Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Studio JG

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 8/10 grafika: 7/10
fabuła: 7/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

8/10
Głosów: 4 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,50

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 41
Średnia: 7,37
σ=1,51

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Ishuzoku Reviewers

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2020
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • 異種族レビュアーズ
Gatunki: Fantasy, Komedia
Widownia: Seinen ; Postaci: Anioły/demony , Anthro ; Rating: +18 , Nagość , Seks ; Pierwowzór: Manga ; Miejsce: Świat alternatywny ; Inne: Ecchi , Magia
zrzutka

Tak krótka noc, tak wiele powabnych obiektów do recenzji… Czy bohaterowie staną na wysokości zadania?

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Stunk i Zel, z pochodzenia człowiek i elf, to dobrzy kumple, świetni w swoim fachu poszukiwacze przygód oraz (samozwańczy) koneserzy licznych przybytków uciech, których nie brakuje w mieście stanowiącym bazę wypadową dla wielu awanturników. Pewnego dnia dyskusja na temat gustów doprowadza ich do spisania improwizowanych recenzji w celu podsumowania argumentów. Niedługo później okazuje się, że ich opinie żywo interesują także innych śmiałków, zaś pisanie recenzji może stanowić łatwą i przyjemną metodę pozyskiwania dodatkowych funduszy, które można przeznaczyć… Wiadomo, na co. Gdzieś tam w międzyczasie (a dokładniej – w środku dziczy) obaj panowie ratują z opresji niewinnego aniołka, Crimvaela, który szybko staje się trzecim członkiem (żart zamierzony) ekipy recenzenckiej, uzupełnianej okazjonalnie także przez przedstawicieli innych gatunków. Noc jest długa, a burdeli do odwiedzania z pewnością nie zabraknie!

Po tego typu opisie trudno spodziewać się umoralniającej opowieści dla całej rodziny, dlatego o serii zrobiło się głośno, gdy amerykański portal streamingowy, Funimation, postanowił wycofać ją z oferty po zaledwie trzech odcinkach (a niebawem w jego ślady poszło kilka japońskich kanałów telewizyjnych). Internauci drwili, że Funimation ma nadal w swojej bibliotece równie wątpliwe pod każdym względem tytuły, a jako że tu mamy do czynienia z adaptacją mangi, to przecież widziały gały, co brały. O ile pierwszemu z tych argumentów trudno odmówić niejakiej słuszności, o tyle z drugim sprawa nie jest aż taka prosta. W mandze szczegóły, że tak powiem, recenzowanych aktywności często pozostają poza kadrem, obecne jedynie w formie opisu tekstowego. Twórcy anime doszli do zapewne słusznego wniosku, że w ich medium to by się nie sprawdziło, i postanowili pokazywać więcej – a w niektórych przypadkach o wiele więcej niż w oryginale. W efekcie seria zawiera sceny przekraczające (nawet naciągnięte) granice ecchi i kwalifikujące się już całkiem wprost jako erotyka, jeśli nie wręcz soft porno. Tu nie da się „oszukać” jakimiś tam rozbłyskami światła – wersja „cenzurowana” ma wyczernione całe sceny i chwilami wyciszany dźwięk, zaś sens takiego zabiegu pozostawię do rozważenia dla czytelników. Wszystko to jest o tyle istotne, że wywołało pospolite ruszenie samozwańczych obrońców wolności słowa w internecie, którzy hałaśliwie bronili swoich praw do oglądania cyca, a przy tym mało eleganckimi sposobami starali się sztucznie napompować popularność serii. To oczywiście przyniosło jej nie najlepszą sławę obiektu uwielbienia tej grupy fanów, z którą, że ujmę to delikatnie, nie każdy miałby ochotę się identyfikować.

Powyższa dygresja jest istotna o tyle, że moim zdaniem Ishuzoku Reviewers doskonale się bronią i bez takiej „pomocy”. Przyznaję uczciwie, że sięgnęłam po ten tytuł niejako z obowiązku – chciałam ocenić, do jakiego stopnia jest to prymitywna i wulgarna rozrywka, po czym porzucić serię po najdalej dwóch odcinkach. Jak łatwo można wywnioskować z wystawionej przeze mnie oceny, dawno już nie przeżyłam takiego zaskoczenia. Owszem, to jest komedia erotyczna, wypchana seksem i rubasznymi żartami – ale jednocześnie pozostaje lekka, pomysłowa i w zadziwiająco dobrym guście. Większość humoru dotyczy oczywiście sfery wiadomej, ale żarty są zazwyczaj pomysłowe i unikają wulgarności (chyba że dla kogoś wulgarne jest z definicji każde odniesienie do seksu). Pyszną zabawą było dla mnie wysłuchiwanie (bo w anime nie ma mowy o czytaniu) kolejnych recenzji. Jak można się domyślić, mam z tą formą literacką sporo do czynienia i muszę powiedzieć, że bohaterowie Ishuzoku Reviewers są w nich naprawdę dobrzy: w kulturalny, a jednocześnie malowniczy sposób podsumowują swoje doświadczenia i podkreślają swoje zdanie bez uciekania się do wycieczek osobistych czy obrażania osób z innym gustem. Autorzy mangi wyraźnie wiedzą zresztą, co robią – z humorem, ale dobitnie pokazują, dlaczego opinie kogoś uważającego, że każdy recenzowany obiekt zasługuje na najwyższe noty, są bezwartościowe, zaś przy okazji przypominają, że w recenzji istotna jest nie cyferka, a sam opis pozwalający odbiorcy wyciągnąć samodzielne wnioski. Kolejnym typem humoru, jaki znajdziemy w tej serii, są nawiązania do fantasy w ogóle, zaś RPG w szczególności. Od stereotypów dotyczących różnych ras po schematy obecne w hentai osadzonych w tej konwencji – znajdzie się tego sporo. W dodatku świat serii okazuje się naprawdę dobrze przemyślany, a ciekawostki o poszczególnych gatunkach mają sporo (lekko obłąkanego, ale jednak) sensu i spójności.

Można by podejrzewać, że uparcie staram się nie widzieć podstawowej wady, jaką musi mieć ta seria. W ostatnich latach w tytułach przeznaczonych głównie dla męskiej widowni da się zauważyć dwa trendy, które toleruję z konieczności, ale to nie znaczy, że akceptuję. Pierwszym jest wymóg „czystości” bohaterek, zarezerwowanych (na wieczne nieużycie) dla protagonisty i pozbawionych pod groźbą ostracyzmu ze strony fanów prawa nie tylko do wcześniejszych doświadczeń erotycznych, ale nawet romantycznych, ponieważ stają się wtedy nic niewartymi zdzirami. Drugim – motyw, który chciałabym nazywać niszowym albo oznaką lenistwa autorów, a polegający na tym, że protagonista zamiast zjednywać sobie przyszłe towarzyszki, metodą transakcji magicznej lub finansowej staje się po prostu ich właścicielem. Jeśli zestawić te trendy z tematem przewodnim Ishuzoku Reviewers, może zrobić się zimno na myśl, jak to będzie wyglądać w tej serii.

Tymczasem, i piszę to z całą odpowiedzialnością, dawno nie spotkałam tytułu, który do tego stopnia nie byłby seksistowski. Jeśli już, obrywa się tu panom, ponieważ autorzy nie raz wykorzystują okazję, by zakpić z nadmiernie napompowanego męskiego ego lub stereotypowych scenariuszy hentai. Jednak nawet to jest w sposób, który nie powinien nikogo urazić, jako że bohaterowie pozostają sympatyczni, nawet jeśli pewne ich działania bywają nieprzemyślane (dobra rada: nie należy drażnić gatunków blisko spokrewnionych z harpiami). Dziewczęta natomiast są pokazywane w jednoznacznie pozytywnym świetle. Swój zawód wybrały świadomie i wyraźnie go lubią, co nie oznacza, że zatracają się w nieokiełznanej nimfomanii (chyba że wynika to z ich gatunku!) – lubią też uprawiać seks i z reguły czerpią z niego tyle samo, jeśli nie więcej przyjemności niż ich partnerzy. Relacje bohaterów z nimi mają charakter transakcyjny, ale to oznacza, że obie strony szanują się nawzajem – panowie płacą i otrzymują usługę, nie próbując łamać zasad danego przybytku czy awanturować się, jeśli coś nie spełnia ich oczekiwań. Wiem, że to, co piszę, może brzmieć trochę zbyt poważnie, ale jest to istotny aspekt serii. Kolejne odcinki nie pozostawiały we mnie żadnego niesmaku i prawdę mówiąc, odnosiłam wrażenie, że cały motyw wizyt w domach publicznych jest po prostu wygodną wymówką, by pokazać bohaterów uprawiających seks bez zobowiązań i dla przyjemności z różnymi partnerkami, za obopólną zgodą i ku obopólnej satysfakcji.

Zwykle staram się nie doszukiwać przesłania w tytułach o charakterze jednoznacznie rozrywkowym, ale w tym przypadku nie mogłam nie zauważyć, że autorzy w tej zabawnej i pełnej erotyki historii upchnęli bardzo zdrowe przemyślenia. Weźmy taką Mitsue, panią wiadomej profesji, przedstawicielkę rasy ludzkiej w wieku mocno, szczególnie jak na ten zawód, zaawansowanym. W praktycznie każdej innej serii byłaby ona wykorzystywana do powtarzanego żartu „spodziewaliście się powabnej młódki, a widzicie stare próchno” – i na pierwszy rzut oka tutaj jest podobnie. Ale… W klasycznym ujęciu gagu Mitsue czaiłaby się gdzieś w zaułkach dzielnicy uciech i porywała zbyt pijanych lub za mało asertywnych klientów, którzy po fakcie zwiewaliby z wrzaskiem, żeby było śmieszniej. Tutaj natomiast widzimy panią jak na nasze standardy niezbyt pociągającą, ale mającą swoich klientów (i to wcale nie z fetyszem geriatrycznym), pewną siebie i zadowoloną z życia. To tylko jeden z wielu przykładów, jakie Ishuzoku Reviewers pokazuje na potwierdzenie tezy, że piękno jest w oku patrzącego. Ile razy panowie przeżywają z tego czy innego powodu rozczarowanie czy nieprzyjemne zaskoczenie, widzimy też dowody, że po prostu w tym przypadku nie byli w grupie docelowej (a wraz z nimi zazwyczaj widzowie). W żadnym momencie nie miałam poczucia, że pokazywane panie są wykpiwane przez autorów z powodu swoich cech fizycznych czy też charakteru, nawet jeśli wydawałoby się, że będzie to fabularnym samograjem.

Autorzy znają też starą, acz często zapominaną prawdę, że z komedią nie można przesadzać. Stunk i Zel, będący głównymi filarami ekipy recenzenckiej, mają pewne rysy komiczne, ale nie zamieniają się w kompletne karykatury. To dorośli faceci, którzy lubią czerpać z rozkoszy życia pełnymi garściami, ale to nie znaczy, że libido pozbawia ich mózgów (acz czasem potrafi nieco zakłócić osąd sytuacji). Odwiedzane dziewczyny traktują z sympatią, nawet jeśli przybytek nie do końca odpowiada ich upodobaniom; nigdy też nie próbują naginać zasad czy upierać się na coś, co nie jest uwzględnione w danej „usłudze”. Przyjemnym akcentem jest także ich kompetencja jako poszukiwaczy przygód – niby nie ma to kluczowego znaczenia, ale zdecydowanie poprawia odbiór tych postaci fakt, że potrafią coś poza włóczeniem się po dzielnicy czerwonych latarni. Na pewno pomaga także to, że obaj seiyuu mają na koncie spore role, a tutaj wyraźnie doskonale bawią się podczas nagrywania. Junjiego Majimę (Stunk) mogliśmy słyszeć m.in. jako Ryuujiego z Toradora!, Kinjiego z Hidan no Aria czy Ayumu z Kore wa Zombie Desu ka?; Yuusuke Kobayashi (Zel) zagrał m.in. Senkuu w Dr. Stone oraz Subaru w Re:Zero Kara Hajimeru Isekai Seikatsu. Kiedy w pierwszym odcinku pojawił się Crim, obawiałam się, że będzie pełnił rolę obowiązkowego „normalnego” – ofiary żartów, siłą ciągniętej na kolejne eskapady. Szybko się okazało, że chociaż na pierwszy rzut oka brakuje mu samczo­‑przebojowej osobowości pozostałych panów, stanowi ucieleśnienie powiedzeń „cicha woda brzegi rwie” oraz „ciekawość to pierwszy stopień do piekła” i doskonale uzupełnia ekipę o nowy punkt widzenia. Także i w tym przypadku decyzja obsadowa była trafiona w punkt – Miyu Tomita specjalizuje się wprawdzie w rolach żeńskich, ale jej głos potrafi być dostatecznie androgyniczny, by pasował do obupłciowego aniołka. Zabawnym akcentem jest to, że miała już okazję zagrać mieszkańca Niebios, gdy wcieliła się w rolę tytułowej bohaterki Gabriel Dropout.

Głównym ustępstwem projektów postaci na rzecz współczesnej estetyki są – niestety – wszechobecne „błyski” na skórze, których nie lubię, acz zdążyłam do nich przywyknąć. Poza tym kreska kojarzy się raczej ze starszymi seriami, chociaż jest przyjemnie okrągła, a nie kanciasta. Projekty poszczególnych gatunków z jednej strony trzymają się kanonów fantasy, ale z drugiej potrafią być przyjemnie pomysłowe. Warto zauważyć, że nawet jeśli część dziewcząt ma mocno przerysowane proporcje, znajduje to zwykle jakieś wyjaśnienie w ich przynależności rasowej. Seria, jak wspomniałam już wcześniej, w wersji nieocenzurowanej pokazuje bardzo dużo, acz sceny erotyczne są skomponowane ze smakiem i często zacięciem komediowym. Nawet tu jednak chwilami pojawia się autocenzura, zazwyczaj bardzo zabawna, która zdecydowanie nie powinna psuć seansu. Wysiłki animatorów poszły wyraźnie na to, co najistotniejsze, podczas gdy inne sceny są pod względem ruchu raczej oszczędne, acz należy docenić, że z reguły w tle widać jakichś zindywidualizowanych statystów. Muzyka skomponowana przez Kotone Naito dokłada kolejny element komediowy do wielu epizodów. Natomiast utwory towarzyszące czołówce i napisom końcowym zasługują na oddzielną wzmiankę. Szczególnie ta pierwsza pieśń, Ikouze Paradise, w wykonaniu seiyuu głównych bohaterów, ma zaraźliwą melodię z gatunku optymistycznych utworów ku pokrzepieniu serc i przyznam, że zwykle jej nie przewijałam, bo doskonale wprowadzała w nastrój i klimat tego tytułu. Ten sam zestaw śpiewa Hanabira Ondo przy napisach końcowych i również jest to rzecz pełna wdzięku.

Sięgnęłam po tę serię, żeby się zniesmaczyć i narzekać, jak nisko stacza się japońska animacja, a zamiast tego odzyskałam sporo wiary w możliwości twórców z Kraju Kwitnącej Wiśni. Okazało się, że można stworzyć serię pełną pikantnego humoru i jeszcze bardziej pikantnych scen, która będzie z jednej strony autentycznie zabawna, a z drugiej – w całkiem dobrym guście i, używając nowomowy, której w zasadzie nie lubię, sekspozytywna. Nie powiem, że polecam dla każdego, ale jeśli ktoś ma ochotę na dobrą komedię w klimacie fantasy, a jeszcze po to nie sięgnął, zdecydowanie powinien spróbować.

Avellana, 3 maja 2020

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Passione
Autor: Amahara, masha
Projekt: Makoto Uno
Reżyser: Takahiro Majima, Yuuki Ogawa
Scenariusz: Kazuyuki Fudeyasu
Muzyka: Kotone Naito