Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Festiwal Fantastyki Twierdza - konwent

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 8/10 grafika: 8/10
fabuła: 7/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

8/10
Głosów: 14 Zobacz jak ocenili
Średnia: 8,43

Ocena czytelników

9/10
Głosów: 451
Średnia: 8,58
σ=1,28

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Enevi, Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Boku dake ga Inai Machi

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2016
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Erased
  • 僕だけがいない街
Tytuły powiązane:
Widownia: Seinen; Postaci: Nauczyciele, Przestępcy, Uczniowie/studenci; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność
zrzutka

A gdyby tak można było cofnąć czas i naprawić błędy przeszłości? Odważylibyście się wykorzystać taką szansę? Cóż, niektórzy nie mają wyboru, jeśli chcą przeżyć…

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Satoru Fujinuma, lat dwadzieścia dziewięć, kawaler – niewyróżniający się z tłumu innych Japończyków młody mężczyzna, który marzenia musiał skonfrontować z rzeczywistością i dlatego zamiast zostać sławnym mangaką, zarabia, rozwożąc pizzę. Ale tylko na pierwszy rzut oka prezentuje się tak przeciętnie, ponieważ los obdarzył Satoru niezwykłą mocą, umożliwiającą cofanie się w czasie. Mało która jednak z tych „powtórek” jest dobrowolna i mężczyzna nie zawsze nad swoimi umiejętnościami panuje. Zwykle w pewnym momencie Satoru uświadamia sobie, iż dane wydarzenie już widział i musi szybko zorientować się, co jest nie tak, aby zapobiec nadchodzącej tragedii. Nie, żeby mu się spieszyło do bycia bohaterem, tylko zawsze tak jakoś przez przypadek… Dla Satoru jest to raczej kłopot niż powód do dumy, tym bardziej że nierzadko skutkiem jego interwencji jest pobyt w szpitalu. Co ma jednak zrobić, gdy okaże się, że coś złego grozi jego najbliższym? I dlaczego, aby zapobiec tragicznym wydarzeniom z 2006 roku, zostaje przeniesiony osiemnaście lat wstecz? Wszystko zaczęło się bowiem na początku marca 1988 roku, gdy zaginęła koleżanka z klasy Satoru, dziesięcioletnia Kayo Hinazuki…

Podróż w czasie jest motywem, po który najrozmaitsi autorzy sięgają bardzo często, wykorzystując go w najprzeróżniejszy sposób. Najczęściej chcą opowiedzieć niezwykłą historię, dlatego też nagłe wycieczki bohaterów do różnych okresów historycznych nikogo już nie dziwią. W tych przypadkach podróż w czasie jest jednorazowym zjawiskiem, zwykle niewytłumaczalnym i niemającym związku z dalszą fabułą. Innym razem jest to moc świadomie wykorzystywana przez kogoś, komu bardzo zależy, by coś zmienić – często ma to związek z ratowaniem świata. I wtedy robi się bałagan. Pojawiają się alternatywne rzeczywistości i tak dalej, i tak dalej. Niektórym jednak umiejętność podróży w czasie jest dana ot tak, czasem zupełnie przez przypadek… Pamiętacie może O dziewczynie skaczącej przez czas? Film, w którym tytułowa bohaterka znajduje dziwny przedmiot umożliwiający cofanie się do przeszłości i wykorzystuje tę umiejętność do własnych, momentami wyjątkowo błahych celów? Boku dake ga Inai Machi założeniami najbliżej właśnie do tego filmu, głównie ze względu na kameralną skalę wydarzeń. Z drugiej strony jednak oba anime są tak naprawdę kompletnie inne. Toki o Kakeru Shoujo to lekkie okruchy życia z motywem science­‑fiction, podczas gdy recenzowane anime jest dramatem obyczajowym z wątkiem kryminalnym.

Mimo ciekawego pomysłu serial budził we mnie pewne obawy, wynikające przede wszystkim z tego, iż na początku emisji był jeszcze ekranizacją wciąż publikowanej mangi. Wszyscy wiemy, jak wygląda większość animowanych reklamówek. Uwielbiamy te urwane zakończenia, prawda? Co gorsza, stosunek liczby tomów do zaplanowanej długości również nie napawał optymizmem i sugerował, że twórcy będą musieli wypatroszyć fabułę pierwowzoru, by dopasować go do planowanej długości anime. Oczywiście nie obyło się bez cięć scenariusza i kilku poważniejszych potknięć (zarówno ze strony mangaki, jak i ekipy produkcyjnej), jednak ostateczny wynik można bez wątpienia uznać za zadowalający. Ale zacznijmy może od początku.

Po pierwsze i najważniejsze: nieważne, co sugeruje opis na samym początku recenzji, Boku dake ga Inai Machi nie jest kryminałem z prawdziwego zdarzenia, choć nie można zaprzeczyć, iż pewne jego cechy posiada. Tajemnica brutalnych morderstw i nieuchwytny sprawca to bardzo charakterystyczne dla powyższego gatunku motywy, zwykle jego kluczowe elementy. Jednakże równie ważna jest w tych opowieściach postać, która próbuje je rozwiązać/schwytać. W tym przypadku nie mamy jednak do czynienia z zabawą w detektywa, bo ile może zdziałać zwyczajny szóstoklasista w starciu z seryjnym mordercą? W normalnym życiu niewiele, zaś mangaka, Kei Sanbe, na szczęście nie próbował zrobić z Satoru młodego Sherlocka, bo to odarłoby historię z jakiegokolwiek realizmu. Bohater, uzbrojony w wiedzę z przyszłości, stara się uniemożliwić mordercy wykonanie planu, a nie tropi go już po dokonaniu zabójstw. A że jest tylko jedenastoletnim chłopcem, robi to w sposób odpowiedni i chyba jedyny możliwy dla swojego wieku – zbliżając się do potencjalnych ofiar.

Sama zagadka nie należy do wyjątkowo trudnych, bo i nie o skomplikowaną intrygę autorowi chodziło. Odpowiedzi na pytanie, kto zabił, domyślić się stosunkowo łatwo i jeśli macie zamiar zacząć oglądać to anime z nadzieją na ekscytujący pościg za przestępcą, to trafiliście pod zły adres. Boku dake ga Inai Machi to jedna z tych historii, w których chodzi bardziej o pokazanie samego procesu, a nie konkluzji. Satoru igra z ogniem i chociaż wiemy, kto jest sprawcą, z niecierpliwością czekamy na „wewnętrzne” rozwiązanie zagadki, a to dzięki sposobowi, w jaki przedstawiono wydarzenia. Obserwujemy wszystko z perspektywy głównego bohatera i tak naprawdę wiemy tyle, co on sam (lub odrobinę więcej). Pozwala to na wprowadzanie atmosfery napięcia i niepokoju w sposób prosty i naturalny. Dlatego też historia ta ma szansę przemówić do widza głównie jako dramat obyczajowy z dreszczykiem, bo problemy, na jakie natrafia Satoru, są bardzo przyziemne i dotyczą codziennego życia w jego środowisku. Nie powiem, niektóre wątki można było rozwiązać inaczej albo dać im więcej czasu, ale w ostatecznym rozrachunku to w warstwie prozy życia, na którą położono największy nacisk, tkwi główna siła tej serii. Problem dla większości widzów może paradoksalnie stanowić sposób przedstawienia głównego wątku, co związane jest z pewnymi cięciami i uproszczeniami fabuły, jakie musieli zastosować twórcy, by zmieścić się w wyznaczonym czasie. Owocuje to kilkoma mniej lub bardziej wyraźnymi niedopowiedzeniami czy wręcz dziurami fabularnymi. Poczynając od braku wyjaśnienia, skąd wzięła się moc głównego bohatera, przez niewielkie błędy logiczne w niektórych istotnych scenach (dla dobra fabuły nie będę zdradzać szczegółów), na uproszczeniu finałowych scen kończąc. Na szczęście są inne elementy, które w mniejszym lub większym stopniu rekompensują te braki. Mowa oczywiście o bohaterach, a przede wszystkim o głównej obsadzie, która tworzy bardzo sympatyczną w swojej przyziemności grupę postaci występujących w równie (nie)codziennej opowieści.

Boku dake ga Inai Machi nie jest teatrem jednego aktora, ale palmę pierwszeństwa bezsprzecznie dzierży Satoru, którego determinacja jest motorem napędowym fabuły. Jego charakter jest dość złożony (co potęguje swego rodzaju „dualizm”, ale o tym za chwilę) i trudno nazwać go typowym bohaterem – bardziej pasowałoby tu określenie „typowy człowiek”, bo typowy protagonista zwykle czymś się wyróżnia (moce Satoru nie wpływają na sposób, w jaki odbiera go otoczenie) z tłumu, a tymczasem nasz bohater jest bardzo zwyczajnym człowiekiem, który mierzy się z codziennością, a nie wydumanymi problemami natury metafizycznej. Satoru to raczej wycofana, niezbyt towarzyska i nieco mrukliwa jednostka, która nie promieniuje dobrem na kilometr i posiada zdrowe zasoby egoizmu i samolubności. Owszem, dorosły bohater wie, że w jego życiu sporo brakuje, można wręcz powiedzieć, że jest nieco apatyczny i uprawia typowy „tumiwisizm”. Nieco inaczej prezentuje się dziesięcioletni Satoru, zmuszony do działania przez czynniki zewnętrzne i postępujący momentami wbrew swoim przyzwyczajeniom i charakterowi. Sytuacja jest o tyle ciekawa, że autor prowadzi podwójną narrację. Teoretycznie mamy do czynienia z młodym, ale jednak dojrzałym psychicznie mężczyzną, który trochę doświadczenia życiowego już ma, jednak jego dorosła mentalność i wspomnienia z przyszłości kolidują z przyzwyczajeniami i charakterem dziecka, którym jest fizycznie. Zabieg ten, który znacznie lepiej sprawdza się w formie animowanej (kiedy faktycznie słyszy się różnicę między wypowiedziami dziecka a jego wewnętrznym dorosłym głosem), nie tylko uatrakcyjnia odbiór postaci, ale jest również dobrym źródłem rzadkiego humoru w tej raczej poważnej serii.

Jak wspomniałam akapit wyżej, na Satoru obsada się nie kończy, ale z oczywistych względów to właśnie on jest najdokładniej przedstawioną postacią, ponieważ w myśli pozostałych wglądu nie mamy w ogóle lub jest on bardzo ograniczony. Cóż, czasu na przedstawienie innych bohaterów zbyt dużo nie było, przez co nie o wszystkich dowiadujemy się dostatecznie dużo. Oglądamy ich głównie przez pryzmat codziennego zachowania (całkiem wiarygodnego i naturalnego), ale to wystarczy, by poznać ich osobowości. A te są wyjątkowo wyraziste i w większości przypadków naprawdę trudno nie poczuć do nich sympatii. Mam tu na myśli głównie najbliższych głównego bohatera, a przede wszystkim jego matkę. Sachiko Fujinuma jest jedną z ciekawszych i bardziej udanych kobiet, jakie zdarzyło mi ostatnimi czasy (i nie tylko) widzieć w anime. Jest silna i niezależna, a przy tym pozostaje bardzo kochającą matką, która ufa swojemu dziecku i bierze czynny udział w jego życiu, a jej rola nie ogranicza się do robienia mu śniadania i życzenia miłego dnia w szkole. Szkolni przyjaciele Satoru to barwna i zgrana gromadka wyjątkowo sympatycznych dzieci, które, uwaga, niespodzianka – zachowują się jak dzieci. Nie mamy okazji ich zbyt dobrze poznać, bo obserwujemy tylko ich interakcje z głównym bohaterem, ale zdecydowanie nie można im odmówić uroku i naturalności.

Wszystko pięknie, wszystko fajne, ale pewien problem pojawia się, gdy dochodzimy do postaci antagonisty, bo jest raczej oczywiste, że nie okaże się on anonimowym świrem. Nie można powiedzieć, żeby był szczególnie źle skonstruowany czy schematyczny, ale ponieważ historię okrojono na potrzeby ekranizacji, to niektóre elementy musiały ucierpieć, a jednym z nich jest właśnie jego wątek. Nie wymagałam majstersztyku psychologicznego, ale mam wrażenie, że w porównaniu do mangowego pierwowzoru animowana wersja jest stosunkowo niepełna, a poczynione zmiany fabularne i uproszczenie końcówki nie do końca wyszły jego charakterowi na dobre.

Studio A­‑1 Pictures miewa lepsze i gorsze chwile, ale zwykle dostarcza produkty, którym pod względem technicznym niewiele można zarzucić. Nie inaczej jest w tym przypadku, bo ekipa produkcyjna wykonała naprawdę dobrą robotę. Boku dake ga Inai Machi może nie olśniewa, ale jest bardzo porządnie zrobionym anime. Pod względem graficznym najbardziej w oczy rzuca się znaczna różnica w porównaniu do kreski oryginału, która, delikatnie mówiąc, do najładniejszych nie należy. Poprawiono wszystkie krzywizny i niedoróbki, ale wygląd postaci jak najbardziej odpowiada stylowi pierwowzoru, który sam w sobie (pomijając braki w warsztacie autora) należy do bardziej realistycznych, bez szczególnych udziwnień. Bardzo miło też, że zadbano o takie szczegóły, jak np. zmiana garderoby i bogata mimika. Niezwykle efektownie prezentują się tła – (głównie) zimowe pejzaże i przeróżne wnętrza zarówno pod względem ilości detali, jak i kolorystyki są czymś, na czy naprawdę warto zawiesić oko (moim bezsprzecznym faworytem pozostaje widok rozgwieżdżonego nieba w jednym z początkowych odcinków). Animacja również nie pozostawia wiele do życzenia, jest płynna, podobnie jak ograniczone do minimum efekty komputerowe.

Pierwszym, co zwraca uwagę, jest wyjątkowo chwytliwy opening – Re:Re: w wykonaniu Asian Kung­‑Fu Generation, który w połączeniu z animacją tworzy znakomitą wizytówkę serii. Podobnie zresztą jest w przypadku piosenki towarzyszącej napisom końcowym. Sore wa Chiisana Hikari no You na Sayuri ma zupełnie inny klimat, ale również pasuje do ogólnego nastroju anime. W ogóle ścieżka dźwiękowa jest bardzo udana, choć trudno stwierdzić, żeby pozostałe melodie (poza piosenkami) aż tak bardzo przykuwały uwagę. Przyznam, że spore było moje zdziwienie, gdy odkryłam, że za tę niepozorną, ale wyjątkowo udaną muzykę odpowiedzialna jest Yuki Kajiura, znana głównie z charakterystycznego stylu, którego tutaj właściwie nie czuć. Całość jest odpowiednio zróżnicowana (przeważają instrumenty klasyczne, ale nie zabrakło również elektroniki) i świetnie oddaje ogólny nastrój, dlatego warto przesłuchać poszczególne kawałki, nawet w oderwaniu od obrazu. Przy okazji udźwiękowienia nie sposób nie wspomnieć o rewelacyjnych kreacjach seiyuu. Owszem, wśród nazwisk można znaleźć te bardziej znane (choć może niekoniecznie obecnie najbardziej popularne), takie jak Aoi Yuuki, Minami Takayama czy Mitsuru Miyamoto, ale większość stanowią osoby z niewielkim doświadczeniem. Najbardziej może dziwić zatrudnienie do roli głównego bohatera dwójki aktorów, którzy debiutują w dubbingu anime, jednak zarówno Shinnosuke Mitsushima, jak i Tao Tsuchiya spisali się bardzo dobrze. Może i było to posunięcie nieco ryzykowne, ale naprawdę się opłaciło, bo dzięki temu Boku dake ga Inai Machi to swoisty powiew świeżości pod tym względem.

Nietrudno nie zauważyć szumu, jaki zrobił się wokół tej produkcji, co spowodowane było pewnie różnymi czynnikami, ale jednym z nich bez wątpienia były oryginalnie brzmiące założenia serii. Oczekiwania swoją drogą, a rzeczywistość swoją. Pewnie nie wszyscy dostaną, to czego się spodziewali, a ogólny odbiór zależy od tego, na co się nastawimy. Jedni powiedzą „miał być hit, a wyszło jak zawsze…”, albo „gdzie ten kryminał?”, drudzy będą zachwyceni, a jeszcze inni będą mieli podejście umiarkowane, z odpowiednim dystansem. I takie też polecam każdemu, kto ma ochotę na seans, bo naprawdę nie warto oczekiwać po tym anime cudów. Polecam głównie amatorom nietypowych dramatów obyczajowych, bo fani kryminałów mogą się w tym przypadku srogo zawieść. Całość miała ogromny potencjał, jednak chyba nie do końca go zrealizowała, chociaż na pewno nie zawodzi na całej linii. Nie jest to tytuł wybitny, ale mimo pewnych, czasem wyraźnie widocznych braków (spowodowanych głównie koniecznością skompresowania pierwowzoru), jest bez wątpienia wart uwagi. W ostatecznym rozrachunku całość ma w miarę spójny i przemyślany, a co najważniejsze – ciekawy scenariusz, który zabiera nas w konsekwentnie zaplanowaną podróż. Pewnie, że po drodze jest kilka wpadek, ale ostatecznie docieramy do finału opowieści, co przy obecnych trendach tworzenia reklam, a nie pełnoprawnych ekranizacji, jest swego rodzaju ewenementem.

Enevi, 2 kwietnia 2016

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: A-1 Pictures
Autor: Kei Sanbe
Projekt: Keigo Sasaki, Masafumi Yokota
Reżyser: Tomohiko Itou
Scenariusz: Taku Kishimoto
Muzyka: Yuki Kajiura

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Boku dake ga Inai Machi - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl