Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Studio JG

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

1/10
postaci: 1/10 grafika: 5/10
fabuła: 1/10 muzyka: 4/10

Ocena redakcji

3/10
Głosów: 2 Zobacz jak ocenili
Średnia: 2,50

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 27
Średnia: 6,15
σ=2,4

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Dakaretai Otoko 1-i ni Odosarete Imasu

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2018
Czas trwania: 13×24 min
Tytuły alternatywne:
  • DAKAICHI -I'm being harassed by the sexiest man of the year-
  • 抱かれたい男1位に脅されています.
Gatunki: Romans
Postaci: Artyści, Idole; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Realizm, Shounen-ai/yaoi
zrzutka

Syndrom sztokholmski taki romantyczny.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Poniższy tekst jest niemal dosłowną transkrypcją audiowizualnej recenzji mojego autorstwa, opublikowanej wcześniej na YouTube. Niemal, nie mogłabym sobie bowiem pozwolić na całkowite kopiuj­‑wklej. Zmieniłam też ocenę. Niestety, tanuki.pl stosuje inną skalę. Bez zmian pozostaje natomiast mój stopień irytacji tym tytułem. Nie będę się cackać. Jeżeli nie umiecie przyjąć tego na klatę, sugeruję w tym miejscu przerwać lekturę.

Bohaterami omawianej historii są najgorętsze (podobno) chłopaki w Japonii, a kluczem do zawiązania fabuły jest ranking popularności w jednym z poczytnych magazynów niesubtelnie wzorowanym na „an an”, w tym konkretnym przypadku – ranking na najbardziej pożądanego mężczyznę roku. Bohater numer jeden, Takato Saijou, pięciokrotny z rzędu zdobywca wspomnianego już tytułu (cóż to jednak znaczy przy czternastoletnim królowaniu Takuyi Kimury?), odkrywa, że tym razem przegrał sromotnie, spadając aż na drugie miejsce. Laury zwycięstwa przejął natomiast niejaki Junta Azumaya – wschodząca gwiazda show­‑biznesu i bohater numer dwa. Traf chce, że obaj panowie grają wspólnie w filmie I po spotkaniu organizacyjnym Saijou zostaje wrobiony w wyjście ze swoim młodszym kolegą na drinka, by zacieśniać więzi koleżeństwa. A potem następuje przeskok czasowy i nasz bohater budzi się bez ubrania w obcym łóżku. W łóżku Azumayi, żeby zachować precyzję. A gospodarz nagrywa go komórką. Czy już rozgwizdały się wam w głowach sygnały alarmowe? Tak, to jest właśnie TAKIE yaoi.

Saijou jednak jeszcze o tym nie wie. Gdyby wiedział, czy wydarzenia potoczyłyby się inaczej?

Okazuje się, że na wspólnym wyjściu nasze do niedawna najgorętsze ciacho schlało się i skompromitowało strasznie, demonstrując swoją frustrację z powodu przegranej i ogólną małostkowość, co – oczywiście – również zostało uwiecznione na filmie. Mężczyzna wie, że wypłynięcie takich materiałów mogłoby zaszkodzić jego świetlanej karierze, pyta więc, w prostocie ducha, czego ten drugi chce za wykasowanie nagrania. Zaznacza również, o święta naiwności, że jest gotów zrobić wszystko. Azumaya, w wyniku jakiegoś niezrozumiałego dla mnie procesu myślowego, uznaje, że Saijou chce mu się oddać i, nie zwlekając ani chwili, przystępuje do konsumpcji. A wszystko to z miłości!

W tym miejscu w mandze ma miejsce gwałt, który jest początkiem patologicznej relacji opartej na syndromie sztokholmskim, znaczy wróć – związku Saijou i Azumayi. Tyle mogę wywnioskować z przekartkowania materiału źródłowego. W anime zaś, to niesłychane, do gwałtu nie dochodzi! Wygląda to mniej więcej tak, że roznamiętniony Azumaya na chwilę traci werwę i pozwala swojej ofierze vel ukochanemu się wymknąć, a potem długo w noc dobija się do zabarykadowanych drzwi. Cóż powstrzymało tę buchającą parą (dosłownie) lokomotywę namiętności? Stawiam na nagły atak biegunki.

Co się jednak odwlecze, to nie uciecze, jak mówi przysłowie. Azumaya nie ma zamiaru rezygnować ze swoim praw wobec Saijou i „zerwanie owocu miłości” ma miejsce już najbliższej nocy po zakończeniu zdjęć. Również nie całkiem po woli pana uke. A potem następnej nocy, i następnej, i jeszcze następnej, albowiem chuć Azumayi jest niespożyta, a protesty do niego nie docierają. Jakie zresztą znaczenie ma odmowa, kiedy się kocha tak bardzo? A Saijou ostatecznie i tak przecież zawsze ulega, więc wszystko gra! Tylko że wcale nie. Przez kilka pierwszych odcinków podziwiamy „docieranie się” bohaterów, co owocuje niezliczonymi przerywnikami na jakąś bardziej lub mniej fetyszystyczną zagrywkę. Jak chociażby oblewanie się miodem. Każdy, kto kiedykolwiek miał do czynienia z tą szlachetną substancją, wie zapewne, że jest ona raczej lepka. Nie potrzeba więc zbyt wielkiego zaangażowania wyobraźni, by zrozumieć, że nie sprawdzi się jako lubrykant. Zniszczy za to tapicerkę mebli i przyciągnie niejedno z dryfujących w powietrzu piórek, których to anime jest pełne. Myśląc o tym, mam jednocześnie odruchy wymiotne i głupawkę. Ale to jedynie uwaga na marginesie. Anime to ma też szereg innych, znacznie poważniejszych problemów.

Twórcy wyraźnie podjęli pewne próby ucieczki przed kliszą „przez gwałt do miłości”, nie są jednak w tym konsekwentni. Jeśli od początku chcieli wprowadzać cenzurę, powinni byli wybrać inny tytuł. Umówmy się, w tej historii poza wyuzdanym seksem nic się nie dzieje. Twórcy zaś nie tylko usunęli pierwszy, najbardziej malowniczy gwałt, ale zdecydowali się też nie pokazywać bezpośrednio jakichkolwiek penetracji, ejakulacji i rytmiki zbliżeń, pozwalając kamerze dryfować po suficie i zakamarkach pokoju. Chodziło prawdopodobnie o to, by seria nadawała się do emisji w telewizji, nie stała się przez to jednak oglądalna, ani, wbrew spotykanym w sieci opiniom, niewinna. Brak penisa na pierwszym planie niczego tutaj nie zmienia. Cała problematyczność tej opowiastki została na swoim miejscu. Seria ciągle jest raczej paskudna, strasznie płytka, okropnie irytująca, a jednocześnie – paradoksalnie – niesamowicie nudna, bo zabrakło materiału na scenariusz. Z tego tytułu sceny są poprzeciągane do nieprzytomności, pojawiają się jakieś zapychacze, komentarz z offu próbuje zastąpić akcję, a ty, widzu, masz wrażenie, że oto życie ucieka ci między palcami. Miałam ochotę jednocześnie kląć na czym świat stoi i ziewać. Gdyby jeszcze bohaterowie to jakoś ratowali, ale niestety… Psychologia postaci leży i kwiczy. Znaczy, pewnie by nie kwiczała, gdyby nie próbowano nam wmówić, że mamy do czynienia z normalnymi ludźmi, a nie osobnikami zaburzonymi.

Saijou, chociaż przedstawiany jest jako przebojowy egocentryk z samooceną wywindowaną pod same niebiosa, to w gruncie rzeczy osobowość zależna i niestabilna. Nie jest w stanie podjąć samodzielnej decyzji, we wszystkim zdaje się na innych i nie umie radzić sobie z sytuacjami, które zaburzają jego poczucie bezpieczeństwa. Jednocześnie, chociaż Azumaya jest tu głównym zagrożeniem, Saijou błyskawicznie się od niego uzależnia i pozwala mu się poniżać. Niby się stawia, niby nie szczędzi obelg, ale kiedy przychodzi co do czego, potrafi tylko się rozkraczyć i zalać łzami. Uznaję oczywiście jego prawo do łez i niestabilności, w końcu jest szantażowaną ofiarą przemocy seksualnej, ale taka sytuacja była zbyt poważna, dodano mu więc tsunderowanie. Tsunderowanie, które w oczywisty sposób ma sprawić, by widownia przestała facetowi współczuć. Wiadomo bowiem, że tsundere może i mówią „nie”, ale myślą „tak”, więc nie ma czym się przejmować. Popłacze trochę i mu przejdzie. I wiecie co w tym wszystkim jest najśmieszniejsze? Tak właśnie się dzieje! Azumayę poznajemy natomiast jako socjopatycznego sadystę z obsesją, niemającego w sobie za grosz empatii. I to byłoby ok, powichrowani bohaterowie są jak najbardziej w porządku, jeśli są prowadzeni konsekwentnie, a tego tutaj niestety zabrakło. Za wszelką cenę próbuje się go nam osładzać wyskakującymi co chwila anielskimi skrzydełkami i ogólną szczeniaczkowatością. Bo on tak naprawdę to w porządku jest. Fajny facet! Coś mi się wydaje, że jeśli jesteś fajny facet, to nie narazisz swojego partnera na dyskomfort i upokorzenie, vide scena w autobusie. Niewinność? Dobre sobie!

W okolicach szóstego odcinka seria robi salto mortale i pojawiają się telenowelowe dramaty. Wyłażą spod podłogi jacyś pożal się Boże rywale do tyłka Saijou, oczywiście stosujący podstęp, przemoc i klasyczny numer z wprowadzeniem w stan upojenia alkoholowego, co jest w tej serii normą. Są również węszący paparazzi, jakieś łzawe retrospekcje, a jako wisienka na torcie odcinek plażowy… Te retrospekcje uważam za szczególnie obraźliwe, bo sugerują one, że każdy z bohaterów coś tam do tego drugiego czuł jeszcze przed rozpoczęciem właściwej historii, nawet jeśli nie do końca to sobie uświadamiał. Mam wrażenie, że to daje logice w pysk, ale może jestem zbyt wymagająca. Najważniejsze przecież, że jest romans, piękna miłość, wirujące piórka i utrwalenie samych najdurniejszych trendów gatunkowych! Co zaś się tyczy paparazzi: trochę się dziwię, że wyciągnięto taki wątek, podczas gdy fakt kompromitujących nagrań z pierwszego odcinka zostaje zamieciony pod dywan. Wiwat pretekstowość! Koniec końców dostajemy po raz kolejny te same wyświechtane schematy, na dodatek pokazane w maksymalnie nieangażujący sposób.

Postacie drugoplanowe to kolejna porażka serii. Jedyna postać, która miała szanse zabłysnąć, skończyła jako element komediowy i jeszcze jedno narządzie fabularne, dołączając do grona innych, sobie podobnych. Wszyscy ci przewijający się na drugim planie ludzie pojawią się wyłącznie po to, by porobić za sztuczny tłum, pozachwycać się Azumayą i/lub Saijou, sprowokować jakąś sytuację, albo dostarczyć coś, co akurat będzie potrzebne, i zniknąć. Są do tego stopnia ważni, że za każdym razem trzeba przypominać ich personalia. To miał być zapewne jakiś rodzaj żartu, ale jakoś mnie nie bawił.

Od strony graficznej seria prezentuje się przeciętnie. Nie jest ani szczególnie okropna, ani zachwycająca. No, chyba że ktoś jest fanem spiczastych podbródków. Najmocniej wbiły mi się w pamięć dziwne, jakby ukośne ujęcia podczas seksu i kilka ładnych ujęć na nocne miasto. W kwestii zaś strony dźwiękowej najlepiej zapamiętałam niezwykle dramatyczny motyw, który pojawił się w trakcie wspomnianej już sceny w autobusie. Opening, wzbogacony niezbyt atrakcyjną dla mnie partią mówioną, przewijałam od pierwszego odcinka, ending natomiast straszył układem tanecznym wykonywanym przez obu głównych bohaterów. Jak zwykle jestem fanką takiego motywu, tak tutaj po prostu nie mogłam patrzeć. Sama nie wiem, czy bardziej dlatego, że nie znoszę tych dwóch, czy dlatego, że wyglądało brzydko.

Seria na pewno komuś się spodoba, bo wszystko ma jakichś fanów, ale ja mogę tylko odradzać. Koleżanki fudziosie, zróbcie sobie przysługę, dla ekscytujących momentów i prawdziwej chemii między bohaterami obejrzyjcie jakąś sportówkę.

tamakara, 8 stycznia 2019

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Clover Works
Autor: Hashigo Sakurabi
Projekt: Minako Shiba
Reżyser: Naoyuki Tatsuwa
Scenariusz: Yoshimi Narita
Muzyka: Masaru Yokoyama