Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Otaku.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

4/10
grafika: 5/10
muzyka: 3/10

Ocena redakcji

4/10
Głosów: 2 Zobacz jak ocenili
Średnia: 3,50

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 54
Średnia: 6,72
σ=1,99

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Karo)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Isekai wa Smartphone to Tomo ni

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2017
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • 異世界はスマートフォンとともに.
Postaci: Magowie/czarownice; Pierwowzór: Powieść/opowiadanie; Miejsce: Świat alternatywny; Inne: Harem, Magia
zrzutka

Deus ex machina w krainie fabularnych szablonów.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Nieprawdą jest popularne twierdzenie, jakoby motyw bohatera trafiającego do innego świata zdominował japońską animację ostatnich lat. W równym natężeniu występuje on w anime od kilku dekad, będąc punktem wyjścia dla historii czerpiących z wszelkich gatunków – od serii przygodowych i romansów (Magic Knight Rayearth, Fushigi Yuugi, Inuyasha), po te wymykające się jasnym klasyfikacjom (Ima, Sokoni Iru Boku). Nawet Spirited Away, przez wielu uważane za magnum opus Hayao Miyazakiego, to nic innego jak krytykowany dziś za powtarzalność „inny świat”. Zbyt dużym uproszczeniem jest samo identyfikowanie motywu z japońską popkulturą. Równie dobrze sprawdza się on w produkcjach zachodnich, wśród których odbiorca z niemal każdej grupy docelowej może znaleźć coś dla siebie. Jego popularność nie dziwi, ponieważ nie tylko jest przydatny dla wielu konwencji, ale też znacznie ułatwia pracę scenarzysty, w szczególności mniej doświadczonego. Umieszczenie protagonisty w nieznanym mu środowisku i prowadzenie narracji z jego perspektywy często usprawiedliwia bezpośrednie objaśnienia, które w innym wypadku należałoby wpleść w prezentowane wydarzenia.

Faktem jest natomiast, że ostatnimi laty motyw ten przybrał w anime (tudzież w stanowiących ich pierwowzory mangach i light novel) postać bardzo charakterystyczną i nigdzie indziej dotąd niespotykaną. Przede wszystkim uległ pewnej schematyzacji. W wielu przypadkach podróż do innego świata została ograniczona do roli inicjatora fabuły, który z czasem przestaje być istotny. Można odnieść wrażenie, że pojawia się tylko z powodu wyżej opisanych korzyści narracyjnych i nie służy rozwojowi historii. Rzadziej występują wątki powrotu do domu czy interakcji obu światów, w starszych seriach często będące na pierwszym planie. Ponadto nieodłączne dla motywu stały się elementy zwiększające jego przystępność: protagonista everyman, szablonowi bohaterowie poboczni, nastawienie na akcję i przygodę, duże znaczenie wątków miłosnych, chronologiczna poprawność ukazywanych zdarzeń, wizualna neutralność, brak pretekstów do interpretacji wykraczających poza fabułę itp. Ustalił się też sposób kreowania klimatu takich produkcji, polegający na umiejętnym wyważeniu komizmu i dramaturgii.

Mamy więc swoisty popkulturowy fenomen: fabularny motyw, jeszcze kilka lat temu sprawdzający się w różnych konwencjach, przekształcił się w powszechnie utrwalony w świadomości odbiorców, odrębny gatunek. Od czasu swojej trudnej do ustalenia genezy był on oczywiście urozmaicany, choć zawsze chodziło wyłącznie o kosmetyczną zmianę pojedynczych elementów – rozbudowanie charakteru bądź motywacji protagonisty, nadanie mu dodatkowych umiejętności, zabawę z zasadami działania fikcyjnego świata, pójście bardziej w stronę dramatu lub komedii itp. Nieraz słyszało się o rzekomej rewolucji, ale w rzeczywistości zawsze mieliśmy do czynienia z regresem – wzięciem wielofunkcyjnego motywu i wtłoczeniem go w gatunkowe rygory. Ponieważ może się wydawać, że do opisywanego zjawiska mam negatywny stosunek, zaznaczę, że uważam je za równie fascynujące, co trudne do jednoznacznej oceny. „Prościej” nie znaczy „gorzej”, a popularność tego pseudogatunku przyczyniła się do powstania kilku wartościowych serii rozrywkowych, które w innych okolicznościach nie miałyby szansy zaistnieć. Nie da się jednak zaprzeczyć, że za jej sprawą ukazały się też tytuły przeciętne lub naprawdę kiepskie i te niestety, w moim odczuciu, przeważają.

Isekai wa Smartphone to Tomo ni zapowiadało się na kolejną pozbawioną oryginalności próbę uzyskania korzyści z popularności trendu. Pewnie nigdy nie przyszłoby mi do głowy poświęcać czas na seans, gdyby nie zauważone gdzieś fragmenty pierwszego odcinka, które z miejsca zyskały moje zainteresowanie, choć może lepszym określeniem byłoby – wprawiły mnie w osłupienie. W otwierającej scenie widzimy rozmowę Boga z japońskim licealistą o imieniu Touya Mochizuki. Wszechmogący wyjaśnia rozmówcy, że ten został uśmiercony omyłkowo zrzuconym z nieba piorunem i ponieważ nie może wrócić do ziemskiej egzystencji, zostanie wskrzeszony w innym świecie. Dodatkowo jako rekompensatę otrzyma zwiększoną sprawność fizyczną i intelektualną oraz cały arsenał magicznych umiejętności. Może też zatrzymać od teraz samoładujący się smartfon. Tak wyposażony Touya trafia do anonimowej krainy fantasy, gdzie wieść ma życie wolne od trosk. To wszystko. Nie ma żadnej fabularnej czy charakterologicznej nadbudowy. Nie ma kolizji światów, czasoprzestrzennego kryzysu, tyrana zagrażającego magicznej krainie lub zagadkowego przeniesienia, zostawiającego pole do spekulacji. Bohater nie jest wybrańcem, entuzjastą jakiejkolwiek dyscypliny ani nawet postacią mającą przeszłość i charakter. Dostajemy minimum informacji, wyjaśniających jednak wszystkie ewentualne wątpliwości. Przy takim zawiązaniu historii potencjalny widz ma dwa wyjścia: albo stwierdzić, że japońscy twórcy przekroczyli kolejną granicę w dziedzinie chodzenia na łatwiznę, albo zacząć doszukiwać się jakiegoś artystycznego uzasadnienia. Skłonność do nadinterpretacji sprawiła, że wybrałem drugą opcję.

Kolejne odcinki prezentują się… nietypowo. Protagonista szybko odkrywa, że dzięki boskiej ingerencji został niedoścignionym mistrzem w absolutnie wszystkich dziedzinach. Innymi słowy: stał się chodzącym deus ex machina, zdolnym rozwiązać każdy problem bez najmniejszego wysiłku. Gdy pojawia się dowolnego kalibru zagrożenie, Touya prawie zawsze ma w zanadrzu odpowiednie zaklęcie. Jeśli nie, sprawę załatwia losowy artefakt, uzyskany z czegokolwiek za pomocą czaru transmutacji. Bohater posiada też zdolność teleportacji na dowolną odległość, a łącząc swoje moce ze smartfonem, może wykrywać i unieszkodliwiać wrogów w zasięgu wielu kilometrów. Magiczna aura pozwala mu zjednywać sobie najpotężniejsze duchowe chowańce, zwiększona sprawność fizyczna pozostawać nietkniętym w pojedynkach, a inteligencja rozwiązywać zagadki kryminalne metodami graniczącymi z telepatią. Anime nie wyjaśnia chyba tylko, czy potrafi on podróżować w czasie i wskrzeszać zmarłych, ale podejrzewam, że i z tym nie byłoby problemu.

Na podobnej zasadzie działa cały świat przedstawiony. Gdy bohaterowi brakuje pieniędzy, za pierwszym zakrętem znajduje się sympatyczny zleceniodawca lub kupiec pragnący nabyć przypadkowy przedmiot za niebotyczną sumę. Na każdym kroku pojawiają się niczym nie zapowiadane zagrożenia, zawsze łatwe do wyeliminowania i ostatecznie dające korzyści. W każdym zaułku czeka atrakcyjna dama w opałach, a jej uratowanie inicjuje prosty ciąg zdarzeń prowadzących do kolejnej damy w opałach. Każdy napotkany monarcha ma spiskowca do wykrycia lub krewnego do wyleczenia, a także uroczą córkę gotową oddać się osobie rozwiązującej problemy rodzica. Zbyt liczny harem również nie przysparza trudności, ponieważ w magicznym świecie poligamia jest na porządku dziennym. Anime praktycznie nie ma fabuły i przypomina bardziej adaptację yonkomy niż light novel. Co rusz pojawiające się wątki prawie nigdy nie znajdują rozwinięcia, a jedynym czynnikiem determinującym chronologię jest liczba bohaterek towarzyszących protagoniście. Całą tę wizualizację przechodzenia nudnej gry RPG na kodach oglądałem z niesłabnącą uwagą, tym większą, kiedy zacząłem dostrzegać jakiś sens. Pod względem nagromadzenia uproszczeń seria była czymś, z czym się dotąd nie spotkałem, ale jej ogólne założenia wydawały się bardzo znajome. Za nic jednak nie potrafiłem ich skojarzyć z konkretnym tytułem, pomimo świadomości, z jakiego rodzaju szablonem mam do czynienia.

Isekai wa Smartphone to Tomo ni jest parodią, ale nie w klasycznym rozumieniu. Niewiele tu humoru słownego czy sytuacyjnego, mało która scena ma puentę. Nie jest to też autoparodia, bazująca na zgrywach z własnej niedoskonałości. Próba zakpienia z braku oryginalności popularnych motywów? Bliżej, ale też niezupełnie o to chodzi. Jest to utwór przypominający Kieszonkowy komputer dreszczowców science fiction Gahana Wilsona – ogólny schemat biorący daną konwencję i obrazujący jej ograniczenia. Tak jak Wilson swoim rysunkiem z 1971 roku zadrwił z szeroko pojętej fantastyki naukowej, tak tutaj autorzy, świadomie lub nie, zadziałali na mniejszą skalę, szydząc z nie do końca zdefiniowanego gatunku, obecnego w anime od kilku lat. Chodzi o wykazanie wtórności nie tyle fabularnych wątków czy charakterów postaci, co zupełnych podstaw tego typu produkcji – ich metod wpływania na odbiorcę i oczekiwań, jakie kreują. Isekai wa Smartphone to Tomo ni to „inny świat” w stanie surowym, pozbawiony elementów urozmaicających przekaz, za to karykaturalnie wyolbrzymiający wszelkie uproszczenia. Szablon, jaki prawdopodobnie ma w głowie większość twórców takich historii, zanim zaczną wzbogacać go o autorskie pomysły. Sprowadź moce bohatera do wracania po śmierci: otrzymasz Re:Zero. Zamień alternatywny świat na wirtualną rzeczywistość: dostaniesz Sword Art Online. A gdyby protagoniście dać nieograniczone możliwości, w ogólnym przebiegu fabuły nie zmieniłoby się absolutnie nic, najwyżej droga co celu byłaby mniej emocjonująca. Każdy z tych tytułów zawiera bowiem zestaw identycznych założeń, których nie jest w stanie przekroczyć, nie stając się niewygodnym dla odbiorcy. Główny bohater nie może nieodwracalnie zginąć w połowie historii, narracja trwale zmienić punku widzenia, a fabularny wątek zostawić wymagających interpretacji niedopowiedzeń. Z tego punktu widzenia Isekai wa Smartphone to Tomo ni traktować można zarówno jako kpinę z gatunku, jak i swoisty utwór bez autora, w całości ukształtowany przez grupę docelową.

Czy zatem mamy tu błyskotliwą satyrę na lenistwo twórców, którą każdy miłośnik anime powinien znać? Oczywiście nie, bo choć autorom udał się znakomity żart, to zabrakło inwencji, aby go rozwinąć. Oglądanie, jak wszechmocny bohater obnaża kolejne gatunkowe schematy, początkowo może być zabawne, jednak szybko zaczyna nudzić. Pomysł wypala się po kilku odcinkach, gdy Touya, zamiast zaskakiwać coraz bardziej absurdalnymi rozwiązaniami, znajduje zestaw ulubionych zaklęć, sprawdzających się w każdej sytuacji. Kiedy poszerzanie wiedzy o świecie staje się zbędne, w miejsce krótkich, niepowiązanych wątków pojawiają się dłuższe, ale nie bardziej rozbudowane, co skutkuje drastycznym spadkiem tempa akcji. Wówczas twórcy próbują ratować się w najgorszy możliwy sposób, odchodząc od nietypowej parodii i idąc w klasyczną komedię. Nagle klimat serii wyraźnie się zmienia, a zgrywy z konwencji zastępują żenujące gagi, bazujące na eksponowaniu majtek i porównywaniu biustów. W niedługim czasie udaje się poniżyć wszystkie bohaterki, co jest na swój sposób imponujące, zważywszy na to, że każdą określa dokładnie jedna cecha charakteru i trudno uznawać je za pełnoprawne postacie. Najbardziej niepokojąco robi się natomiast pod sam koniec, gdy wprowadzony zostaje poważniejszy wątek zwiastujący kontynuację. Nie wiem i nie chcę wiedzieć, jaka fabuła może powstać na takich fundamentach.

Gdybym miał Isekai wa Smartphone to Tomo ni porównać do innego anime, pierwsze nasuwa się Kono Subarashii Sekai ni Shukufuku o!. Obie serie można uznać za próbę odświeżenia gatunku, polegającą na ograniczeniu złożonych wątków i skupieniu się niemal wyłącznie na aspektach komediowych. Jest to jednak bardzo pobieżne porównanie. KonoSuba to pełnoprawna komedia opierająca się na relacjach bohaterów. W treści nigdy nie wykracza poza świat przedstawiony i gra zgodnie z jego zasadami. Isekai wa Smartphone to Tomo ni tymczasem wyśmiewa założenia swojego uniwersum, będąc pewnego rodzaju komentarzem na ich temat. Odpowiedniejsze wydaje się więc zestawienie z takimi tytułami jak One­‑Punch Man i Mob Psycho 100, również ośmieszającymi ustalenia gatunku, poprzez ich wyolbrzymienie. Dopiero tutaj można mówić o różnicach jakościowych. Odpowiedzialny za komiksowe pierwowzory tamtych produkcji ONE korzysta z podobnych rozwiązań, ale świadome powielanie fabularnych schematów nie przeszkadza mu wprowadzać autorskich pomysłów. Przede wszystkim w jego utworach nie brakuje zastosowań dla mocy głównego bohatera. Choć napotykane problemy nie wzmagają dramaturgii, zawsze są zaskakujące. Co więcej, protagoniści nie są wybitni w absolutnie wszystkich dziedzinach. Mają niedoskonałości i problemy, dzięki czemu można ich scharakteryzować, a nie traktować wyłącznie jako instrumenty ułatwiające narrację. Towarzyszy im też masa niekolidujących z funkcją parodii urozmaiceń w rodzaju barwnych postaci drugoplanowych i kuriozalnego świata przedstawionego. A jakby tego mało, serie te wyróżnia oryginalna i dopracowana oprawa audiowizualna.

Bo Isekai wa Smartphone to Tomo ni wygląda zupełnie przeciętnie. Monotonna, pastelowa kolorystyka, tła wyprane z detali, twarze bez głębszej ekspresji i sceny akcji pozbawione ciekawej choreografii potrafią usypiać. Magiczny świat prezentuje się jak pierwsze lepsze fantasy. Mnóstwo tu identycznych lasów, zamków i smoków, za to brak jakichkolwiek charakterystycznych elementów. Protagonista przez większość czasu nosi ten sam biały płaszcz, a bohaterki sprawiają wrażenie przerysowanych z podręcznika dla początkujących twórców haremówek. Do nielicznych plusów zaliczyć można niemal całkowity brak widocznych efektów komputerowych, często nadużywanych w podobnych niskobudżetowych produkcjach. Grafice nie da się też odmówić spójności. Nic się tutaj nie wyróżnia – ani pozytywnie, ani negatywnie. O muzyce natomiast jestem w stanie napisać tylko, że gdyby jej nie było, prawdopodobnie nie wyczułbym różnicy. Oczywiście takiej oprawy dałoby się bronić twierdzeniem, że obraz i dźwięk celowo są równie szablonowe, co scenariusz, ale to byłaby już chyba zbyt daleko idąca interpretacja.

Zdaję sobie sprawę, że pisząc powyższy tekst, prawdopodobnie mocno wybiegłem poza faktyczne intencje twórców recenzowanego tytułu. To jednak niezbywalny przywilej każdego odbiorcy kultury – korzystać z interpretacyjnych inspiracji i w odpowiednich utworach doszukiwać się treści, które niekoniecznie tam są. Frajdy, jaką dały mi pierwsze odcinki tej serii, nic mi nie odbierze. Mam przy tym świadomość, że nie każdy lubi sobie umilać czas lekturą naukowych publikacji z dziedziny narratologii, a analiza dzieła na poziomie samej kompozycji niekoniecznie brzmi jak dobra zabawa. Czy zatem Isekai wa Smartphone to Tomo ni nadaje się dla bardziej wymagających widzów? W dalszym ciągu może to być niezła rozrywka dla osób lubiących śmiać się z niekompetencji scenarzystów. W tym przypadku zalecam jednak oglądanie w niewielkich ilościach, gdyż nadmiar może szybko zmęczyć. Ponadto odnoszę wrażenie, że seria ma szansę stać się ciekawsza z upływem lat. Schematy powielane w anime ciągle ewoluują, a niewiele jest produkcji, które gromadziłyby je i wyolbrzymiały równie intensywnie, jak ta. W przyszłości może ona zatem posłużyć jako historyczna ciekawostka – kapsuła czasu dla aktualnych trendów. Każda z proponowanych strategii odbioru zakłada wyjście poza sam utwór i skupienie się raczej na jego procesie produkcyjnym lub sposobie oddziaływania na widza. Bez jakiegokolwiek dystansu, angażując się w fabułę i poczynania bohaterów, Isekai wa Smartphone to Tomo ni bowiem oglądać się nie da – nieważne czy jest to świadomy zabieg, czy efekt nieudolności autorów.

Karo, 7 grudnia 2017

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Production Reed
Autor: Patora Fuyuhara
Projekt: Eiji Usatsuka, Masahiro Sekiguchi, Miyako Nishida, Toshihide Matsudate
Reżyser: Hiroyuki Yanase
Scenariusz: Natsuko Takahashi
Muzyka: Exit Tunes

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Isekai wa Smartphone to Tomo ni - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl