Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

4/10
postaci: 5/10 grafika: 7/10
fabuła: 3/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

5/10
Głosów: 11 Zobacz jak ocenili
Średnia: 4,55

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 215
Średnia: 6,2
σ=2,04

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Enevi, Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Koutetsujou no Kabaneri

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2016
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Kabaneri of the Iron Fortress
  • 甲鉄城のカバネリ
zrzutka

Steampunkowa apokalipsa zombi w feudalnej Japonii. Da się? Cóż…

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Gdy świat opanowały hordy krwiożerczych potworów przypominających zombi, których serca otoczone są stalowymi pancerzami, maleńkie wyspiarskie państewko zaczęło się przygotowywać na nadchodzący kataklizm, wykorzystując wszelkie nowinki techniczne, jakie tylko przypłynęły z kontynentu. W ten sposób w Japonii powstały wielkie miasta­‑twierdze połączone siecią trakcji kolejowych, po których poruszają się opancerzone pociągi, będące jedynym w miarę bezpiecznym środkiem transportu. Mija dwadzieścia lat od momentu wycofania się ludzi z otwartych terenów, a kolejne wieści o upadających bastionach cywilizacji nakręcają spiralę nieufności i wszechobecną paranoję. Wszyscy żyją w strachu i pragną jedynie spokoju, mało kto myśli o czynnej walce z potworami, są jednak wyjątki. Jednym z nich jest młody robotnik, Ikoma, który w wolnym czasie opracowuje w domowym zaciszu prototyp broni, mogącej przynieść przełom w walce z zombi. Chłopak nie ma jeszcze pojęcia, że ponurą, choć w miarę spokojną codzienność jego miasta zmieni przyjazd dwóch pociągów, w tym Koutetsujou, którego dwójka tajemniczych pasażerów z jakichś względów jest zwolniona z obowiązkowej inspekcji…

Świat opanowany przez potwory i ludzie ukryci w wielkich twierdzach to motyw, który już przynajmniej kilka(naście, dziesiąt?) razy pojawił się w najróżniejszych anime, a że jest stosunkowo popularny i stwarza ogromne możliwości, sięgają po niego kolejni twórcy. A nuż uda im się wyhodować kurę znoszącą złote jajka. Koutetsujou no Kabaneri jest projektem oryginalnym, ale chyba nikt nie ma wątpliwości, że do zrodzenia się jego pomysłu przyczynił się sukces animowanej ekranizacji równie popularnej mangi Atak Tytanów. Pracujący w studiu Wit, odpowiedzialnym za adaptację powyższego tytułu, wpadli po jakimś czasie na pomysł, że czemu by nie iść za ciosem i nie stworzyć czegoś w podobnej konwencji, skoro ma szansę się spodobać widzom i, co najważniejsze, sprzedać. Czemu nie? Cóż…

Wsiąść do pociągu byle jakiego…

Aż chciałoby się zaśpiewać wyrwany z kontekstu refren piosenki Maryli Rodowicz, mimo że początkowe projekty i materiały promocyjne dawały nadzieję na rzecz niezbyt oryginalną czy ambitną, ale ciekawą i wykonaną z odpowiednim rozmachem. Jak jednak wiadomo, zapowiedzi potrafią być zwodnicze. W czym właściwie tkwi problem z tym anime? Prościej byłoby napisać, w czym nie tkwi, ale może przejdźmy do rzeczy.

Umiejscowienie akcji w nieco alternatywnej, ale jednak historycznej rzeczywistości ma swoje wady i zalety. Zaletą czy raczej ułatwieniem dla twórców jest to, że sporo wątpliwości dotyczących mechaniki świata łatwo rozwiać, bo wystarczy odwołać się do wiedzy powszechnej, co z kolei sprawia, iż ograniczonego czasu antenowego nie trzeba wykorzystywać na przekazywanie widzom podstawowych informacji. Zawsze mogą doczytać przecież na stronie oficjalnej, a w sumie wystarczy orientować się nieco w historii Japonii i prawach, jakimi rządzą się opowieści z gatunku apokalipsy zombi, żeby samemu sobie sporo dopowiedzieć. Wady pojawiają się w momencie, gdy ekipa produkcyjna chce zaszaleć i nie robi sobie nic z praw fizyki czy elementarnej logiki.

Sama koncepcja zrobienia z hołdującej tradycyjnym wartościom feudalnej Japonii kraju na poziomie technologicznym klasycznego steampunku było posunięciem ryzykownym, ale na pierwszy rzut oka wyszło nieźle. Para, dużo pary, opancerzone pociągi i wielkie, poprzecinane olbrzymimi rurociągami miasta – wizja ciekawa i przede wszystkim świeża. Niestety, „na pierwszy rzut oka” jest w tej kwestii kluczowym sformułowaniem, ponieważ początkowo wyglądające na solidną i ciężką konstrukcję miasta i pociągi, okazują się wykonane z papieru. Już pomijam niedopowiedzenia, bo tych jest sporo (kto np. utrzymuje całą infrastrukturę w tak dobrym stanie, skoro ludzie prawie nie wyściubiają nosa z twierdz?), gorzej, że im dalej pociąg jedzie, tym wyraźniej widać brak konsekwencji w kreacji świata i to, że całość jedynie udaje steampunk (podejrzewam, że sporo osób miało wątpliwości już przy łuku parowym, ale wierzcie mi, to jeszcze nic). A że twórcy do tej mieszanki wybuchowej stopniowo zaczynają wrzucać elementy zupełnie niepasujące do konwencji, byleby tylko iskrzyło? Cóż…

Nie dbać o bagaż…

Teoretycznie można by przymknąć oko na poszczególne niedorzeczności i absurdy świata przedstawionego, gdyby scenariusz trzymał się kupy, a wartka akcja rekompensowała konstrukcyjne braki. Początkowo przyjęcie takiej postawy przychodziło mi z prawdziwą łatwością (i nawet przyjemnością), bo kolejne walki czy raczej rzeźnie zombi/ludzi były na tyle efektowne, że bez problemu zapominałam o, bądź co bądź, widocznych jak na dłoni wadach. Potencjał rozrywkowy seria miała ogromny, ale dosyć szybko wyszło na jaw, że historia ma niewiele do zaoferowania poza sieczkami, które wraz z kolejnymi odcinkami robią się coraz bardziej powtarzalne, nudne i właściwie nie wiadomo, czemu mają służyć, poza zademonstrowaniem, jacy to niektórzy są „cool”. Owszem, pierwsze odcinki skupiają się na pokazaniu codziennego życia bohaterów, którym wytyczono co prawda mglisty, ale jednak cel podróży (chyba nikt nie ma wątpliwości, że akcja nie będzie się toczyć w jednym mieście i coś zmusi bohaterów do wyruszenia w drogę na pokładzie tytułowego pociągu). Z czasem jednak widz zaczyna sobie zadawać pytanie „ale co, oni tak będą jechać, jechać i jechać? A gdzie fabuła? Jakiekolwiek konkrety?”.

Nie wiem, czy ktokolwiek spodziewał się, że w dwunastu odcinkach można zamknąć spójną i przemyślaną serię o walce z zombi, wykorzystując przy tym pseudonaukowe tłumaczenia. Jeśli tak, to muszę was zmartwić; problem potworów jest permanentny i właściwie nikt nie szuka sposobu, jak się ich pozbyć, bo wszyscy są zajęci walką o przetrwanie w nieprzychylnej człowiekowi rzeczywistości. W sumie nie byłby to zły pomysł, nie każda postać musi być superbohaterem i życie typowych ludzi w nietypowych okolicznościach też daje spore możliwości… Trzeba tylko wiedzieć, jak je wykorzystać.

Mniej więcej do połowy serial nie olśniewa, ale jest znośny i mimo widocznej powtarzalności oraz masy absurdów można mieć nadzieję, że jedzie jeszcze z nami konduktor. Potem jednak na scenę wkracza „fabuła” i cały potencjał ulatuje jak para z komina, a konduktor z maszynistą zostają z premedytacją wyrzuceni z pociągu w głęboką przepaść. Próba stworzenia jakiejkolwiek intrygi czy konkretów zabiła wszelkie nadzieje, jakie można było jeszcze pokładać w tym anime, a twórcy chyba mieli błędne przekonanie, że widz nie dostrzeże ukrytych w oparach niedorzeczności. Odniosłam nieodparte wrażenie, że scenarzyście przyświecała idea „Bardziej i Więcej” bez względu na konsekwencje, jakie niesie to dla i tak już od początku mocno nadwyrężonej wiarygodności scenariusza. Rozmach okazał się zdecydowanie za duży, a dziury fabularne zieją i straszą. Nawet nie chodzi o tak podstawowe sprawy, jak chociażby pochodzenie zombi – twórcom bardzo często zdarza się w imię taniego efekciarstwa podważać nie tylko logikę i zdrowy rozsądek, ale również zasady, które sami wprowadzają … Nieścisłości można by wyliczać prawie w nieskończoność, ale ograniczyłam się do ogólników na wypadek, gdyby po lekturze ktoś chciałby jednak doświadczyć seansu na własnej skórze.

Nie macie też co liczyć na chociażby przymknięty finał, bo ekipa co prawda z gracją słonia w składzie porcelany rozprawiła się z problematyczną intrygą, ale na dobrą sprawę nijak nie wpłynęło to na ogólny stan fabuły i większość istotnych wątków zostawiono rozgrzebanych. Chyba że twórcy liczą na kłęby dymu, które rzekomo miały przysłonić również pozostałe wady historii.

…nie dbać o bilet…

Początkowo również bohaterowie zapowiadali się całkiem nieźle, choć na pierwszy rzut oka można już stwierdzić, że to zbiory dobrze znanych schematów. Ikoma to wyjątkowo zdeterminowany młody człowiek, który jednak, w przeciwieństwie do wielu innych sobie podobnych postaci, swoje słowa może poprzeć czynami, bo posiada odpowiednią wiedzę i umiejętności. Nie uciekniemy co prawda od płomiennych monologów, zapewnień i obietnic, ale mają one odzwierciedlenie w rzeczywistości i chłopak mimo wszystko całkiem twardo stąpa po ziemi. Promieniująca na kilometr dobrocią oraz delikatnością młodziutka córka wysoko postawionego władcy feudalnego, Ayame Yomogawa, na którą niespodziewanie spada wielka odpowiedzialność, też wychodzi z ram schematu i stara się pełnić rolę liderki. Podobnie wierny jej samuraj, Kurusu – z początku służbista, który nad zdrowy rozsądek przedkłada zasady, stopniowo zmienia swoje nastawienie do otoczenia.

Towarzysząca im obsada, na którą składają się przeróżne jednostki, raz lepiej, raz gorzej spełnia swoje zadanie, ale nikt nie wychodzi poza wytyczone granice i przyznaną rolę. Właściwie pomijając Ikomę (i jeszcze dwie postaci, ale o nich za chwilę), nie dowiadujemy się o bohaterach nic poza tym, co zostaje pokazane na ekranie. Z jednej strony to dobrze, bo to tylko dwanaście odcinków i próba nakreślenia zbyt wielu postaci mogłaby się zakończyć katastrofą, ale jednak przydałoby się kilka dodatkowych szczegółów, zwłaszcza w przypadku osób mających nieco więcej do powiedzenia w pokazanej historii. Cóż, nieważne, jak bardzo bohaterowie starają się zabłysnąć, twórcy z niemal wszystkimi rozprawiają się równie skutecznie, dokonując zbiorowej amputacji mózgu w imię pożądanego efektu fabularnego. Naprawdę dawno już nie widziałam, żeby obsada stadnie ogłupiała i to w tak widowiskowy sposób.

Wisienką na torcie jest antagonista, który podobnie jak cała intryga, do reszty bohaterów pasuje jak pięść do nosa. W jego przypadku (chyba) próbowano stworzyć nie do końca jednoznaczną postać z bardzo ekstremistycznymi zapędami i usprawiedliwiającą je tragiczną przeszłością. Jak zwykle przedobrzono, więc w efekcie schemat schematem schemat pogania, zaś momentami próbuje się z delikwenta robić niespełnionego filozofa…

Jeśli jesteście już po seansie i czytacie ten tekst, to może wydać Wam się dziwne, że w powyższych akapitach pominęłam dosyć istotny szczegół. Szczegół, który nazywa się Mumei (czyli po naszemu „Bezimienna”) i jest w zasadzie główną bohaterką. Zostawiłam ją sobie na deser, ponieważ znacząco wyróżnia się na tle pozostałych (acz to wyjątek potwierdzający regułę…). Dziewczynka jest niesamowicie utalentowana w walce, silna, pewna siebie, a przy okazji wyszczekana i zaskakująco dziecinna, co w sumie nie powinno dziwić, zważywszy na to, że ma jedynie dwanaście lat i jest najmłodszą członkinią głównej obsady. Nie czyni to jej z miejsca sympatyczną postacią, bo nie wątpię, że znajdzie się sporo widzów, którym Mumei będzie działać na nerwy. W przeciwieństwie jednak do reszty, jej irracjonalne zachowania, naiwność i lekkomyślność można wytłumaczyć czymś więcej niż kaprysami twórców, a wspomniany wyżej wiek usprawiedliwia niektóre, wydawałoby się skrajnie nieodpowiedzialne czy głupie posunięcia. Czyni to z protagonistki jedyną postać, która nie dynda na sznurkach scenariusza, a to w przypadku Koutetsujou no Kabaneri spore osiągnięcie, zasługujące na osobną wzmiankę. Gorzej, że jak wspomniałam powyżej, dobre wytłumaczenie wcale nie oznacza, że polubimy ją jako osobę. A szkoda…

Ściskając w ręku kamyk zielony…

Z technicznego punktu widzenia seria prezentuje się dobrze, choć da się wskazać kilka słabszych elementów. Bez wątpienia na plus można policzyć ładne projekty postaci, pomysłowe i logicznie zaprojektowane wyposażenie (z pominięciem pojedynczych wyjątków i późniejszych wynalazków w ogóle), bogatą kolorystykę oraz szczegółowe i po prostu śliczne tła. Może nie wszystkie dynamiczne sceny są równie efektowne, ale ich animacja jest porządna i przez cały serial zachowuje względnie równy poziom, a krzywe ujęcia zdarzają się stosunkowo rzadko. Twórcy nie stronili od pokazywania przemocy i choć nie jest to seria z cyklu „ręka, noga, mózg na ścianie”, to obawiający się cenzury widzowie mogą odetchnąć z ulgą, bo krwawych scen będzie w sam raz. Z drugiej jednak strony studio Wit zdążyło już przyzwyczaić widzów do licznych statycznych plansz w trakcie scen akcji, które dla niepoznaki epileptycznie się trzęsą. W oczy rzuca się również zastosowanie komputerów, bo tak animowane elementy to nie tylko drobne szczegóły w tle, ale również znacznie większe obiekty, których sam projekt dodatkowo zastanawia…

Udźwiękowienie nie wybija się ponad przeciętną, ale muzyka skomponowana przez Hiroyukiego Sawano dobrze podkreśla (obecny jedynie na początku) klimat anime, a choć pan ma na koncie znacznie efektowniejsze ścieżki dźwiękowe, również na tej płycie można znaleźć lepsze kawałki. Moimi bezapelacyjnymi faworytami są Warcry w wykonaniu często współpracującego z kompozytorem mpi oraz ending, Ninelie z wokalem Aimer (w towarzystwie Chelly z zespołu Egoist, który wykonuje opening do serii) i Through My Blood w jej wykonaniu. Warto odnotować, że główne role powierzono początkującym lub rzadziej grającym pierwsze skrzypce seiyuu (może z pominięciem Maayi Uchidy i kilku innych nazwisk), którzy spisali się naprawdę dobrze i z niecierpliwością czekam na ich kolejne występy.

…patrzeć, jak wszystko zostaje w tyle…

Nie spodziewałam się po Koutetsujou no Kabaneri objawienia czy nie wiadomo jakich cudów, ale zapowiedzi sugerowały wykonaną z rozmachem i może nawet nieco szaloną rozrywkę z feudalną Japonią i zombi w tle. Byłam nastawiona jak najbardziej pozytywnie i na pewno miałam wobec serii minimalne oczekiwania. Niestety potencjał rozrywkowy po drodze został koncertowo zmarnowany i wykopany na tory, gdzie przejechał go jakiś zagubiony skład. Pociąg ostatecznie się wykoleił i mimo że tragedii nie ma, to źle jest na pewno, zaś ogrom zniszczeń każdy oceni według własnego uznania. Teoretycznie można sobie zadać pytanie, co by się zmieniło, gdyby było więcej odcinków, twórcy zrezygnowali z „intrygi”, wykopali antagonistę i skierowali fabułę na zupełnie inne tory. Niestety gdybać można, ale faktycznego stanu to na pewno nie zmieni. Generalnie seansu nie polecam, chyba że macie ochotę na niezamierzoną komedię, która pod koniec robi się naprawdę głupia, a co gorsza próbuje udawać, iż jest inaczej. A, no i koniecznie niech będzie to seans grupowy, bo samemu można odpaść, a w kupie zawsze raźniej. Po tych, którzy nie mieli względem serialu żadnych oczekiwań, całość spłynie jak po kaczce. A co mają zrobić ci, którzy obejrzeli i są zawiedzeni? Cóż, proponuję patrzeć, jak wszystko zostaje w tyle i zapomnieć, bo na pewno trafią się lepsze anime.

Enevi, 9 lipca 2016

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Wit Studio
Projekt: Haruhiko Mikimoto, Ippei Gyoubu, Shinobu Tsuneki, Yasuyuki Ebara, You Moriyama
Reżyser: Hiroyuki Tanaka, Tetsurou Araki
Scenariusz: Ichirou Ookouchi
Muzyka: Hiroyuki Sawano

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Koutetsujou no Kabaneri - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl