczędne w zdradzaniu informacji, zapewniało chociaż podstawowe minimum bez konieczności sięgania po inne medium. Tego właśnie brakuje tutaj i w efekcie anime jako niezależny tytuł ma małe szanse, żeby się wybronić. Tak właściwie nawet nie wiemy, czemu bohaterowie postanowili założyć agencję detektywistyczną…

Jeśli miałabym skupić się na poszczególnych postaciach, wyszłaby z tego dwu-, góra trzywyrazowa charakterystyka, acz bywają wyjątki. Główny bohater, Nice, to niezbyt ambitny, chyba najgorliwszy wyznawca tumiwisizmu, ale oczywiście okazuje się znacznie bardziej „skomplikowany”, niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Czynnikiem wyróżniającym go z tłumu podobnych przepakowanych luzaków może być to, że potrafi być bardzo niemiły czy wręcz złośliwy w stosunku do osób, na których mu nie zależy. Dotyczy to w szczególności klientów – powiedzmy cynizm pierwsza klasa, momentami draństwo, ale taki typ może się podobać. Gorzej, jeśli kogoś wybitnie irytuje – wtedy nie polecam seansu, bo pan zajmuje większość czasu ekranowego. Ma on również kompanów, którzy w różnym stopniu podzielają jego światopogląd. Z czasem na przedstawienie swojej opinii bywa różnie, ale można powiedzieć, że jako przeciwwagę stworzono postać wyjątkowo ambitnego i zdeterminowanego policjanta, Arta, któremu twórcy poskąpili potencjału kolegów i musi obyć się bez kolorowych mocy (o nich za chwilę…). Z tymi dobrymi jest też taki problem, że twórcom w ogóle nie udało się pokazać, czemu niby widz miałby się przejmować akurat ich losami. Oczywiście nie mogło zabraknąć również antagonisty, który siałby zamęt i mieszał bohaterom szyki. W tej roli występuje pewien wyjątkowo… em… specyficzny jegomość o imieniu Moral (cóż za ironia…), z wyjątkową zaciekłością uganiający się za głównym bohaterem z sobie tylko znanych powodów – nie, żeby widzowie nie mieli okazji ich poznać. Tak, zgadliście, to kolejny wariat o osobowości równie rozwiniętej, co ameba, do którego generalnie nic nie dociera i który zrobi wszystko, żeby osiągnąć swój cel.

Jeśli chodzi o stronę techniczną, wrażenia recenzentki po pierwszym odcinku można było podsumować tak: „ała, moje oczy!”. Wspomniałam na początku, że seria jest barwna? Zdarzyły już się w historii anime tytuły, które momentami przypominały kalejdoskop z powodu zastosowania bardzo nietypowej kolorystyki – pamięta ktoś Mardock Scramble i K? Cóż, robota jednego studia, więc można uznać to udziwnienie za znak rozpoznawczy. Znacznie gorzej jest w sytuacji, gdy za coś takiego biorą się osoby, które nie bardzo mają pojęcie, jak zrobić to dobrze. W efekcie otrzymujemy zmasakrowaną tęczę, jak w Hamatorze – „żarówiaste” i fatalnie dobrane kolory zalewają ekran w momencie, gdy bohaterowie zaczynają używać mocy, co w połączeniu z dynamiką scen sprawia, że widz może pomylić ekran z wnętrzem sokowirówki. Do tego trzeba jeszcze dodać pojawiające się w zupełnie przypadkowych (a może i nie, ale w sumie kogo to obchodzi…) momentach słabej jakości tekstury i tadam – dostajemy artystyczny koszmar.

Pomijając te „upiększacze”, można powiedzieć, że graficznie anime prezentuje się najwyżej średnio, przez większość czasu pozostając raczej na dolnej półce. Projekty postaci nie są szczególnie udziwnione, ale oryginalnością też nie porażają, bohaterowie non stop chodzą w tych samych ciuchach, chociaż w gruncie rzeczy nie odstają szczególnie od współczesnych norm anime. Tła są kompletnie nijakie i spełniają swoją rolę wypełniacza przestrzeni. Animacja… Cóż, bywa różnie, ale w sporej części sceny akcji zostają zastąpione przez statyczne obrazy, które czasem się trzęsą. Zdarza się również wyraźny brak płynności w przejściach między kolejnymi scenami. Moją ulubioną sceną jest chyba ta, gdy główny bohater stoi na tarasie widokowym, a za nim znajduje się zatoka i mewy, które zamiast latać, dyndają malowniczo w przestrzeni, nieznacznie się tylko poruszając bez machania skrzydłami. Jeśli dołożyć jeszcze do tego słabe efekty komputerowe, to naprawdę trudno uznać oprawę graficzną za dobrą. Muzycznie jest mocno tak sobie, gdyż znakomita większość utworów prawie w ogóle nie wyróżnia się z tła, przemykając między jednym a drugim hałasem. Repertuar jest średnio zróżnicowany, najczęściej chyba usłyszymy instrumentalne solówki, których równie dobrze mogłoby nie być, bo scen bez podkładu muzycznego jest tak dużo, że z czasem przestaje się zauważać braku melodii. Piosenki towarzyszące serii są dwie – Flat i Hikari – mogą wpaść w ucho, ale ogólnie nie porywają i praktycznie nic nie wyróżnia ich z tłumu. Czasem zdarza się, że znani seiyuu występują w seriach słabych, bo pieniądz to pieniądz i nie powinno to szczególnie dziwić, ale w dalszym ciągu nie mam pojęcia, co przyciągnęło do tego tytułu aż taką liczbę rozpoznawalnych nazwisk. Usłyszymy m.in. Hiroshiego Kamiyę, Ryoutę Ousakę, Hatano Wataru, Juna Fukuyamę, Yuuichiego Nakamurę czy Eri Kitamurę, którzy, mam wrażenie, mieliby szansę lepiej się popisać w innych produkcjach, bo naprawdę niewiele trzeba, żeby trafić na lepsze…

Oglądając Hamatorę, nie sposób nie odnieść wrażenia, że jej twórcy nie wiedzieli, co zrobić z wziętym na warsztat tematem i gdyby chodziło tu jedynie o pojedyncze elementy, dałoby się to jakoś przeżyć. Niestety, w przypadku tego tytułu problem stanowią praktycznie wszystkie istotne rzeczy: od samego pomysłu poprzez rozplanowanie scenariusza i konstrukcję postaci po oprawę techniczną. Zanim ludzie odpowiedzialni za tworzenie tego serialu wzięli się do roboty, powinni byli odrobić zadanie domowe i dokładnie poprzyglądać się, jak robią to inni. Od twórców K mogliby się nauczyć, jak opanować pozorny chaos i poradzić sobie z fabułą bez konieczności ujawniania wszystkich informacji; Darker than Black oraz Tiger and Bunny udowodniłyby im, że da się wymyślić ciekawe i wciągające historie epizodyczne; natomiast Code Geass pokazało, jak zaplanować fabułę przed urwanym zakończeniem, które nie zawsze gwarantuje, że widzowie będą chcieli obejrzeć ciąg dalszy…

Enevi, 3 maja 2014

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: NAZ
Autor: Natsu Shoubu, Yuuki Kodama
Projekt: Yuuki Kodama
Reżyser: Hiroshi Kimura, Seiji Kishi
Scenariusz: Touko Machida
Muzyka: Makoto Yoshimori