Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Studio JG

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

2/10
postaci: 2/10 grafika: 2/10
fabuła: 2/10 muzyka: 5/10

Ocena redakcji

2/10
Głosów: 3 Zobacz jak ocenili
Średnia: 2,00

Ocena czytelników

4/10
Głosów: 35
Średnia: 3,94
σ=2,65

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (fm)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Ayakashi

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2007
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • アヤカシ
Gatunki: Przygodowe
Widownia: Shounen; Postaci: Uczniowie/studenci; Rating: Przemoc; Pierwowzór: Gra (bishoujo); Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Harem, Supermoce
zrzutka

Kolejne anime o ayakashi. Atak klonów, brzydoty i głupoty.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Yuu Kusaka w dzieciństwie pragnął zostać obrońcą uciśnionych, jednak tragiczne wydarzenia z przeszłościTM skutecznie wybiły mu z głowy młodzieńczy idealizm. Od tamtej pory swoje telekinetyczne zdolności wykorzystywał głównie do zarabiania niewielkich sum pieniędzy na pokazach wyginania łyżek. Jego sytuacja zmienia się wraz z przybyciem do szkoły tajemniczej dziewczyny, ponieważ zostaje wciągnięty w wir walki z ludźmi, którym nadludzkie moce dają pasożytniczo związane z nimi ayakashi. Oczywiście zwykły człowiek nie miałby z nimi najmniejszych szans, lecz po pewnym czasie bohater niespodziewanie(?) zaczyna dostrzegać swojego pomocnego pokemona. Tylko czy wystarczy on, by pokonać wszystkich mini­‑bossów, stojących na drodze do prawdziwego czarnego charakteru? I ile dziewcząt uda się zebrać do haremu przed zakończeniem serii?

Na początku chciałbym zaznaczyć, że tekst nie powstał ze względu na masochistyczne skłonności do oglądania dennych anime, tylko w celu dostarczenia informacji o serii z tak nieoryginalnym tytułem, że łatwo ją pomylić z dwoma innymi produkcjami (Ayakashi ~Japanese Classic Horror~ i Ayakashi Ayashi). O ile za nazwę trudno obwiniać studio Tokyo Kids (którego nazwa zapewne nie ma sugerować głównej grupy docelowej), bo mamy do czynienia z ekranizacją visual novel (żebym się nie zastanawiał, czy na ograniczenie wiekowe nie zapracowała wyłącznie juchą tryskającą na wszystkie strony, dostarczana jest w zestawie z kontynuacją oznaczoną literką H – scen rozbieranych zatem nie brakuje i można spokojnie zastosować etykietkę eroge), o tyle w innych elementach też się nie popisało. W anime szukam zazwyczaj dobrej oprawy, ciekawych bohaterów i intrygującej fabuły. Jeśli dwa elementy spośród trzech stoją na wysokim poziomie, w pełni wystarcza mi to do szczęścia. Ayakashi stanowi jednak antytezę udanej serii, bo leży na wszystkich frontach.

Główny zły nie wyciągnął wniosków z przyczyn upadku setek czarnych charakterów, ponieważ postępuje według logiki: „Główny bohater jako jedyny ma moc, by pokrzyżować moje plany, więc będę na niego wysyłał podwładnych w kolejności od najsłabszych do najsilniejszych i z zainteresowaniem oglądał jego rozwój. Gdy mam możliwość zabić któregoś z jego sprzymierzeńców, znajdę dowolnie absurdalny powód, żeby tego nie zrobić”. Przy takim geniuszu zbrodni Yuu pewnie mógłby przespać te dwanaście odcinków i na jedno by wyszło (co najwyżej po mieście pałętałoby się więcej użytkowników ayakashi tygodnia).

Inżynier Mamoń swego czasu stwierdził „lubię tylko te piosenki, które już znam”. Tutaj to zdanie można użyć w kontekście dostosowywania wyglądu i charakteru postaci do oczekiwań graczy i widzów. Krótkie niebieskie włosy (Eimu Yoake) – kolejny autystyczny klon Rei Ayanami. Długie różowe? Ograniczona umysłowo księżniczka z gundamowego uniwersum bądź Code Geass (żeby uniknąć jakichkolwiek wątpliwości skąd zrzyna… kim się inspirowano, dostała na imię Hime). Do kompletu dorzucono jeszcze psychopatyczną lolitkę, przywodzącą na myśl Illyasviel von Einzbern z Fate/stay night (jako jedyna zapewniła mi odrobinę rozrywki prośbami, by pozwolono jej w końcu kogoś zabić). Oczywiście po poświęceniu części swego życia na oglądanie anime łatwo zauważyć w kolejnych seriach podobieństwa i nawiązania, ale tutaj stereotypy aż do końca nie nabierają własnej tożsamości. Główny bohater to nastolatek, który potrzebuje antydepresantów, lecz zgubił gdzieś receptę. Jego podejście do życia dobrze obrazuje teledysk z końca każdego odcinka, w którym siedzi przybity w ciemnościach i tylko od czasu do czasu wybałusza oczy, gdy przypomni sobie jakąś scenę z przeszłości. Trudno uwierzyć w jego wyjątkowość, bo sytuacje, w których mógłby się wykazać, zazwyczaj kończą się tym, że musi się chować za plecami którejś z dziewcząt (na pewno w ten sposób zbiera siły na ostateczne starcie).

Grafika miała w założeniach być pewnie mroczna i ponura, wyszła szara i bura. W pierwszych odcinkach jeszcze od czasu do czasu świecące słońce pozwala zauważyć jakieś drzewa czy kwiatki w tle, później nawet tego nie ma, bo wypuszczono różne mgły i wyziewy, by zaoszczędzić na detalach w dalszym planie. Twarze raziły niedbałym wykonaniem i brakiem zachowania proporcji. Oczy jeżdżą po całej głowie tak, że niektórych efektów nie powstydziłby się Picasso. Ten defekt nie dotyczy wszystkich postaci – jedna dziewczyna obywa się bez oczu (a przynajmniej ma je cały czas zasłonięte włosami). Natomiast same ayakashi wyglądają zbyt absurdalnie, żebym brał je na poważnie – kulka podskakująca przy nogawce bohatera albo latający kwiatek. Później sytuacja poprawia się o tyle, że stają się większe. Nie są też takie niewinne, jak ich odpowiedniki z anime dla młodszych widzów, bo ich dokazywanie kończy się hektolitrami krwi tryskającymi na wszystkie strony. Wydawałoby się, że „krew nie woda”, lecz tu to powiedzenie nie obowiązuje. Wszelkie ślady walki potrafią zniknąć między jednym a drugim ujęciem. Dobrze chociaż, że muzyka nie prezentuje się aż tak tragicznie i brzmi po prostu przeciętnie. Skrzypcowy utwór bitewny miałby szansę być całkiem niezłym kawałkiem, ale zawsze miałem wrażenie, że puszczają go od środka.

Zastanawiałem się nad dodaniem wyróżnika „Nagość” ze względu na odcinek z dziewczętami w łaźni. Niczym na potrzeby policyjnych zdjęć każda jest pokazywana od przodu, z boku i tyłu (brak tylko zbliżeń ginekologicznych). Podejrzewam jednak, że ze względu na różne pory emisji więcej widzów trafiło na wersję, w której ich wątpliwej jakości wdzięki (projekty są wyjątkowo koślawe) przysłania cenzorska mgiełka.

Mam wrażenie, że producenci Ayakashi celowali w pewną grupę nastolatków, którym wystarczy ponury klimat i kubły czerwonej farby, żeby mieli złudzenie, iż mają do czynienia z zakazanym owocem lub pozycją dla dojrzałego widza, pokazującą skrywane przed nimi prawdy życiowe. Ze względu na kiepski materiał i braki w budżecie otrzymano jednak anime głupie i brzydkie (już Elfen Lied sprawia przy nim wrażenie arcydzieła). Radziłbym omijać szerokim łukiem, chyba że jest się zagorzałym miłośnikiem gatunku i wystarczy byle co, aby zaspokoić głód.

fm, 15 czerwca 2008

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Tokyo Kids
Autor: Crossnet
Projekt: Kazuo Takigawa, Takashi Kobayashi
Reżyser: Jun Takada
Scenariusz: Takamitsu Kouno
Muzyka: Soushi Hosoi