Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Studio JG

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 6/10 grafika: 8/10
fabuła: 7/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 2 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,50

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 7
Średnia: 6
σ=1,2

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek, Enevi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Soukyuu no Fafner: Dead Aggressor - Exodus

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2015
Czas trwania: 13×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Fafner EXODUS
  • 蒼穹のファフナー Dead Aggressor EXODUS
Postaci: Obcy, Uczniowie/studenci; Miejsce: Azja; Czas: Przyszłość; Inne: Mechy, Supermoce
zrzutka

Mijają kolejne dwa lata, młodzi piloci z wyspy Tatsumiya toczą niekończącą się walkę z Obcymi, a przyszłość ludzkości nadal maluje się w ciemnych barwach. Tylko dla fanów serii.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Od niespodziewanego, ale jakże wyczekiwanego powrotu Soushiego do świata ludzi minęły dwa lata, ale ludzkość ostatkiem sił walczy z kosmicznymi monstrami. Tymczasem mieszkańcy sztucznej wyspy Tatsumiya – wszystkiego, co pozostało z Japonii – mimo kolejnych ataków Festum starają się żyć, jak do tej pory. Większość młodych weteranów odeszła na zasłużoną „emeryturę” i próbuje odnaleźć się w nowych rolach, część ze starszych pilotów nadal zasiada za sterami Fafnerów, będąc przykładem dla młodszych kolegów, zaś dorosłym nie pozostaje nic innego, jak nad nimi czuwać.

Osiemnastoletni Kazuki Makabe obecnie pracuje w restauracji. Niegdyś jeden z najzdolniejszych pilotów, odzyskał wprawdzie wzrok, ale stan jego nadal pogarszającego się zdrowia nie pozwala na zbliżanie się do Fafnera. Jego maszyna Mark Sein i demoniczny Mark Nicht – teoretycznie najpotężniejsze bronie w walce z Festum, które okazały się zbyt niebezpieczne dla użytkowników, zostały zapieczętowane. Porwany przed czterema laty przez Obcych Soushi Minashiro jakimś cudem wrócił na Tatsumiyę, ale chyba nie do końca jest już człowiekiem. Chłopak postanawia poświęcić się badaniom naukowym, dzięki którym być może uda mu się znaleźć sposób na uratowanie przyjaciela. Maya Toomi szkoli się na pilota myśliwca, a w kryzysowych sytuacjach pomaga młodszym kolegom w walce z monstrami, jako strzelec wyborowy. Inni również lepiej lub gorzej radzą sobie z wojenną codziennością, nie mają jednak pojęcia, że niedługo wszystko się zmieni, bo w stronę wyspy zmierzają uciekinierzy z jednej z baz, która padła ofiarą ataku Festum, i będą mieli dla mieszkańców Tatsumiyi nietypową propozycję…

Powstała niemal dekadę temu, pozbawiona pierwowzoru pierwsza seria Soukyuu no Fafner nie należy do wyjątkowo oryginalnych czy ambitnych anime, ale mimo wszystko stanowi całkiem niezłą rozrywkę dla amatorów opowieści o nastoletnich pilotach mechów i walkach z Obcymi. Tytuł ten nie jest może zbyt popularny wśród fanów z Zachodu, ale Japończycy najwyraźniej polubili „nibelungowskie” roboty, co dało szansę na kontynuację. W ten sposób po latach powstał ciąg dalszy w postaci filmu, którego akcja rozgrywa się około dwóch lat po zakończeniu pierwszej serii. Problem polega na tym, że mimo rozwiązania jednej z zagadek z końcówki serialu, tak naprawdę ogólna sytuacja mieszkańców wyspy niewiele się zmienia, a wojna z Festum nadal trwa. Teraz jednak światło dzienne ujrzała druga seria, tym razem z podtytułem Exodus.

Zapowiedzi pojawiły się już jakiś czas przed planowaną premierą, ale o ile na początku podano, że serial będzie liczył dwadzieścia sześć odcinków, potem tę liczbę zredukowano o połowę. Informacja ta nie wróżyła dobrze przyszłości anime, ale że zaraz po jego zakończeniu wypuszczono „zwiastun” kontynuacji, fani mogą chyba spać spokojnie, prawda? Cóż, to się okaże, a tymczasem przyjrzyjmy się bliżej pierwszej części sequela.

Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na to, iż Exodus nie stanowi samodzielnej całości. Nie mówię o tym, że jest to seria hermetyczna dla nowych widzów, bo to oczywiste, że kierowano ją wyłącznie do tych, którzy oglądali poprzednie anime. Jednak sposób przedstawienia wydarzeń wyraźnie sugeruje, że jest to część pierwsza, więc fanom spragnionym kontynuacji przygód pilotów Fafnera radziłabym zaczekać do momentu pojawienia się dalszych odcinków, bo inaczej czeka Was niemiła niespodzianka w postaci niezakończonej historii. Naturalnie nie znaczy to, że fabuła została po prostu urwana (choć niewiele brakuje), ale myślę, że twórcy wybrali dobry moment, zostawiając szeroko otwartą furtkę i pozwalając widzowi zobaczyć, co znajduje się za nią. A w skrócie? Pozostawia spory niedosyt, ale daje jednocześnie nadzieje na przyszłość.

Te trzynaście odcinków kładzie porządne fundamenty pod (miejmy nadzieję) emocjonujące zakończenie konfliktu z Obcymi (chyba że twórcy planują kolejne części…) i można zawartą w nich historię podzielić na dwie części. Pierwsza z nich pokazuje wprawdzie ataki Festum, jednak w większym stopniu skupia się na budowaniu ram fabularnych niż wartkiej akcji – dużo tu spokojnych i może zbyt powolnych scen. Natomiast dla wyposzczonych fanów emocjonujących walk przygotowano część drugą, w której dzieje się naprawdę dużo.

Fani serii nie powinni być zawiedzeni, ponieważ scenariusz nie jest powtórką z rozrywki, a jednocześnie ogólny klimat pozostaje taki sam. Twórcy przygotowali dla widzów przemyślany i ciekawy, choć niezbyt porywający wstęp do dalszych wydarzeń. Wprowadzono sporo nowych elementów (nie będę zdradzać, jakich), które wymagają wyjaśnienia, ale miejmy nadzieję, że obiecująco zapowiadająca się druga część je nam dostarczy. Akcja nie gna na złamanie karku, konsekwentnie prowadzi bohaterów (i widzów) ku nieuniknionemu „czemuś”. Nie brzmi to zbyt optymistycznie, prawda? Cóż, twórcy nie ukrywają, że bohaterów nie czeka nic dobrego, przynajmniej nie wszystkich. W pierwszej serii na początku dominował nastrój niepokoju o los pilotów, ale z czasem dało się przywyknąć, do tego, że zginąć może każdy, kto nie należy do głównej obsady, i kolejne walki nie były już takie ciekawe, gdy wyczerpał się limit pilotów do odstrzału. W Exodusie bohaterowie znowu (czy może raczej w dalszym ciągu) stąpają po cienkim lodzie, a ich przyszłość jest wyjątkowo niepewna. Z odcinka na odcinek sytuacja robi się coraz bardziej poważna i skomplikowana, twórcy dbają o to, żebyśmy niepokoili się losem bohaterów (zarówno starych, jak i nowych), zwłaszcza jeśli zdążyliśmy ich polubić.

Obsada pierwszej serii nie zawierała może wyjątkowo oryginalnych czy rozbudowanych postaci, ale biorąc pod uwagę ich liczbę i różnorodność, każdy widz mógł znaleźć swojego ulubieńca albo przynajmniej tolerowaną jednostkę, która umiliła mu seans. Cóż, czas leci, jedni giną, drudzy się zmieniają, a inni wkraczają do akcji. Plakat promocyjny sugerował, że dotychczasowi protagoniści nadal będą mieli wiele do powiedzenia, zaś początek serii – że stery przejęło nowe pokolenie pilotów, a starsi wycofali się z pierwszej linii frontu. Nie dotyczy to oczywiście wszystkich, bo np. Maya nadal pilotuje swojego Fafnera, ale zdecydowana większość znalazła swoje miejsce za kulisami walk albo w ogóle poza nimi (Kazuki i jego restauracja) i przez to dostała mniej czasu ekranowego. Sporą część obsady stanowią dorośli, którzy nadal rządzą wyspą, kierują poczynaniami jej młodszych mieszkańców i wspierają ich w walce. Najważniejsze jednak jest to, że wszyscy ściśle ze sobą współpracują i nikt nie żyje w próżni. Na szczęście nic się pod tym względem nie zmieniło. Naturalnie nie każdy z bohaterów ma znaczący wpływ na fabułę, ale już sama obecność krewnych protagonistów osadza ich w mocniej w kreowanej rzeczywistości, a w tym uniwersum niemal każdy (od nastolatków po osoby w podeszłym wieku) jest zaangażowany w działania (około)wojenne. Sprawia to, że można Fafnera nazwać dramatem „rodzinnym”, co jest oczywiście zaletą, bo obecnie niewiele serii decyduje się na taki zabieg i robi to z sensem.

Zalety zaletami, ale odniosłam wrażenie, że twórcy nie do końca mieli pomysł, jak rozwinąć charaktery poszczególnych postaci. Owszem, jakieś zmiany są widoczne (w końcu od ostatniego spotkania z nimi chronologicznie minęły dwa lata), jednak potencjał niektórych osobowości nie został wykorzystany w części albo w ogóle. Być może było to spowodowane tym, że poświęcony im czas nie zawsze przeznaczano na sceny istotne, które w serii z tak liczną obsadą, a jednocześnie ograniczonym czasem ekranowym, powinny stanowić większość. Z drugiej jednak strony można dojść do wniosku, że lepsza jest swego rodzaju stagnacja niż rewolucyjne zmiany, całkowicie niepasujące do tego, co znamy z poprzednich części. Dlatego też mam mieszane uczucia względem takiej, a nie innej kreacji poszczególnych bohaterów.

Zdecydowanie najmniej dzieje się między trójką głównych postaci, bo ani Kazuki, ani Soushi, ani Maya nie obnoszą się ze swoimi uczuciami i choć Fafner wyraźnie nie jest dramatem romantycznym, a serią wojenną w dekoracjach fantastyczno­‑naukowych, to aż dziw bierze, że przez dwa „pozakadrowe” lata tak niewiele się w ich relacjach zmieniło. Chyba że jestem ślepa i nie dostrzegam drobnych, subtelnych gestów (nie, nie jest to sarkazm, naprawdę się nad tym zastanawiam, a należę do osób, które wolą się domyślać i nie lubią, gdy wali się je po głowie łopatą dosłowności)… Teoretycznie można za to winić brak otwartości i powściągliwość bohaterów, ale jakiekolwiek jaśniejsze sygnały byłyby zdecydowanie na miejscu. Niewykluczone, że w ich wnętrzu sporo się dzieje (są już pewne sygnały, ale w ostatecznym rozrachunku niewiele się zmienia) i po prostu twórcy zostawiają najlepsze na koniec, ale gdybanie gdybaniem, a i tak na razie mogę ocenić tylko to, co prezentuje te trzynaście odcinków. Z pozostałymi bywa różnie – wszystko zależy od tego, czego dotyczą ich aktualne przemyślenia. Trudno nazwać ich postaciami refleksyjnymi, bo zakres ich trosk ograniczony jest scenariuszem, ale to, co widzimy, jest raczej standardowym zestawem myśli dla tego typu bohaterów. Słowem: szału nie ma, niektóre rozmowy/kwestie wydają się trochę sztuczne i momentami dość niezdarne, ale jeśli wziąć pod uwagę całokształt, to jest całkiem nieźle.

Od strony technicznej jest dobrze, jeśli nie bardzo dobrze, ale to już zależy od konkretnej części składowej. Żadnych wątpliwości nie mam przy ocenie muzyki, która nie w każdym momencie zwraca na siebie uwagę, ale po przesłuchaniu obydwu ścieżek dźwiękowych, ponownie skomponowanych przez Tsuneyoshiego Saitou i zagranych przez Orkiestrę Symfoniczną Filharmonii Narodowej w Warszawie, stwierdzam, że naprawdę dobrze dopełniają się z obrazem. Składają się na nie podniosłe, liczne i zróżnicowane utwory, które nie są może arcydziełami, ale naprawdę dobrze się ich słucha nawet w oderwaniu od anime. Fani serii pamiętają pewnie niezastąpioną Angelę (choć w zasadzie to duet…), która powróciła w tej odsłonie z trzema naprawdę udanymi piosenkami – Exist, Anya Kouro i Sono Toki, Soukyuu e. Exodus to też okazja do ponownego spotkania ze starymi seiyuu – mniej i bardziej znanymi, a także z nowymi, którzy spisali się dobrze, choć czasem miałam wrażenie, że ich umiejętności ograniczał scenariusz.

Na pierwszy rzut oka grafice niewiele można zarzucić, choć znajdą się słabsze elementy, a właściwie jeden, ale dość widoczny. Na początek może zalety… „Gundamowe” projekty postaci niektórym nie odpowiadały już w pierwszej serii, ale nieco „wygładzone” w tej odsłonie prezentują się po prostu lepiej. Bardzo szczegółowe i dopracowane tła stanowią cukierek dla oka, zwłaszcza że krajobrazy są zróżnicowane i bogate. Animacja jest płynna i nie zanotowałam poważniejszych zgrzytów. Ba, nawet większość efektów komputerowych (roboty i Obcy) wygląda dobrze. I wszystko byłoby ładnie i pięknie, gdyby nie… woda. Ja wiem, że nie jest ona głównym bohaterem, ale ujęcia paskudnie animowanej trójwymiarowej wody potrafiły zepsuć mi seans kilku odcinków.

Napiszmy to sobie wprost: już pierwsze Soukyuu no Fafer nie było serią oryginalną ani szczególnie porywającą, więc nie będę się rozwodzić nad podobieństwami do innych „mechowatych” anime. Natomiast Exodus to kontynuacja skierowana do fanów cyklu i produkcja zdecydowanie niesamodzielna, toteż tak właśnie będę ją oceniać. Przyznam też, że dałam tej serii spory kredyt zaufania, bo choć długo się rozkręca, to pod sam koniec pokazuje kilka naprawdę dobrych scen i zapowiada emocjonującą część drugą (czwartą, jeśli brać pod uwagę całość), dlatego urwanego zakończenia i braku wyjaśnień nie traktuję jako wady. Ocena jest w znacznym stopniu oparta na gdybaniu podsyconym nadzieją na lepszą lub przynajmniej dobrą, jak do tej pory, historię.

Nie należy oczekiwać cudów – fani „starego” Fafnera mniej więcej wiedzą, czego się spodziewać i znajdą tu wszystko, co było dobre w poprzednich odsłonach, ale również to, co było takie sobie lub słabe. Część elementów poprawiono, część pozostała bez zmian, ale na szczęście nic nie uległo pogorszeniu. Niepewność na temat tego, co zaserwują twórcy w następnej (ostatniej?) części sprawia, że nie jestem w stanie jednoznacznie stwierdzić, czy jest to dobra kontynuacja, ale niewątpliwie ma takie predyspozycje. Pozostałych, czyli nie­‑fanów, którzy jakimś cudem trafili na ten tekst, odsyłam do recenzji pierwszej serii albo jej obejrzenia, bo chociaż minęło już dziesięć lat, niezłych mechów nigdy za wiele.

Enevi, 31 maja 2015

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: XEBEC
Projekt: Hisashi Hirai, Naohiro Washio
Reżyser: Nobuyoshi Habara
Scenariusz: Tou Ubukata
Muzyka: Tsuneyoshi Saitou

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Soukyuu no Fafner: Dead Aggressor - Exodus - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl