Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Yatta.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 6/10 grafika: 7/10
fabuła: 5/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 5 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,80

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 31
Średnia: 6,35
σ=1,09

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

No Guns Life

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2019
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • ノー・ガンズ・ライフ
Tytuły powiązane:
Widownia: Seinen ; Postaci: Androidy/cyborgi , Przestępcy ; Pierwowzór: Manga ; Miejsce: Japonia ; Czas: Przyszłość
zrzutka

Cyberpunkowa klasyka. Złe korporacje, niebezpieczne technologie i ponure miasta.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Przed laty, gdy cyberpunkowe klimaty częściej pojawiały się w kinematografii, a fani mogli przebierać w tytułach zarówno animowanych, jak i aktorskich, wydawać się mogło, że złota era będzie trwała wiecznie. Już w połowie lat 90. XX wieku okazało się, że jak każda moda, ta również zaczęła przemijać i mimo chwilowych powrotów zakończyła erę królowania Łowcy androidów, Ghost in the Shell czy nawet Ality. Mimo tych trudności gatunek przetrwał, ewoluując nie tylko w bardziej klasyczne odmiany fantastyki naukowej, ale też przypominając o swych korzeniach w okazjonalnych próbach nostalgicznego nawiązywania do dawnej świetności.

No Guns Life na każdym kroku zdaje się czerpać z bogatego doświadczenia wielu podobnych produkcji, nakręconych może i z mniejszym rozmachem oraz w epoce zgoła odmiennej, ale stanowiącej niewyczerpane źródło pomysłów. Łączy je okazjonalnie z tradycjami filmów hardboiled, wybierając wątki, co jest o tyle rozsądnym posunięciem, iż przez lata twórcy zdołali nie tylko zaprezentować rozmaite ciekawe sposoby na ujęcie znanego motywu, ale też popełnić masę grzechów. Oprócz kultowych pozycji kręcono wszak dziesiątki tandetnych klonów, które każdy szanujący się autor powinien przejrzeć, by uniknąć powtórki. Dlatego też Tasuku Karasuma w komiksowym pierwowzorze, a z nim wykonawcy wersji animowanej, zdają się trzymać bezpiecznej wizji, nie proponując przełomowych rozwiązań.

Najbardziej wyróżnia się sylwetka głównego bohatera, zmęczonego „detektywa”, który zamiast głowy ma gigantyczny rewolwer, i który w zapomnianej przez Boga dzielnicy prowadzi swoje biuro, rozwiązując problemy sprawiane przez sobie podobnych mechanicznie usprawnionych obywateli. Akcja dzieje się bowiem, co nie powinno dziwić, w świecie wstającym z kolan po wielkiej wojnie, gdy to rozmaite modyfikacje ciała pozwalają ludziom dokonywać niesamowitych czynów, usprawniając produkcję, dając nadzieję niepełnosprawnym oraz inwalidom wojennym, lub zwyczajnie służąc do realizacji próżnych zachcianek. Ponieważ nowe zdolności tyczą się także przestępców i zwykłych szumowin, Juuzou Inui nie narzeka na brak zleceń od osób prywatnych i wielkich firm. Relatywnie spokojne i uporządkowane życie bohatera przerywa pojawienie się nietypowego klienta – monstrualnego jegomościa skrywającego Wielką Tajemnicę.

Początkowe kilkanaście odcinków przygotowanych na potrzeby pierwszego sezonu zaledwie kładzie podwaliny pod główny wątek fabularny i przedstawia poszczególnych bohaterów. Krótsze epizody poświęcone są towarzyszom i towarzyszkom Juuzou, od mającej fioła na punkcie modyfikacji lekarki/techniczki, po szefową oddziałów porządkowych zajmujących się oficjalnie utrzymywaniem w ryzach cyborgizowanych obywateli. Powoli przedstawiane są urywki z ich przeszłości i powiązania z protagonistą, jednakże próżno tu szukać krzty oryginalności. W tle przewijają się wątki zaginionych krewnych, opiekuńczych rodziców i samotnych wyrzutków poddanych eksperymentom, co z jednej strony doskonale pasuje do ukazywanego uniwersum i jest zgodne z kanonicznymi założeniami gatunku, ale z drugiej nie budzi żywszych emocji. Kolejne rewelacje traktowałem jak suche fakty, jakkolwiek tragiczne by nie były dla zainteresowanych. Być może przemawia przez mnie znużenie schematami, jednak mimo całej swojej sympatii dla cyberpunku i szerzej pojętego science­‑fiction nie byłem w stanie wyczekująco podchodzić do kolejnych epizodów. Bawiłem się dobrze, ale nie traktowałem sensu jako niczego więcej niż dwudziestominutowego leniwego wyciszenia.

Owa chłodna reakcja zaskoczyła mnie o tyle, iż pod względem budowania świata i podkręcania atmosfery tytuł robi wszystko jak należy. Madhouse jak zawsze potrafi solidnie przyłożyć się do oprawy audiowizualnej i No Guns Life nie jest wyjątkiem. Brudna kolorystyka, niesamowite lokacje i futurystyczne projekty umiejętnie przeniesione z oryginału sprawiają, że miasto żyje i zachwyca w całej swej zgniłej, rdzewiejącej, rozpadającej się urodzie. Monumentalne siedziby wielkich firm i nieskazitelne lica wielkich tego świata tylko podkreślają różnicę pomiędzy dwoma rzeczywistościami, kreując wymagającą, brutalną codzienność. Akcja dziejąca się za dnia ograniczona jest do niezbędnego minimum, a monotonne oświetlenie czyni nocny świat jeszcze bardziej przygnębiającym. Niestety, to wszystko jedynie powielanie schematów, zadowalające pod względem rzemieślniczym, ale nieoferujące wiele więcej i niewykorzystane w żaden interesujący sposób.

Faktyczną władzę w mieście sprawuje na przykład korporacja Berühren, dostarczająca części i leków posiadaczom modyfikacji i stosująca rozmaite nieetyczne praktyki w celu zwiększenia uzależnienia mieszkańców od swoich produktów. Ma także inny, tajemniczy plan związany z nowym wynalazkiem pozwalającym kontrolować mózgi elektroniczne wspomagające ulepszenia, ale na bazie dostępnych dotąd informacji nie wynika to z żadnych wciągających przesłanek. Pojawiają się też rozmaici urzędnicy i policjanci, od skorumpowanych po twardzieli unoszących się honorem i nieprzekupnych za żadną cenę. Są działający w cieniu weterani dawnej wojny niepatyczkujący się w dążeniu do celu, czy wreszcie biedni obywatele skłonni podejmować się okropności dla bliskich. I ponownie, jak trafne i klimatyczne by to nie były motywy, wszystko już było, bez krzty innowacyjności. Najbardziej rzuca się w oczy inspiracja Alitą, momentami wyraźna do tego stopnia, że akcja mogłaby w całości dziać się w Mieście Złomu i nikt nie zauważyłby różnicy. Pomijam drobiazgi pokroju typowej dla Japończyków fascynacji niemieckimi nazwami w produkcjach science­‑fiction, większym problemem jest fakt, że poszczególne postacie, takie jak choćby Colt – bohater jednego z dalszych wątków, są niemal żywcem skopiowanymi bohaterami z mangi Yukito Kishiro. Inspiracje są zresztą liczniejsze, i chyba tylko traktując No Guns Life jak antologię motywów z lat 80. można podejść do tego tytułu mniej krytycznie.

Zastanawiałem się więc, czy wobec tego nie jest to anime skierowane do zupełnie innego grona potencjalnych odbiorców, a mianowicie młodych widzów niezaznajomionych z klasykami pokroju Ghost in the Shell, którzy dzięki tej bardziej współczesnej produkcji mają szansę zainteresować się kultowymi hitami. Faktycznie odbiorca dopiero zaczynający przygodę z gatunkiem będzie się bawił lepiej, ale nawet wówczas dostrzeże kolejne mankamenty anime, utrudniające docenienie tego w dalszym ciągu niezłego kawałka cyberpunkowej rozrywki. Antagoniści, nie tylko Berühren, ale i cała reszta, to w większości niekompetentni partacze, którzy zdają się robić wszystko, żeby tylko dać fory bohaterom, nie wykorzystując ewidentnej przewagi, czy sprzyjających okoliczności. Dla Juuzou większym wyzwaniem jest zużycie części niż większość przeciwników, choć dla podkreślenia efektu dramatycznego niemal po każdej walce jest w stanie sugerującym konieczność kilkumiesięcznej rehabilitacji. W efekcie nie tak łatwo uwierzyć, by bohaterom cokolwiek groziło (pomijając drugoplanowych, ale oni są na tyle nieistotni, że łatwo ich poświęcić w imię rozwoju fabuły).

Co więcej, jak na wprowadzenie do dłuższej serii, pierwsze dwanaście odcinków jest zbyt chaotyczne, a poszczególne wątki mają zbyt epizodyczny charakter. Jak już wspomniałem, anime przedstawia wiele postaci, ale nie poświęca żadnej zbyt wiele uwagi. Informacje są celowo skąpe, a historie przeplatają się w minimalnym stopniu, nie wykazując na tym etapie interesujących związków między sobą. W efekcie czuć pośpiech twórczy wynikający z konieczności upchnięcia w fabule określonej puli bohaterów, paradoksalnie powodujący dłużyzny narracyjne, gdyż liczba motywów nie przekłada się gładko na liczbę odcinków. Tytuł powinien zawierać więcej treści, bo nadużywanie scen będących jedynie klimatycznymi wypełniaczami czasu, nawet najlepiej wykonanymi dzięki fachowości studia Madhouse, szybko nuży i sprawia, że skupienie się na opowieści jest utrudnione.

A jednak, mimo mojego notorycznego zrzędzenia, wobec posuchy na rynku z przyjemnością obejrzę kolejny sezon No Guns Life, zapowiedziany wkrótce po pierwszej serii. Zachowuję pewną rezerwę, mając nadzieję, że opowieść dopiero nabiera rozpędu, a za pozornie banalnymi i powtarzalnymi chwytami kryje się coś więcej. To chyba nie najgorsza rekomendacja, bo jeśli mimo wad tytuł wciąż ma w sobie coś, co zachęca do nieporzucenia go w trakcie, istnieje szansa na poprawę.

Tassadar, 26 stycznia 2020

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Madhouse Studios
Autor: Tasuku Karasuma
Projekt: Juuki Izumo, Kyouko Takeuchi, Masanori Shino
Reżyser: Naoyuki Itou
Scenariusz: Yukie Sugawara
Muzyka: Kenji Kawai