Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

4/10
postaci: 5/10 grafika: 4/10
fabuła: 5/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

5/10
Głosów: 17 Zobacz jak ocenili
Średnia: 4,65

Ocena czytelników

5/10
Głosów: 83
Średnia: 5,25
σ=2,25

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Avellana)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Demonbane

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2006
Czas trwania: 12×22 min
Tytuły alternatywne:
  • Kishin Houkou Demonbane
  • 機神咆吼デモンベイン
Tytuły powiązane:
Gatunki: Przygodowe
zrzutka

Gdyby Lovecraft był Japończykiem, Necronomicon byłby kawaii dziewuszką. Naprawdę mi nie wierzycie?!

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Mieszkający w mieście Arkham prywatny detektyw Kurou Daijuji – podobnie jak większość prywatnych detektywów w takich opowieściach – z trudem wiąże koniec z końcem. Zlecenia nie pchają się drzwiami i oknami, a nasz bohater gotów byłby podjąć się niemal każdej roboty. Oczywiście w granicach rozsądku. Nawet jeśli jego usługi zamierza opłacić dziedziczka rodu Hadou, właścicielka potężnego koncernu, zadanie odszukania magicznej księgi (czyli grimoire'u) jest zbyt niebezpieczne. Tylko szaleniec ryzykowałby konfrontację z groźną i mroczną organizacją, zwaną Black Lodge… No, chyba, że zapłata będzie odpowiednia do ryzyka.

Zadanie początkowo wydaje się niewykonalne, ale oto w pewnym momencie dosłownie z nieba spada na głowę bohaterowi urocza dziewuszka ubrana w białe falbanki. Oczywiście całkiem przypadkiem okazuje się, że trafił on na najpotężniejszą z ksiąg magicznych – słynny Necronomicon, znany także jako Al Azif. Tak, to właśnie ta panienka. Co więcej, jest ona narzędziem do walki ze Złem, ale aby w pełni rozwinąć swe możliwości, potrzebuje maga, z którym musi zawrzeć swoisty kontrakt. Oczywiście całkiem przypadkiem okazuje się, że nasz bohater może nie jest pełnowymiarowym magiem, ale jednak studiował jakiś czas nauki mistyczne, a z braku laku… Jak łatwo zgadnąć, na cennym okazie antykwarycznym chcieliby także położyć swoje łapy członkowie Black Lodge, dysponujący własnymi księgami… I nie tylko, albowiem mag i jego księga zazwyczaj walczą wspierani przez Deus Machina, czyli coś, co podejrzanie przypomina starego dobrego mecha. Oczywiście całkiem przypadkiem okazuje się, że taką właśnie zabawkę, zwaną Demonbane, panna Hadou trzyma w podziemnym hangarze jako pamiątkę po dziadku… A zatem wszystko jest na swoim miejscu i można przystąpić do eksterminacji Zła w imię miłości, sprawiedliwości i światła Księżyca! O przepraszam, zagalopowałam się.

Fabuła jest pełna może nie tyle dziur logicznych, ile niedopowiedzeń. W dwunastu odcinkach postanowiono bowiem upchnąć tyle różnorodnej akcji, ile się tylko da, nie tracąc czasu na zbędne wyjaśnienia. Jak łatwo można przewidzieć – przedobrzono. Akcja posuwa się naprzód gwałtownymi szarpnięciami, a liczba dodatkowych założeń, które trzeba poczynić, aby się nie zawaliła, jest doprawdy imponująca. Jak zwykle przesadzono z dysproporcją sił na początku – przez dłuższy czas członkowie Black Lodge muszą bardzo uważać, by przypadkiem nie ukatrupić bohatera i nie pokrzyżować planów scenarzystom… Bohater zgodnie z przewidywaniami zdobywa tymczasem kolejne poziomy i dopakowuje broń i zaklęcia, by już całkiem godnie stanąć do ostatecznego starcia. Oczywiście można powiedzieć, że postarano się o trochę urozmaicenia przewidywalnego wątku, wprowadzając gwałtowne zmiany w obozie wroga – inna rzecz, że ich tempo w którymś momencie stało się wręcz komiczne.

Osobną sprawą jest świat, w którym rozgrywa się akcja tego anime. Dla niewtajemniczonych będzie to po prostu amerykańskie miasto mniej więcej z lat 30. XX w. oraz stado dziwacznie nazwanych mechów, ksiąg i potworów. Wtajemniczeni odkryją tutaj całą mitologię stworzoną przez Howarda Lovecrafta i jego naśladowców – choć przypuszczam, że Lovecraft przewraca się w grobie, widząc takie potraktowanie jego pomysłów. Znajdziemy tu prawie całą jego terminologię, użytą do ponazywania wyżej wspomnianych ksiąg, mechów, magicznych ataków i czego się tylko da. Pojawią się także Wielcy Przedwieczni (acz muszę przyznać, że Cthulhu mnie poważnie rozczarował). Oprócz tego usłyszymy liczne wtręty greckie, łacińskie i angielskie, bez wyjątku potraktowane japońskim akcentem i zniekształcone niemal nie do poznania.

Nie można też zapominać o fanserwisie. Bohater, mężczyzna w kwiecie wieku, w rozlicznych scenach pokazuje się obnażony do pasa, pozwalając podziwiać atletyczne umięśnienie. Natomiast otaczające go panie… Dość powiedzieć, że wyróżnik „wielkie biusty” nie został tu przyznany na wyrost. O dziwo, wyjątkiem od tej reguły jest sama Al (bo tak Kurou nazywa swoją księgę, nadając nowe znaczenie pojęciu „bibliofilii”), która wygląda jak dziewuszka mocno nieletnia i niedojrzała (Necrololicon?). Nie znaczy to, że nie otrzymamy fanserwisu z jej udziałem, począwszy od ujęć białych majteczek (Pantsunomicon?), a kończąc na zgrabnych kocich uszkach, niezbędnych do pilotowania Demonbane'a (Necronekomimicon?). Jednakże amatorów serii ecchi muszę uprzedzić, że ze względu na zwykłe ograniczenia czasowe ta seria nie dostarczy im aż tylu atrakcji, ile by mogła – ostatecznie kiedyś te mechy muszą się bić.

Niestety, grafika kuleje i to kuleje bardzo mocno. Projekty postaci są niebrzydkie, choć nieszczególnie oryginalne, prezentując styl ostatnio bardzo często przeze mnie widywany w różnych przygodówkach. Zbliżenia i liczne zatrzymane kadry (szczególnie te fanserwisowe) prezentują się nawet nieźle. Ale już ich animacja nie zachwyca – poruszają się niezgrabnie, gubiąc często proporcje. O błędach w stylu zmian rozmiaru biustu, czy tego, że Al w jednej scenie sięga bohaterowi do piersi, a w następnej – do brody – nawet nie wspomnę, tym bardziej, że pewnie mało kto je zauważy. Za całkowitą porażkę należy jednak uznać to, co powinno być ozdobą tej serii: walki. Potwory są zwyczajnie nieciekawe, co starano się ukryć, pokazując je zwykle po kawałku i po ciemku (niech im będzie, rozumiem, że Przedwieczni mogą nie kochać kąpieli słonecznych). Również mechy wyglądają raczej przeciętnie, a cieniutkie „przeguby” i talia osy każą się bardziej niż zwykle zastanawiać, jakim cudem ta konstrukcja się nie rozlatuje. Do ich przedstawienia użyto wyłącznie komputera, co zaowocowało topornie doklejonymi do otoczenia wstawkami renderowanymi, a Demonbane ma z tej okazji wybitnie idiotyczny wyraz „twarzy”. Ale walki… Walki budzą jedno tylko skojarzenie: Power Rangers. Kto pamięta te plastikowe roboty, przepychające się jak zapaśnicy sumo na tle makiety miasta i wystrzeliwujące fajerwerkowe pociski, ten wie, o czym piszę. Tu niestety praktycznie ponad to się nie wychodzi. Ładnie wyglądają tylko efekty zaklęć, ale takie wirujące magiczne symbole i znaki widywałam już wiele razy wcześniej. Muzyka nie przeszkadza, ale nie odbiega od średniej, a rozbrzmiewająca Hito, Kami, Hata – Man God Machine da widzom niepowtarzalną okazję zapoznania się z wyjątkowo rażącym „ingriszem”.

Właściwie główną zaletą Demonbane jest jego długość. 12 odcinków to akurat tyle, ile można wytrzymać, a dla osób, które nie stawiają fabuły na pierwszym miejscu, zapewne będzie to nawet niezła i wystrzałowa rozrywka. Polecam raczej widzom, którzy nie mają jeszcze zbyt dużego doświadczenia z anime – nie dostrzegą tu tylu kalek z innych serii i pomysłów, które wykorzystywano już wiele razy wcześniej. Natomiast jeśli chodzi o fanów twórczości Lovecrafta… Mogą po to dzieło sięgnąć, ale tylko jeśli mają do owej twórczości odpowiedni dystans. W przeciwnym razie może ich trafić potężny szlag na popełnione przez Japończyków bluźnierstwo przeciwko mitologii Cthulhu.

Avellana, 18 lipca 2007

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Viewworks
Autor: Nitroplus
Projekt: Hideki Hashimoto, Masaaki Sakurai, Niθ
Reżyser: Shouichi Masuo
Scenariusz: Yousuke Kuroda
Muzyka: Zizz Studio