Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Festiwal Fantastyki Twierdza - konwent

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 8/10 grafika: 9/10
fabuła: 7/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

5/10
Głosów: 4
Średnia: 5
σ=2,45

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Avellana)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Tribe Cool Crew

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2014
Czas trwania: 50×24 min
Tytuły alternatywne:
  • トライブクルクル
Widownia: Kodomo; Postaci: Artyści, Uczniowie/studenci; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność
zrzutka

Dobre anime o tańcu? Aż szkoda, że to „tylko” seria dla dzieci.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Pewnemu gimnazjaliście, niejakiemu Haneru Tobitatsu, los zdecydowanie poskąpił wzrostu – nie poskąpił jednak innych rzeczy, w tym zwinności i zapału. Dawniej zapalony koszykarz, teraz uwielbia parkour, czyli coś, co można by opisać jako bieganie po mieście i traktowanie miejskiej infrastruktury – ławek, barierek itp. – jako przeszkód do pokonania. Jednak jego główną nową pasją jest taniec, do którego zapalił się z powodu podziwu, jakim darzy światowej sławy tancerza, znanego jako Jay El. Tymczasem Haneru ćwiczy sobie spokojnie na dziedzińcu rzadko odwiedzanego muzeum, aż pewnego dnia przypadkiem odkrywa, że salę w samym muzeum do tanecznych ćwiczeń wykorzystuje ktoś inny…

Kanon Otosaki, rówieśniczka Haneru, jest jego całkowitym przeciwieństwem, nie tylko dlatego, że jak na swój wiek jest wyjątkowo wysoka. To typ nieśmiałej i niepewnej siebie introwertyczki, a swoje hobby starannie ukrywa przed rodziną, ponieważ w eleganckim domu z tradycjami coś tak wulgarnego jak taniec uliczny nie miałoby szans na akceptację. Jednak najwidoczniej ma jednak w sobie odrobinę żyłki awanturniczej, ponieważ nagrania z wymyślonymi przez siebie układami tanecznymi wrzuca do internetu, oczywiście ukrywając przy tym twarz. Nic dziwnego, że na spontaniczną propozycję Haneru, by od tej pory tańczyli razem, reaguje negatywnie, jednak – czego by o nim nie mówić – bohater nie należy do typów, które łatwo się poddają.

Nie tylko oni jednak istnieją na tym świecie – miasto pełne jest tancerzy amatorów i na jednym z ich spotkań Haneru i Kanon poznają grupę Tribe Soul, składającą się z trójki starszych od nich o kilka lat i już dorosłych tancerzy: Kumo, Yuzuru i Mizuki. Chociaż nie można powiedzieć, by Haneru od pierwszego wejrzenia zapałał sympatią do przywódcy tej grupy, mrukliwego Kumo, potrafi docenić jego umiejętności… A już niebawem cała piątka łączy siły, by pod nazwą Tribe Cool Crew wziąć udział w Dance Road – niezwykłym, trzymanym w tajemnicy turnieju tańca ulicznego, którego organizatorem jest sam Jay El.

Tribe Cool Crew to typowa seria „rekrutacyjna”, stworzona zresztą pod patronatem Japońskiego Stowarzyszenia Tańca Ulicznego. Oznacza to, że jej podstawowym celem nie było wypromowanie gadżetów czy gier, ale zachęcenie młodych odbiorców do zainteresowania się nowym rodzajem aktywności fizycznej. Nie można jednak powiedzieć, by twórcy mieli tu łatwe zadanie, szczególnie że takie tytuły muszą się stosować do całego szeregu niepisanych zasad – i często są po prostu sztywne i schematyczne. Nie wspomnę nawet o tym, że tak skomplikowana rzecz jak animacja tańca do niedawna zeżarłaby każdy rozsądny budżet i dłuższa seria musiałaby się obywać zatrzymanymi planszami, co z pewnością nie podnosiłoby jej walorów wizualnych. Tu jednak twórcy mieli do dyspozycji odpowiednie środki techniczne, a z ograniczeń scenariuszowych wybrnęli obronną ręką.

Brawa należą się za to, że nie próbowano na siłę „udramatyzować” życia bohaterów. Te odcinki, które nie koncentrują się na wątku Dance Road (przeważają one oczywiście w pierwszej połowie serii) to komediowe okruchy życia, ale zaskakująco niepozbawione pewnego rysu realizmu. Problemy, na jakie natrafiają bohaterowie, i sposoby, w jakie sobie z nimi radzą, są całkowicie zwyczajne, za to pokazane niezwykle ciepło i z humorem. Może odrobinę rozczarowywać to, że po początkowych odcinkach stosunkowo rzadko oglądamy treningi – owszem, przygotowania do nich, fragmenty tańca, ale nie ma tu na przykład pracy nad nowymi układami tanecznymi, która na pewno byłaby bardzo ciekawa. Oczywiście jest to świadoma decyzja twórców – ponieważ te układy są zwykle przygotowywane na kolejne etapy Dance Road, chodzi o to, by nie „opatrzyły” się one widzowi przed czasem i zrobiły tym lepsze wrażenie, gdy zostaną w końcu pokazane w pełnej krasie.

Przede wszystkim jednak nie mogę się dość nachwalić sposobu pokazania wątku turniejowego. Wspominałam wcześniej o zasadach i ograniczeniach – jeśli chcemy zachęcić młodzież do jakiegoś sportu, to nie ma siły, musimy pokazać, że ten sport to dobra i dająca satysfakcję zabawa. Pojedynki, gdzie przegrany ponosi porażkę i odchodzi, przełykając łzy, są zazwyczaj nieodzowne, ale tutaj, o dziwo, udało się ich niemal zupełnie uniknąć, tak samo jak długiego ciągu podobnych do siebie epizodów zmagań z kolejnymi przeciwnikami. Pierwszą zaletą Dance Road jest to, że poszczególne etapy nie następują zaraz po sobie. Ma to mnóstwo sensu – tancerze muszą odpocząć i przygotować nowe układy – a jednocześnie pozwala w naturalny sposób przeplatać je wspomnianymi wcześniej okruchami życia. Drugą zaletą jest sama organizacja tych zawodów. Jako że startujących w turnieju grup z całej Japonii jest bardzo dużo (nie poznajemy ich dokładnej liczby), są one w każdym etapie dzielone tak, by w jednym pokazie rywalizowało ich najwyżej kilkanaście. Z tych kilkunastu ileś – na przykład trzy lub cztery – awansuje do kolejnej rundy, w której zostają wymieszane i na nowo rozdzielone przed kolejnymi eliminacjami. Jak widać, nie ma tu każdorazowo ustalanego rankingu i porównywania, kto od kogo zdobył o ile punktów więcej. Nie ma też problemu polegającego na tym, jak „zatrzymać” w turnieju grupy zaprzyjaźnione z bohaterami, których członkowie są istotnymi postaciami drugoplanowymi. Nie ma też bezpośrednich pojedynków na zasadzie „zwycięzca bierze wszystko”. Może trochę osłabia to emocje towarzyszące rywalizacji, ale z drugiej strony… To pojedyncza seria, o dobrze znanym celu, więc nie sądzę, by ktokolwiek przy zdrowych zmysłach dał sobie wmówić, że bohaterowie mogą nie awansować do finału!

Ku mojemu głębokiemu rozczarowaniu końcówka zdecydowanie nie dorównuje jakością reszcie serii. Byłam ostrożna, gdy w pewnym momencie pojawił się wątek „złego” tańca, jednak nawet on miał początkowo sporo sensu. Szło przede wszystkim o to, że chociaż efektowny, stanowi on zbyt duże obciążenie dla stawów i kości, więc może być niebezpieczny, szczególnie jeśli stanie się modny i zaczną go próbować amatorzy. Gorzej jednak, że finał to swoista „walka ze złem” – dobrze, że przy pomocy tańca, ale jednak mocno oderwana od rzeczywistości i reszty serii. Nie obniżyłam za to oceny, ponieważ doszłam do wniosku, że tu problemem może być to, iż jednak nie jestem w docelowej grupie wiekowej. Ja nie miałabym nic przeciwko realizmowi i okruchom życia do końca, ale może młodej widowni faktycznie bardziej spodoba się coś bardziej efektownego? Skoro o wadach fabuły mowa, muszę też dorzucić kamyczek do ogródka typowego dla japońskich twórców. Nie wystarczy, że lubisz tańczyć, inni muszą mieć coś z twojego tańczenia – to filozofia bardzo obca zachodnim widzom. Tu znajduje wyraz w działalności charytatywnej Jaya El, co niby nie jest całkiem od rzeczy – sporo gwiazd angażuje się w takie sprawy – ale waga pokazanych problemów troszkę jakby nie pasuje do serii dla dzieci.

Haneru na pierwszy rzut oka niewiele różni się od licznych protagonistów podobnych serii. Umiarkowanie rozgarnięty, za to pełen niespożytej energii i równie niespożytego zapału, czasem nadmiernie porywczy i choleryczny, ale oczywiście stuprocentowo pozytywny i niezłomnie optymistyczny. Warto jednak podkreślić, że jego cechy charakteru nie zostały nadmiernie przerysowane, a co ważniejsze – że uniknięto wielu błędów, które sprawiają, że taka postać irytuje zamiast budzić sympatię widza. Haneru wierzy w swoje umiejętności, ale nie jest pyszałkiem przeświadczonym o swojej wyższości nad całym światem. Ujęło mnie w nim to, że do swoich wyjątkowo wręcz ambitnych planów – zatańczyć z samym Jayem El – nie dorabia żadnej filozofii. Ot, uwielbia taniec, uwielbia występy Jaya El, więc chce się do niego zbliżyć, a nierealność tego celu nie spędza mu snu z powiek. Owszem, daje się czasem sprowokować, ale nie jest aż tak narwany, jak to często bywa, umie też oszacować swoje siły i docenić dobrego przeciwnika, a przede wszystkim – potrafi słuchać rad mądrzejszych od siebie.

Z kolei Kanon jest zaskakująco wręcz realistyczna – pełna wątpliwości, ale i ciekawości świata, która popycha ją do próbowania nowych rzeczy. Jej charakter udało się wyważyć idealnie, jest nieśmiała, ale nie do granic absurdu, brak jej asertywności, ale nie w stopniu uniemożliwiającym jej funkcjonowanie. Z Haneru tworzą wyjątkowo udany duet, przede wszystkim dlatego, że Kanon, chociaż nowego kolegę bardzo lubi i podziwia jego umiejętności, nie jest w niego wpatrzona jak w obrazek i potrafi swoim zdrowym rozsądkiem równoważyć jego wyskoki. Stosunkowo mniej można napisać o pozostałej trójce członków Tribe Cool Crew, bo po prostu ich prywatnemu życiu nie poświęca się aż tyle miejsce. Mimo wszystko jednak można poukładać z dostępnych informacji całkiem pocieszny i sympatyczny obraz – jak by nie spojrzeć, cała trójka jest ciut ekscentryczna (w przypadku Yuzuru „ciut” może być pewnym niedoszacowaniem), ale także nie całkowicie oderwana od rzeczywistości. Są starsi, więc nie mają tak pstro w głowie, jak chociażby Haneru, ale chociaż traktują taniec poważnie, jest to dla nich także przede wszystkim dobra zabawa, a nie metoda na udowadnianie wyższości nad resztą świata.

Tu z ogromną przyjemnością rozpisałabym się o postaciach drugoplanowych i epizodycznych, ale… jest ich za dużo. Poznajemy rodziny Haneru i Kanon, jego szkolnych kolegów i jej koleżanki, a także pewnego tajemniczego jegomościa, który okazuje się jednym ze współpracowników Jaya El. Szczególne miejsce zajmują oczywiście rywale, czyli inni tancerze – jak już pisałam, nie ma tu miejsca na zaciekłą nienawiść czy wyrównywanie porachunków, ale to nie znaczy, że nie będzie iskrzyć w takich kontaktach. Szczególnie gdy na scenę wkracza niejaki Yuuji, wielbiący dwie „boginie” z Tribe Cool Crew, czyli Kanon i Mizuki.

Projekty postaci spodobały mi się od pierwszych grafik promocyjnych – bardziej charakterystyczne niż śliczne i nieograniczające się do różnych wariacji na temat bishoujo i bishounena. Uroczo patykowata Kanon czy pękaty Yuzuru dalece nie wyczerpują różnorodności kształtów sylwetek tu pokazanych, ale nawet jeśli postaci ludzkie są czasem lekko zdeformowane, ich mimika i mowa ciała pozostają zaskakująco bogate. Proszę zwrócić uwagę na sposób poruszania się Kanon, szczególnie na początku serii – całą sobą pokazuje, że stara się być jak najmniejsza i jak najmniej rzucać się w oczy. Właściwie jedyną rzeczą, do której musiałam przywyknąć, był sposób rysowania dłoni – ze szpiczastymi, zaczerwienionymi na końcu i pozbawionymi paznokci palcami. Jeśli natomiast idzie o animację, to zazwyczaj schemat wygląda tak, że najwięcej pieniędzy idzie w początkowe odcinki (lub wręcz w pierwszy odcinek), ewentualnie także w końcówkę, a pośrodku zdarzają się rozmaitego rodzaju spadki jakości. Tutaj nie zaobserwowałam tego zjawiska; przeciwnie, gdy na potrzeby recenzji przyjrzałam się sekwencjom tańca z odcinków początkowych i z drugiej połowy, przekonałam się, że nie wydawało mi się: animatorzy wyraźnie z czasem zaczęli sobie z nimi radzić coraz lepiej. Zdarzają się pewne oszczędności, szczególnie na nieruchomych tłach, ale ogólne wrażenie jest naprawdę bardzo dobre i mogę z przyjemnością powiedzieć, że dawno nie oglądałam tak przyjemnej dla oka serii.

Oczywiście od początku do końca w scenach tańca wykorzystywany jest komputer, więc jeśli ktoś jest jego zaciekłym przeciwnikiem, może z oceny za grafikę obciąć nie jeden, a z pięć punktów. O ile jednak na początku dość często zdarza się, że bohaterowie tańczą na tle abstrakcyjnych wzorów, o tyle z czasem ta konwencja znika, a ruchy i sylwetki bohaterów są idealnie wtopione w aktualne tło. Warto w tym miejscu podkreślić, że seria powstawała pod okiem ekspertów od choreografii i to naprawdę widać. Pierwsze i ważne zastrzeżenie brzmi: to jest taniec uliczny, w niczym nieprzypominający znanych z innych serii popisów idoli i idolek, polegających zwykle na wymachiwaniu rączkami i nóżkami oraz wdzięczeniu się do publiczności. To taniec wymagający fizycznej sprawności i odpowiedniej techniki, a także wykorzystywania całego ciała. Chociaż z czasem niektórym krokom i figurom zaczynają towarzyszyć różne efekty świetlne, mające podkreślać ich niezwykłość, od początku do końca nie widać tu niczego, co przekraczałoby faktyczne możliwości dobrego tancerza. Układy są przyjemnie zróżnicowane, szczególnie że każdy z członków Tribe Cool Crew ma charakterystyczny styl i mocne strony, a ich wspólne popisy raczej to wykorzystują niż dążą do mechanicznego ujednolicenia. Czego by nie mówić, studio Sunrise wie, jak spożytkować możliwości nowoczesnej technologii i naprawdę się cieszę, że ta seria trafiła właśnie do niego.

Czy ja wspomniałam o tym, że ta seria obchodzi się bez j­‑popu? Chyba że zaliczymy do niego czołówkę, Heartbeat w wykonaniu zespołu lol, ale jest to piosenka tak rytmiczna i pełna pogodnej energii, że zazwyczaj jej nie przewijałam. Poza tym jednak – całkiem uczciwie – nie umiem ocenić ścieżki dźwiękowej Tribe Cool Crew. Wysoką ocenę wystawiam za samo zróżnicowanie utworów i za to, jak dobrze się sprawdzały na ekranie, ale chociaż podobały mi się jako podkład muzyczny do tańca bohaterów, bardzo daleko odbiegają od muzyki, jakiej słucham na co dzień. Dlatego nie umiem powiedzieć, czy jest to dobre, czy też wtórne – musiałby się wypowiedzieć ktoś bardziej ode mnie „osłuchany” w temacie. Za to mogę na pewno oceniać seiyuu i chociaż zwykle zasługują oni na najwyższe noty, zawsze najbardziej podoba mi się, gdy przekazują charakter postaci nie poprzez przerysowane okrzyki czy inne maniery, tylko samym tonem i sposobem mówienia. W dodatku nie ma tu gwiazd z górnej półki, za to możemy posłuchać nieco mniej znanych aktorów. Shizuka Ishigami, która do tej pory zwykle grała drugoplanowe role kobiece, świetnie się spisała jako Haneru – szczególnie podobały mi się te nieliczne sceny, gdy bohater miał zabrzmieć serio, bo nie było w nich żadnego fałszu czy przesady. Także grająca Kanon Yuri Yamaoka nie ma w karierze dużych ról, podobnie jak Yuuko Hara (Mizuki), którą słyszeliśmy jako Akari w Hitsugi no Chaika. Tooru Sakurai (Kumo) grał wcześniej Ichirou Komabę w Gin no Saji, zaś Souma Saitou w kompletnie innym stylu wcielał się w postać Adleta z Rokka no Yuusha. Wszyscy oni dołączyli do tych seiyuu, których przyszłe role mnie zainteresują, bo widać, że mają talent i sporą elastyczność.

Jeśli tylko ktoś nie reaguje alergicznie na etykietę „seria dla dzieci”, powinien zwrócić na tę serię uwagę. Wykorzystuje rzadko pokazywane w anime medium, jakim jest taniec (nie – serio – ja widziałam te anime „idolkowe” – nie przypominajcie o nich nawet), a do tego pokazuje go naprawdę dobrze. W dodatku sprawdza się też jako sympatyczna komedia z okruchami życia i generalnie jako coś, co doskonale pozwala poprawić nastrój. Z jednej strony nie jestem zwolenniczką ciągnięcia serii w nieskończoność, ale z drugiej naprawdę mi szkoda, że nie będę już dostawać tego cotygodniowego zastrzyku optymizmu i pozytywnych emocji.

Avellana, 12 listopada 2015

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Sunrise
Autor: Hajime Yatate
Projekt: Yoshiaki Yanagida
Reżyser: Masaya Fujimori
Scenariusz: Atsuhiro Tomioka

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Tribe Cool Crew - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl