Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

2/10
postaci: 4/10 grafika: 5/10
fabuła: 1/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 62
Średnia: 5,6
σ=2,47

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Slova)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Kantai Collection -KanColle-

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2015
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • 艦隊これくしょん -艦これ-
Tytuły powiązane:
Pierwowzór: Gra (inna); Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność
zrzutka

Katastrofa morska w dwunastu aktach – tragedia i nieszczęście wojny na Pacyfiku z perspektywy wielbicieli rysunkowych dziewcząt. ~poi.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Kantai Collection to wydana przez Kadokawa Games gra przeglądarkowa, w której gracz rozbudowuje i dowodzi flotą dziewcząt stanowiących antropomorfizację drugowojennych japońskich okrętów wojennych. Najważniejszą zaletą aplikacji są oczywiście bohaterki w liczbie już chyba ponad stu. Aż grzech takiego potencjału nie przenieść na ekran. Czysty pieniądz, tylko trzeba go jeszcze odpowiednio oprawić. Pomijając oczywiście fakt, że gra nie przynosi oczekiwanych wyników finansowych, pomimo niebywałej popularności również w krajach zachodnich. Nie od dzisiaj też wiadomo, że reklama dźwignią handlu, wobec czego Kadokawa weszło w komitywę ze studiem Diomedea, które miało wyprodukować anime Kantai Collection już rok temu. Pierwszy projekt został jednak storpedowany, pracę rozpoczęto od nowa i serial miał ukazać się w wakacje. Ostatecznie mieliśmy szansę zapoznać się z nim dopiero tej zimy i tylko po to, by stwierdzić, że mogli premierę odroczyć na czas nieokreślony. Czasami lepiej żyć marzeniami.

O klęsce tej produkcji przesądziło kilka rzeczy. Pierwszą okazała się główna bohaterka – Fubuki, w grze coś na miarę pakietu startowego, do którego nikt nie przywiązywał się na dłużej, w anime zaś dziewczyna zupełnie bez wyrazu, hartem ducha i zapałem walcząca z przeciwnościami losu, co widzieliśmy już setki razy w lepszym wykonaniu. Fubuki przybywa do bazy okrętów, by dołączyć do floty. Mimo że jest zaliczana do jednostek specjalnego typu, szybko wychodzi na jaw, że nigdy nie brała udziału w operacjach bojowych i nie potrafi nawet używać osprzętu pozwalającego statko­‑dziewczynom na chodzenie po wodzie i walkę z potworami panoszącymi się po morzach i oceanach. Bohaterka, z pomocą przyjaciółek, będzie musiała szybko przezwyciężyć słabości i stawić czoła zagrożeniu. Tak, ta fabuła to pretekst, nic w niej nie zostaje wyjaśnione, a jej zadaniem jest tylko i wyłącznie stworzenie okazji do pokazania bohaterek gry na ekranie telewizora. Należy tu wspomnieć, że pierwowzór nie silił się na jakąkolwiek otoczkę fabularną, a więc scenarzysta w przypadku anime miał nieograniczone możliwości kreacji. Nie mam ochoty rozstrzygać, czy zabrakło mu dobrej woli, talentu czy też wyobraźni, ale wspomnę jedynie, że wcześniej popełnił IDOLM@STER: XENOGLOSSIA, ale też Kyoukai no Kanata.

Na dalszy ogień poszło niezdecydowanie twórców, co tak właściwie chcą osiągnąć. Czy wyprodukować kolejną serię, której konsumpcja polega na przyglądaniu się zamkniętym w obudowie telewizora animowanym bytom i ich codziennym przygodom, czy też lepiej rzucić się na głęboką wodę, trafić do widza poprzez fabułę i chwycić go za serce dramatyczną chwilą. Ostatecznie okazało się, że w studiu Diomedea nie potrafią zrobić ani jednego, ani drugiego, wobec czego jakoś tam obydwie opcje sklecono w całość. Dzięki temu dostaliśmy anime na pół gwizdka, fabuła nie idzie za ciosem, po A wcale nie następuje B, a okazyjna śmierć miała na celu jedynie oszukanie odbiorców, że doświadczają produkcji dziwnej, ale przemyślanej i konsekwentnie realizującej jakieś niejasne założenia. Sęk w tym, że założeń nigdy nie było, a incydentalne fragmenty mogące świadczyć o czymś innym nigdy nie przerodziły się w motyw przewodni.

Czego zabrakło? Przede wszystkim emocji, bowiem ani razu tychże nie udało się reżyserowi ze mnie wykrzesać. Anime okazało się nijakie, zmarnowane, biorąc pod uwagę, jak nieograniczone możliwości stały przed autorami. Widzieliście Gunbustera albo chociaż Gurren Lagann? Właśnie takiej atmosfery mi brakowało – napompowanej do granic możliwości pompatyczności, patosu, marszowej muzyki, werbli, poświęcenia, desperacji, dramatyzmu chwili… A zadatki były, bo przecież także w Top wo Nerae pierwsze skrzypce grała grupa dziewcząt, które zza kulisów wspierał charyzmatyczny oficer. To się rzeczywiście mogło udać, bowiem nie sposób tej wiekopomnej produkcji Gainaxu brać na serio, pomimo tego, że komedią nie jest. I to wcale nie wada, gdyż widz sam przystaje na pewne ustępstwa i taką, a nie inną konwencję. Tymczasem w przypadku KanColle nie sposób pokusić się o to samo, gdyż w podzięce za puszczenie płazem tego i owego odbiorca nie dostaje od serii niczego, co miałoby wynagrodzić poświęcenie. Albo anime jest samo z siebie dobre i można je odbierać takim, jakie jest, albo widz zawiera z reżyserem niepisaną umowę na wybiórczą percepcję, a w zamian dostaje coś, co skutecznie odwróci jego uwagę od oczywistych mankamentów. KanColle nie spełnia żadnego z tych wymogów.

Serial okazał się nudny i w zasadzie nie traktował o niczym. Scenarzyści podjęli jedną próbę wprowadzenia dramatyzmu, nieodłącznie towarzyszącego zmaganiom wojennym, ale na tym poprzestali i ostatecznie skupili się na pozbawionych charakteru dziewczynach robiących niezbyt ciekawe i mało zabawne rzeczy. Nie, żeby ów wypad w stronę serii wojennej był udany, gdyż na całej linii zawiodła reżyseria, ale okazał się ciekawszy niż inne zaprezentowane w KanColle treści. A na pewno był zabawniejszy, bowiem rzadko się zdarza, by tyle razy pośrednio zapowiedzieć śmierć postaci – gdy żołnierz spogląda na zdjęcie ukochanej, to jest oczywiste, że nie dożyje końca filmu. Gdy autorzy zdecydowali się na ostateczną konfrontację z fatum, złe przeczucia, dramatyzm, niemoc wobec losu, widz już zdążył stracić zainteresowanie, zawiedziony ich wcześniejszym niezdecydowaniem.

Kolejnym gwoździem do trumny okazało się wycięcie postaci admirała, co eliminuje z miejsca wszystkie interakcje między nim a bohaterkami, przez co te kiszą się we własnym sosie, zaś anime szybko popada w monotonię. Działający na podobnych zasadach Idolm@ster jest strawny, bowiem kreacja producenta, którym w oryginale kierował gracz, poszerza pole działania scenarzystów, daje możliwość wprowadzenia gagów itp. Owszem, zdaję sobie sprawę, że to obusieczny miecz, bowiem może sprowadzić na głowy twórców gniew gawiedzi, która skłonna jest nabawić się kompleksów nawet wobec animowanego bohatera nawiązującego służbowe stosunki z rysunkowymi antropomorfizowanymi okrętami wojennymi, ale czynienie ukłonu w stronę akurat tej grupy odbiorców jest bardzo wymowne i świetnie oddaje współczesne trendy w przemyśle anime. Przy okazji pokazuje też, że do stworzenia dobrej adaptacji popularnej franczyzy trzeba mieć przysłowiowe jaja, bowiem nie każdy autor umie stanąć okoniem wobec prymitywnych oczekiwań fanów. Jednak skoro w przypadku Idolm@stera taka sztuka się udała, to tym razem także miałaby szansę powodzenia. Zwyczajnie zabrakło dobrej woli i odwagi, bowiem łatwiej stwarzać w scenariuszu sztuczne i wyrwane z kontekstu sytuacje tylko po to, by dać bohaterkom możliwość wygłoszenia flagowych kwestii znanych z pierwowzoru i tym samym wkupić się w łaski miłośników gry, aniżeli wykreować prawdziwą fabułę.

Dotychczas wspominałem tylko o studiu Diomedea, a tymczasem w pracach nad KanColle udział brała jeszcze tokijska wytwórnia Orange, specjalizująca się w animacji komputerowej. Jak na specjalistów przystało, ich część anime wygląda zdumiewająco dobrze. Techniką cyfrową wykonano większość scen akcji i sporo ujęć rzeczywiście olśniewa dynamiką. Niestety, jak to zwykle z animacją trójwymiarową w anime bywa, tym razem także nie wykorzystano całości drzemiącego w niej potencjału. Dla przykładu – świetnie wygląda, gdy bohaterki poruszają się na wodzie tak, jakby jeździły na łyżwach, szkoda jednak, że przez większość czasu stoją właściwie nieruchomo w rozkroku i po prostu suną po tafli, prowadząc konwersację. Muszę jednocześnie przyznać, że gdy już się coś dzieje, to kamera pracuje jak należy, zaś sekwencje transformacji bohaterek w wersję „bojową”, mimo że abstrakcyjne, są fenomenalne. No, ale została jeszcze druga strona medalu, czyli klasyczna animacja wykonana w studiu Diomedea. Dość wspomnieć, że ta niewielka wytwórnia równolegle z Kantai Collection produkowała Binan Koukou Chikyuu Bouei Bu Love!, Juuou Mujin no Fafnir i Seiken Tsukai no World Break. Trudno wobec tego dziwić się, że KanColle cechuje szeroko pojęta bylejakość, objawiająca się w ociężałej animacji, statycznych, nastawionych na dialogi ujęciach i finałowym odcinku, w którym było więcej błędów, nawet montażowych, niż w całej serii łącznie. Ponadto komicznie wyglądało ujęcie, gdzie bohaterki już znane wykonano trójwymiarowo, a resztę dorysowano, bo akurat nie opracowano dla nich komputerowych modeli.

A seiyuu? Zagrały z pewnością tak, jak tego oczekiwali fani gry, i dobrze. Jednak między Naką a Shimakaze, gdy ze sobą rozmawiały, trudno było wyczuć jakąkolwiek różnicę w głosie. Ponadto sporo z bohaterek pojawiło się na ekranie tylko po to, by wygłosić swoją popisową frazę. Za pierwszym razem było nawet zabawnie, ale z każdym kolejnym coraz bardziej idiotycznie, bowiem często powtarzały się nie tyle pojedyncze wyrazy czy sposób wypowiedzi, a całe długie zdania.

Ostatecznie nie mogę ocenić KanColle: Kantai Collection ujemnie nie tylko dlatego, że system ocen na portalu nie przewiduje takiej możliwości, ale też dlatego, że w anime pojawiła się jedna rzeczywiście ciekawa i cechująca się własnym charakterem bohaterka – Ryuujou. Wprawdzie nie powiedziała ani słowa, stała plecami do widza na czwartym planie, ale przynajmniej jedna dobra rzecz mnie spotkała, gdy oglądałem ten serial. I oszukuję sam siebie, że tylko dlatego warto było.

Slova, 23 kwietnia 2015

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Diomedea
Autor: Kadokawa Games
Projekt: Kouta Moroishi, Mayuko Matsumoto, Naomi Ide, Sorato Shimizu, Tsutomu Miyazawa
Reżyser: Keizou Kusakawa
Scenariusz: Jukki Hanada
Muzyka: Natsumi Kameoka

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
KanColle: recenzja gry na Czytelni Tanuki Nieoficjalny pl
KanColle - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl