Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Komikslandia

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 7/10 grafika: 7/10
fabuła: 10/10 muzyka: 5/10

Ocena redakcji

8/10
Głosów: 2 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,50

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 42
Średnia: 8,05
σ=1,09

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Karo)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Sayonara no Asa ni Yakusoku no Hana o Kazarou

Rodzaj produkcji: film
Rok wydania: 2018
Czas trwania: 115 min
Tytuły alternatywne:
  • Maquia: When the Promised Flower Blooms
  • さよならの朝に約束の花をかざろう
zrzutka

Prawdziwy fenomen dzisiejszych czasów: oryginalny film fantasy, nie tylko twardo trzymający się reguł gatunku, ale i poruszający z ich pomocą ciekawe zagadnienia.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Enevi

Recenzja / Opis

W dzisiejszych czasach taka produkcja jak Sayonara no Asa ni Yakusoku no Hana o Kazarou ma co najmniej dwie znaczące zalety: jest mediewistycznym fantasy i nie jest isekajem. Już otwierająca film sekwencja dosadnie uświadamia, jak trudna jest to konwencja oraz dlaczego tak wielu korzystających z niej autorów ułatwia sobie zadanie, dodając motyw innego świata. Kiedy bowiem widz poznaje historię i zwyczaje żyjącej w izolacji długowiecznej rasy Iorfów – najpierw poprzez wewnętrzny monolog należącej do tej społeczności głównej bohaterki Maquii, a dalej poprzez dialog postaci wyjaśniających sobie kwestie dla nich oczywiste – od razu orientuje się, o ile byłoby to bardziej wiarygodne, gdyby informacje kierowano do jakiegoś przybyłego z zewnątrz japońskiego nastolatka.

Na szczęście twórcom udało się ograniczyć negatywne skutki tych potrzebnych do zawiązania akcji kompromisów, głównie dzięki świadomości podstawowej funkcji gatunku, którą nie jest jałowe światotwórstwo, ale poruszanie ogólnoludzkich zagadnień za pomocą środków niedostępnych realistycznym konwencjom. Wstępny opis uniwersum, choć nieco zbyt bezpośredni, nie marnuje czasu na drobiazgowe przedstawianie technologii, geopolityki czy anatomii fikcyjnych ras i dotyczy tylko faktów niezbędnych dla późniejszej opowieści. Ostatnim fragmentem mogącym budzić obawy co do ogólnej jakości filmu jest pierwszy fabularny zwrot, kiedy ojczyznę Iorfów atakują żołnierze ekspansywnego królestwa Mezarte celem pojmania kobiet, a następnie wymuszenia małżeństw mających zapewnić koronie długowiecznych potomków. Chwilę po tych wydarzeniach – ukazanych pospiesznie i opartych na odrobinę naciąganych zbiegach okoliczności – widzimy, jak cudem zbiegła Maquia trafia do wymordowanej przez bandytów wioski, gdzie znajduje ocalałe ludzkie niemowlę, które postanawia wychować. Szablonowy wstęp wieńczy plansza tytułowa – dalej jest już tylko lepiej.

Największą zaletą reszty filmu jest znakomite tempo, wynikające z narracyjnej komplementarności czasu fizycznego i czasu wyobrażonego. Z jednej strony historia relacji Maquii i jej przybranego syna Ariela, a także konfliktu ocalałych Iorfów i Mezarte, rozpisana jest na okres kilkudziesięciu lat, obejmując ogrom współzależnych przemian obyczajowych, przewrotów politycznych i ewolucji charakterów. Z drugiej, ukazywana jest poprzez pojedyncze, oddzielone w czasie wycinki, które, nie licząc efektownej kulminacji, dotyczą przede wszystkim życia codziennego i utrzymane są w przyziemnym, refleksyjnym tonie. Wielowątkowość fabuły sprawia, że film jest odpowiednio angażujący, a dzięki niespieszności w bezpośrednio prezentowanych wydarzeniach nie wydaje się tematycznie przeciążony.

Taka narracja nie jest niczym nowym. Jest ona wręcz najsensowniejszą opcją, gdy trzeba opowiedzieć historię rozgrywającą się na przestrzeni wielu lat i spora część, choćby hollywoodzkich produkcji – Brokeback Mountain, There Will Be Blood czy Boyhood – korzysta z jej rozmaicie modyfikowanych wariantów. Tu jednak dochodzimy do niuansów, a konkretnie do wspomnianego na początku świadomego użycia środków dostępnych w przypadku obranego gatunku. Umieszczenie w centrum akcji bohaterki niewrażliwej na upływ czasu znacząco zmienia wydźwięk takiej opowieści. Nie tylko wzbogaca ją o samonasuwające się komplikacje emocjonalne i obyczajowe, ale też ukierunkowuje uwagę widza, który nie mogąc oszacować mijających lat na podstawie aparycji pierwszoplanowej postaci, musi to robić, posiłkując się wyglądem jej otoczenia, lub w ogóle w oderwaniu od obrazu – wyłącznie na podstawie relacjonowanych przez bohaterów wydarzeń. Strategia ta wydaje się szalenie ryzykowna, zwłaszcza że twórcy w żaden sposób nie ułatwili sobie zadania, np. poprzez zastosowanie plansz informujących o lokalizacji i dacie. Mimo to, ten potencjalny chaos cały czas jest w pełni zrozumiały, głównie dzięki mocnemu akcentowaniu najważniejszych zwrotów akcji, ale też za sprawą zużywających się rekwizytów czy scenografii, która w trakcie filmu przechodzi z wymyślnego high fantasy w coś zahaczającego o uprzemysłowiony renesans.

Fabuła i narracja są więc bez zarzutu, ale jak wypada towarzysząca im treść? Przyznam, że pod tym względem byłem sceptycznie nastawiony. Czytając przed seansem opisy, obiecujące historię miłości niedoświadczonej matki do przybranego dziecka, spodziewałem się ckliwego panegiryku głoszącego, że „macierzyństwo jest trudne” – kto by pomyślał. Szczęśliwie scenariusze anime piszą mądrzejsi ode mnie ludzie, którzy z tak truistycznego zagadnienia uczynili punkt wyjścia do rozważań dużo bardziej uniwersalnych i niejednoznacznych. Choć film najwięcej czasu poświęca ukazaniu rodzicielskich uczuć, to w szerszym ujęciu opowiada przede wszystkim o przemijaniu. Jest to przemijanie dotyczące wielu aspektów: od biologicznych i emocjonalnych po społeczne, ustrojowe i światopoglądowe. Przemijanie przedstawione w sposób zaskakująco bezstronny, mówiący zarówno o nieuchronności śmierci i akceptowaniu straty, jak i o tym, że żadne działanie nie pozostaje bez konsekwencji, a jeden pesymistyczny koniec może nieść z sobą wiele optymistycznych początków.

Wątek relacji Maquii i Ariela obejmuje przyziemny, osobisty wymiar zagadnienia; wątek konfliktu Iorfów i Mezarte odnosi się do większej skali. Doniosłe, historiozoficzne starcie „starego” z „nowym” również uosabia dwóch bohaterów: kierowany zrozumiałą obsesją ratowania resztek godności swojej rasy iorficki wywrotowiec Krim oraz dowodzący wojskami agresora generał Izol, rozdarty między bezwzględnym patriotyzmem a własnym sumieniem i empatią. Scenariusz odwleka ich bezpośrednią konfrontację, zatem stanowią oni przede wszystkim ideologicznych oponentów, wpływających na siebie poprzez długofalowe skutki podejmowanych decyzji. W centrum konfliktu znajduje się natomiast Leilia – dziewczyna z długowiecznego ludu zmuszona do urodzenia następcy tronu wrogiego państwa. Mimo tak niewdzięcznej roli nie jest ona fabularnym rekwizytem, ma wyraźnie zarysowany charakter i ambicje, a jej wątek w zestawieniu z wątkiem Maquii wzbogaca tematykę rodzicielskiej miłości, nie poprzez bezrefleksyjną pochwałę, ale jako pretekst do rozważania różnic dzielących behawioralne i biologiczne macierzyństwo. Przy całym tym bogactwie treści film ma drobne problemy z rozłożeniem akcentów. Nadaje postaciom indywidualne maniery, ale ostatecznie czyni z nich głównie scenariuszowe nośniki określonych idei; najwięcej czasu poświęca przemijaniu w wymiarze osobistym, ale jako puentę obiera wyjęty z Tolkiena cytat o końcu pewnej ery. Biorąc jednak pod uwagę ogrom poruszanych zagadnień, ich finalna koherencja jest więcej niż satysfakcjonująca.

Za scenariusz odpowiada ceniona w branży Mari Okada, która tutaj debiutuje również na stanowisku głównego reżysera. Co prawda w przemyśle anime nie ma chyba obecnie scenarzysty bardziej zaangażowanego w procesy produkcyjne, ale i tak to, jak autorka AnoHana i Hanasaku Iroha wypadnie, mając większą niż zwykle kontrolę kreatywną, było pewną niewiadomą. W pierwszej kolejności należy ją pochwalić za świadomość warsztatu. Artystka ewidentnie czuje się pewniej w operowaniu słowem niż obrazem i daje temu wyraz, poruszając najważniejsze kwestie w dialogach, a efekty wizualne traktując jako urozmaicenie. Wbrew powszechnie powtarzanym, również w moich recenzjach, frazesom o przewadze pokazywania nad mówieniem, w tego typu historii wypada to nadzwyczaj naturalnie, choć oczywiście może budzić niedosyt wynikający z niepełnego wykorzystania języka filmowego. Okada sprawnie zarządza ogólną narracją (wspomniana kontrola tempa i uwagi widza), ale nie kompozycją poszczególnych sekwencji, przez co niektóre rażą zbytnią dosłownością. Kiedy chce przekazać informacje, wkłada je w usta rozmówcom, nie zostawiając pola do spekulacji, a kiedy chce przedstawić emocje, nie robi tego poprzez montaż czy kadrowanie, tylko po prostu każe bohaterom płakać. W tym miejscu trzeba jednak zaznaczyć, że choć autorka określana jest w fandomie mianem królowej melodramatów, to tutaj sceny odwołujące się do najprostszych emocji są właściwie podbudowane i stosowane z umiarem, zatem posądzanie filmu o przesadny dramatyzm byłoby nadużyciem.

Jako stary malkontent ponarzekam za to na technikalia. Film prezentowałby się olśniewająco, gdyby był serią telewizyjną, ale jako kinowa produkcja od uznanego studia nie robi szczególnego wrażenia. Poza tym, że wygląda i brzmi ubogo w porównaniu z takimi hitami ostatnich lat, jak Kimi no Na wa. czy Koe no Katachi, nie zachwyca też postawiony obok np. Toki wo Kakeru Shoujo czy Mukou Hadan, liczących sobie ponad dekadę. Konkretnie zgrzytały mi trzy rzeczy. Po pierwsze, niewielka rozbieżność cyfrowych, pełnych detali scenerii i uproszczonych na rzecz płynności projektów postaci. Po drugie, trójwymiarowe wstawki, widoczne zwłaszcza w scenach wymagających dużej liczby statystów. Oczywiście takie rozwiązania to dziś standard, a w tym przypadku nie uświadczymy topornych brył, o krawędzie których można pokaleczyć rogówkę, niemniej widywałem już seriale, gdzie było to zrealizowane lepiej. Po trzecie – co rozczarowuje najbardziej – skomponowana przez Kenjiego Kawai muzyka. Nastrojowym utworom nie sposób odmówić warsztatowego kunsztu, a w początkowych scenach wypadają one fenomenalnie, ale przez brak wyraźnego charakteru szybko zaczynają się zlewać w monotonny szum. Do mojego folderu z muzyką filmową trafiło tylko wyróżniające się intensywnością Oozora ni Tobi Tatsu, które jednak oderwane od fabuły okazało się już nie mieć takiej energii i po paru odsłuchaniach zupełnie mi się znudziło.

Czepianie się technologicznych szczegółów, bezpodstawne porównania czy narzekanie na muzykę brzmią jak szukanie wad na siłę, ponieważ tak naprawdę trudno tu wskazać pojedyncze mankamenty faktycznie uprzykrzające seans. Niekoniecznie wadą, ale ogólną cechą tej produkcji jest mało filmowy sposób prowadzenia fabuły. Cały czas miałem wrażenie obcowania z wzorową ekranizacją znakomitej powieści, a nie historią napisaną z myślą o języku kina. Jak wcześniej wspomniałem, formuła ta zrealizowana jest nadzwyczaj sprawnie i niektórym otaku animacji może się wydać wręcz odświeżająca, niemniej dla osób szukających przede wszystkim doznań audiowizualnych będzie to pewne ograniczenie.

Przyznaję, że do Sayonara no Asa ni Yakusoku no Hana o Kazarou podchodziłem bez entuzjazmu. Trudna konwencja, brak sprawdzonego pierwowzoru, niekojarzone z produkcjami kinowymi studio, debiutująca na stanowisku reżysera scenarzystka o nierównym dorobku, potencjalnie banalny i ckliwy motyw przewodni… Zbyt wiele kwestii budziło tu obawy. Tymczasem nie dostrzegłem wyraźniejszych oznak problemów realizacyjnych, natomiast większość pułapek wynikających z założeń fabularnych twórcy przekuli na swoją korzyść, zaskakując nietypowym zastosowaniem na pozór ogranych wątków. Niedosyt pozostawia tylko niepełne wykorzystanie języka obranego medium. Wyważone tempo film zawdzięcza kompozycji scenariusza, a drobne gry scenerią, rekwizytami czy kolorem zdają się być niejako samorodnym efektem jego zekranizowania. Poza tym nie ma tu żadnego unikalnego stylu, zapadającego w pamięć i dającego się analizować. Mimo to uważam, że to akceptowalna cena za tak finezyjną opowieść – równie przyziemną i działającą na emocje, co narracyjnie rozbudowaną i skłaniającą do interpretacyjnego wysiłku.

Najlepszą rekomendacją będzie jednak zapewnienie, że jest to pełnoprawne fantasy, wykorzystujące reguły gatunku do przedstawienia ciekawej historii, a nie jako pretekst do eskapistycznego nawalania się mieczami. W dobie dominacji filmowych i książkowych cykli – skupionych na kreowaniu świata i nieraz pozbawionych konkluzji – taki utwór jest cenny, nie tylko dla anime, ale dla ogólnie pojmowanej fantastyki. Choćby z tego powodu warto dać mu szansę.

Karo, 20 sierpnia 2019

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: P.A. Works
Projekt: Akihiko Yoshida, Miki Takeshita, Tadashi Hiramatsu, Takehiro Ishimoto, Tomoaki Okada, Toshiyuki Inoue, Yuriko Ishii
Reżyser: Mari Okada, Toshiya Shinohara
Scenariusz: Mari Okada
Muzyka: Kenji Kawai