Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyuu.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 6/10 grafika: 7/10
fabuła: 7/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 5 Zobacz jak ocenili
Średnia: 5,80

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 64
Średnia: 6,33
σ=1,76

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (IKa, moshi_moshi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Prince of Stride: Alternative

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2016
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • プリンス・オブ・ストライド オルタナティブ
Gatunki: Sportowe
Widownia: Shoujo; Postaci: Uczniowie/studenci; Pierwowzór: Gra (otome); Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność
zrzutka

Piękni chłopcy ścigają się po usianych przeszkodami ulicach japońskich miast. Połączenie serii sportowej z „męskim haremem” ze studia Madhouse.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Stride, czyli skrzyżowanie miejskiego biegu przełajowego z parkourem, przyciąga rzesze japońskich nastolatków. Jedną z osób, które pokochały tę specyficzną dyscyplinę, jest Nana Sakurai. Ponieważ Nana nie należy do biernych obserwatorów, postanawia zdawać do liceum Honan, słynącego z sukcesów w tym sporcie. Jednak rzeczywistość bywa brutalna – na miejscu okazuje się, że klub mocno podupadł, nie ma nawet wystarczającej liczby członków, by startować w zawodach, a istnieje tylko dlatego, że połączył się z kółkiem miłośników shougi. Niezrażona tym faktem bohaterka, wspólnie z innym pierwszoklasistą, prawdziwym fanatykiem stride’u, Takeru Fujiwarą, postanawiają ocalić klub. Jako że podstawowym problemem jest niedobór zawodników, Nana i Takeru próbują namówić innych uczniów do wstąpienia do kółka, zaś ich pierwszą ofiarą pada energiczny i wysportowany Riku Yagami. Czy dzięki zapałowi i ciężkiej pracy klubowym świeżynkom uda się przywrócić utraconą chwałę drużynie Honan?

Prince of Stride: Alternative to interesujący eksperyment, który nie do końca się udał, ale trudno uznać go za porażkę. Zacznijmy od tego, że anime jest częścią większego projektu, obejmującego także grę otome, mangę oraz powieść. Dzięki skomplikowanym powiązaniom między poszczególnymi tworami, serii udało się uniknąć kilku niezwykle irytujących wad, obecnych w ekranizacjach gier dla pań. Poza tym bardzo wyraźnie widać, że osoby pracujące nad produkcją w równie dużym stopniu co grą czy powieścią, inspirowały się innym anime o podobnej tematyce, a mianowicie słynnym Free!. Twórcy nie wstydzą się tej inspiracji, o czym świadczy wielokrotne puszczanie oka do widza – co więcej, Takeru to biegający hołd dla Haruki, a i u pozostałych panów znalazłoby się kilka cech upodabniających ich do pływających kolegów z KyoAni. Ale wracając do meritum, fabuła przyjemnie zaskakuje poukładaniem i spójnością – po pierwszych zapowiedziach spodziewałam się czegoś w stylu Tennis no Ouji­‑sama, potem do fanów dotarła informacja, że w serii ma się plątać jakaś pojedyncza dziewoja, a w ogóle to całość będzie ekranizacją gry. Tak, to jest ten moment, kiedy w mózgu nawet średnio przytomnej miłośniczki przystojnych panów zapala się czerwona lampka. Nie czarujmy się, na palcach jednej ręki można policzyć serie tego typu, które mają chociaż cień sensu i nie są tylko galerią bishounenów nadskakujących nudnej, nijakiej i zahukanej pannicy. Tymczasem Taku Kishimoto oraz Atsuko Ishizuka poszli zupełnie inną drogą, zepchnęli Nanę na drugi plan, całkowicie (no, może nie do końca, ale o tym za chwilę) zrezygnowali z wątków romansowych i skupili się na sporcie, pakując w anime jak najwięcej emocjonujących wyścigów.

Dwanaście odcinków poświęconych biegającym chłopcom to wcale nie tak mało, szkoda jednak, że pod koniec sportową formułę zastąpiono czymś, co w założeniu miało być chyba okruchami życia doprawionymi szczyptą dramatu. Problem polega na tym, że ktoś pomylił rzeczoną szczyptę z wiadrem… Nadmierne przeżywanie pewnych rzeczy, wydarzeń i emocji nie jest niczym nowym w historiach o nastolatkach, ale linia, za którą pewne rzeczy zamiast wzruszać, śmieszą, jest bardzo cienka. Twórcy Prince of Stride: Alternative przekroczyli ją i zaserwowali widzom żenujące widowisko, pełne przewrażliwionych, straumatyzowanych sierotek, duszących się w melodramatycznym sosie. Co prawda wszystko to było do przewidzenia, ponieważ pewne sygnały dało się dostrzec już na początku, ale optymistycznie założyłam, że po bandzie jechać nikt nie będzie. Myliłam się. Gdyby twórcy zdecydowali się pomęczyć tylko jednego bohatera, nie byłoby tragedii, rzecz w tym, że dostało się wszystkim pierwszoklasistom, nawet drugoplanowej Nanie, do tej pory pełniącej rolę raczej pomocniczą. Kolejnym gwoździem do trumny okazał się wątek pseudoromantyczny, który wyskoczył pod koniec niczym filip z konopi i zupełnie zbił mnie z tropu.

O tym, że seria będzie skierowana głównie do pań, było wiadomo od początku, skoro jednak zdecydowano się umieścić w obsadzie dziewczynę, uznałam, że jakikolwiek fanserwis męsko­‑męski, o ile w ogóle się pojawi, będzie miał wydźwięk raczej komediowy. Tymczasem to, co ma miejsce w ostatnich odcinkach, najlepiej opisuje znienawidzone przeze mnie słowo „bromance”, acz zachowanie panów nie pozostawia wielkiego pola do popisu wyobraźni. Nie to, że jestem przeciwna takim wątkom, ale tak jak od każdych innych wymagam, by miały jakieś uzasadnienie fabularne, były zakotwiczone w opowieści – tutaj zaś mają formę jajka­‑niespodzianki, niezbyt smacznego i z dziadowską zabawką w środku. Od biedy można to potraktować jak niezamierzony żart, acz wyraz zdziwienia pozostaje przez chwilę na twarzy zdezorientowanego widza. W sumie cały finał jest odrobinę z sufitu wzięty i nijak ma się do raczej ciepłej i zabawnej reszty. Nagle bohaterom nic nie wychodzi, po kolei popadają w stan odrętwienia i tracą wiarę we własne umiejętności. Oczywiście w końcu wychodzą z dołka, ale jakoś tak bez polotu i konceptu.

Zresztą to nie jedyny zarzut względem finału. Warto wiedzieć, że fabuła kręci się wokół turnieju stride’u, nazywanego End of Summer. Drużyna Honan musi przejść przez eliminacje i kolejne etapy rywalizacji, by w końcu mieć szansę powalczyć o puchar. Przeciwników jest całe mnóstwo, mniej lub bardziej sympatycznych i zapadających w pamięć, a każda grupa ma jakiegoś asa w rękawie. Naturalnie nie mogło zabraknąć motywu odwiecznych rywali – dla chłopaków z liceum Honan jest to drużyna Saisei lub inaczej Galaxy Standard, czyli zgraja uroczych, chociaż odrobinę ekscentrycznych sportowców­‑celebrytów. Panowie mają okazję spotkać się kilka razy, a ich wyścigi zawsze prezentują się emocjonująco, do tego stopnia, że gdy pod koniec pojawiają się nowi, nieprawdopodobnie silni przeciwnicy, ich rywalizacja z Honan wydaje się nieciekawa i pozbawiona jakiejkolwiek iskry. Tym samym napięcie w końcówce zamiast rosnąć, spada. Inna sprawa, że czego by nie zrobił scenarzysta, i tak nie przebiłby wcześniejszych starć z licealistami z Saisei.

Mimo wszystko nie uważam czasu poświęconego serii za stracony. Chociaż w fabułę wpleciono kilka zbędnych i jakościowo słabych ozdobników, anime pozostaje całkiem zgrabnie poprowadzoną sportówką. Ponieważ mamy do czynienia z krótką produkcją, nikt nie bawił się w nadmierne przeciąganie wyścigów, dzięki czemu naprawdę trudno im zarzucić coś poważnego. Różne były trasy i rywale, dlatego nie ma mowy o powielaniu jakiegoś schematu. Pod tym względem Prince of Stride: Alternative naprawdę miło mnie zaskoczyło. Ba, zmieściły się nawet migawki z treningów, przybliżające widzowi postępy młodych zawodników oraz prezentujące pogłębiającą się więź między członkami drużyny Honan.

Niestety pierwowzór zaważył na bohaterach, raczej płaskich i niezbyt zapadających w pamięć. To właśnie ten element czerpie najwięcej z gry. Chociaż oglądałam anime dość uważnie, nawet teraz nie jestem w stanie nazwać wszystkich biegaczy liceum Honan, zwłaszcza że pierwsze, co przychodzi do głowy, to ich wygląd. Wyjątkiem jest Nana, ale tylko dlatego, że to jedyna dziewczyna w obsadzie (pomijam pojawiającą się sporadycznie siostrę jednego z panów). Generalnie postacie to zbiór ulubionych cech młodych fanek gier otome – jest słodki blondynek o dziewczęcej urodzie; milczący, zawsze opanowany senpai; energiczny i godny zaufania senpai; uroczy, nieco trzpiotowaty kolega; wesoły okularnik i oczywiście ekscentryczny, chłodny Takeru, będący kolejnym wcieleniem Haruki. Cóż, chłopcy są przystojni, słodcy i godni podziwu, a ich problemy zazwyczaj mocno wydumane, ale dają się lubić. Niestety po zakończeniu seansu szybko ulatują z pamięci. Jeszcze gorzej ma się sprawa ich rywali, czyli kolorowej, ale całkowicie anonimowej masy. Twórcy bardzo starali się, by przeciwnicy wyróżniali się jakoś, dlatego każdego obdarzyli widowiskową umiejętnością lub charakterystyczną cechą, problem polega na tym, że na niewiele się to zdało. Nawet zawodnicy Saisei są dla mnie bezimienni, a jedyną rzeczą, jaka mi się z nimi kojarzy, jest fakt, że jak nie biegają, to śpiewają. Nie powiem, pozostałe drużyny ślicznie prezentują się w czołówce, mają ciekawe dresy, ekstrawaganckie fryzury i dosłownie ociekają zajedwabistością, ale to by było wszystko. Ot, piękne i barwne wydmuszki, mające cieszyć oczy (i tylko oczy) spragnionych doznań estetycznych fanek.

Projekty postaci to lep na żeńską część publiczności – bishounenów tu od groma, we wszystkich kolorach tęczy, wysokich, niskich, dobrze zbudowanych i wręcz androgynicznych, długowłosych i krótkowłosych… Rzecz w tym, że producenci nie sypnęli forsą tak hojnie, jakby sobie studio życzyło. Efekt jest taki, że na fajerwerki starczyło tylko w zapowiedzi i pierwszym odcinku, potem zrobiło się najwyżej poprawnie. Nie ukrywam, że początkowo byłam święcie przekonana, że wszechobecny intensywny niebieski stanie się znakiem rozpoznawczym tego anime. Byłby to naprawdę interesujący zabieg graficzny, dodający obrazowi charakteru i wyróżniający go z morza innych. Wielka szkoda, że ten piękny błękit rozmył się i stracił na sile już w drugim odcinku. W ogóle spadek jakości był znaczny i widoczny na pierwszy rzut oka. Żeby oddać studiu sprawiedliwość, trzeba wspomnieć o tym, że wyścigi starali się robić uczciwie. Przez większość czasu wyglądają dynamicznie i z przytupem, nie zabrakło popisów akrobatycznych oraz efektownych pojedynków ulicznych. Ale im bliżej końca, tym słabsza animacja i częstsze próby zaoszczędzenia. Doskonale widać to w ostatnim odcinku, gdzie zbliżenia twarzy czy przypadkowe ujęcia miejskich krajobrazów nagminnie przerywają relację z wyścigu. Pojawiają się również wpadki anatomiczne i zwyczajna niestaranność. Mimo to serię ogląda się przyjemnie i bez większych zgrzytów – kolorystyka jest żywa, ale nawet jeśli graficy łączą barwy przeciwstawne, robią to umiejętnie, dzięki czemu całość nie razi kiczem i nie wypala oczu. Tła są przyjemne, w zależności od sytuacji dosyć szczegółowe (podczas wyścigów) lub przeciętne, pozbawione rysu indywidualnego (sceny rodzajowe). Seria nie jest brzydka, ale zdecydowanie nie spełnia pokładanych w niej nadziei.

Podobne wrażenie robi ścieżka dźwiękowa, chociaż czołówka (Strider's High) i piosenka towarzysząca napisom końcowym (Be My Steady) są wyjątkowo udane. Tę pierwszą wykonuję zespół OxT, a drugą Galaxy Standard, czyli seiyuu podkładający głosy członkom grupy. Warto wiedzieć, że panowie śpiewają jeszcze jedną piosenkę, na zakończenie serii. Znawca ze mnie żaden, ale wspomniane utwory idealnie pasują do anime, są pełne energii, mają dobry rytm (faktycznie nieźle by się przy tym biegało) i co ważne, zostały ładnie wykonane, a w przypadku seiyuu wcale nie jest to normą. Na dodatek animacje towarzyszące openingowi i endingowi także udały się studiu Madhouse – wyszły efekciarskie, barwne i co najważniejsze, w ciekawy sposób prezentują bohaterów. Nieco gorzej wypadła reszta kompozycji, zupełnie nijaka, będąca jedynie tłem dla wydarzeń i w ogóle niezauważalna. Sporo tu taniej elektroniki, wykorzystanej bez jakiegokolwiek pomysłu, od czasu do czasu wspomaganej fortepianem i smętnymi smyczkami. Uciechę będą za to mieli fani znanych aktorów głosowych, których w produkcji nie brakuje. Naturalnie ze względu na typ przeważają panowie, a wśród nich sporo gwiazd, takich jak: Daisuke Ono, Junichi Suwabe, Ryouhei Kimura, Mamoru Miyano czy Takahiro Sakurai. Nanę także zagrał nie byle kto, bo Kana Hanazawa.

Prince of Stride: Alternative to całkiem solidna i sprawnie zrealizowana seria sportowa, niepotrzebnie „wzbogacona” o okruchy życia. Wyścigi, treningi i wątki związane z lekką atletyką naprawdę przypadły mi do gustu. Żałuję tylko, że zabrakło czasu i miejsca na pogłębienie relacji między bohaterami, a zdecydowanie było co pogłębiać, biorąc pod uwagę, jak niekiedy skomplikowane więzy łączą niektóre postaci. Na plus należy zaliczyć za to brak klasycznego romansu – nikt nie łazi za Naną i nie wlepia w nią cielęcego wzroku. Zresztą działa to i w drugą stronę – panienka jest pełnoprawnym członkiem drużyny Honan i stara się przede wszystkim, doskonalić swoje umiejętności. Ostatecznie wstąpiła do klubu, bo zakochała się w dyscyplinie, a nie w jednym z zawodników. To wyjątkowo miła odmiana po tych wszystkich pustogłowych i bezużytecznych dziewojach, obdarzonych jedynie złotym serduszkiem i pełnych dobrych chęci. Strona techniczna może nie zachwyca, ale też nie straszy, jest na czym zawiesić oko i kiedy ma być efektownie, to zazwyczaj jest. Ot, kolejne zgrabnie zrobione „patrzydło”, które nie obraża inteligencji widza, za to potrafi pozytywnie zaskoczyć pomysłowością. Pewną przeszkodą dla niektórych widzów może być męsko­‑męski fanserwis, ale do yaoi, a nawet shounen­‑ai jeszcze trochę anime brakuje, tak że proszę się przedwcześnie nie zrażać. Może nie jest to dzieło wybitne, ale jak na serię powiązaną z grą randkową jest wręcz znakomicie.

moshi_moshi, 3 kwietnia 2016

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Madhouse Studios
Autor: Kadokawa Games
Projekt: Kanako Nono, Kokunen Ou
Reżyser: Atsuko Ishizuka
Scenariusz: Taku Kishimoto

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Prince of Stride - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl