Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 7/10 grafika: 7/10
fabuła: 8/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 2 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,00

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 15
Średnia: 7
σ=1,1

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Avellana)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

City Hunter 2

zrzutka

Dalszy ciąg przygód tokijskiego sweepera i jego asystentki.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Druga seria City Huntera to jeden z tych małych koszmarów, które przydarzają się od czasu do czasu recenzentom, pragnącym oddać w ręce czytelników tekst o zadowalającej objętości. Nie, to nie znaczy, że poziom nagle spada; po prostu seria utrzymana jest w identycznej, pozbawionej wątku głównego i epizodycznej formule, jak część pierwsza. Szalenie trudno napisać więc coś, czego nie pisało się poprzednio.

Formuła zresztą jest niezwykle prosta: Ryo Saeba, wyborowy strzelec i niepoprawny kobieciarz, jest najlepszym w Tokio sweeperem – specjalistą od spraw, w przypadku których oficjalne władze są bezsilne. Jako że nie lubi się przemęczać, a pracować chce tylko dla pięknych pań, zginąłby zapewne marnie (z głodu), gdyby nie jego asystentka, a jednocześnie głos (i stutonowy młot) rozsądku, Kaori Makimura. Kolejne epizody pokazują kolejne sprawy, którymi zajmują się bohaterowie, a które praktycznie zawsze zawierają jakąś ślicznotkę (jeśli nie na pierwszym planie, to przynajmniej w tle). W porównaniu do poprzedniej serii więcej tu historii dwuodcinkowych, ale nie nazwałabym ich bardziej rozbudowanymi – ot, zaplanowano trochę więcej pościgów i strzelanin niż zmieściłoby się w dwudziestu trzech minutach. Większość ma też charakter zdecydowanie komediowy, nieliczne tylko zawierają wątki poważniejsze, trochę naiwne i mało wiarygodne, ale utrzymane w pasującym do serii staroświeckim klimacie.

Warto wspomnieć, że według wielu widzów seria ta jest znacząco gorsza od pierwszego City Huntera. Nie do końca się z tym zgadzam: różnica między seriami jest po prostu czysto formalna i dotyczy numerka w tytule. Te 114 odcinków mogłoby równie dobrze być jedną całością, albo zostać podzielone na dwie części w praktycznie dowolnym miejscu. Oczywiście jednak im dalej, tym trudniej o oryginalne pomysły i tym większa pokusa, żeby wykorzystać coś, co wcześniej się sprawdziło. Pokusie tej nie oparli się scenarzyści – niektóre pomysły są niemal żywcem skopiowane z wcześniejszych odcinków, kilka razy wykorzystano także ponownie postaci. Jest to zdecydowana słabość tej serii, jednak mimo wszystko do samego końca wśród odcinków słabszych trafiają się także odcinki bardzo udane.

Zdecydowaną zaletą jest natomiast znacznie większe wykorzystanie postaci drugoplanowych – kolegi po fachu Ryo, czyli potężnego Umibozu, a także pięknej Saeko i jej siostry Reiki. Nie są to osoby o skomplikowanych profilach psychologicznych, ale zostały nakreślone dostatecznie wyraziście, by można było je polubić – w dodatku ich obecność z reguły bardzo ubarwia dość przeciętne historyjki. Dostajemy także kilka odcinków poświęconych wątkom z przeszłości – bratu Kaori, samej Kaori, a nawet Ryo (ba, na sam koniec dowiemy się nawet, ile nasz bohater ma lat!). Nie warto wprawdzie liczyć na rozwój postaci albo relacji między nimi, ale zawsze jest to kilka pożytecznych ciekawostek.

Świat, rzecz jasna, pozostaje ten sam – czyli „realistyczny” z poprawką na nieprawdopodobne wyczyny strzeleckie albo atletyczne, a także na cudowne samoodtwarzanie się zniszczonych wnętrz i pojazdów. Ryo nadal jeździ czerwonym morrisem, częściej za to pojawia się samochód Kaori, szarogranatowy fiat (jak dowiedziałam się od osób mądrzejszych, samochody japońskie nie cieszyły się wówczas dobrą opinią nawet we własnym kraju). Broń jest dość wiernie odtworzona, a bywa nawet, że twórcy pamiętają o odrzucie, który towarzyszy wystrzałowi. W ramach ciekawostki mogę dodać, że znika wprawdzie charakterystyczne logo czekoladowych drażetek, ale za to pojawiające się wielokrotnie w trakcie serii linie lotnicze noszą nazwę i logo pożyczone od studia Sunrise, odpowiedzialnego za produkcję City Huntera. Innym zapożyczeniem jest nazwa kawiarenki, która od pewnego momentu zaczyna pełnić funkcje punktu spotkań – Cat's Eye, nawiązująca do starszej mangi Tsukasy Hojo.

Oprawa techniczna pozostaje praktycznie bez zmian, choć odniosłam wrażenie, że pod koniec serii częściej trafiały się przypadki niestarannego rysunku, szczególnie przy pokazywaniu postaci w dalszym planie. Tokio jest tu niestety miastem bardzo słabo zaludnionym, a większość ujęć zbiorowych to zatrzymane kadry, mimo to jednak grafika zestarzała się całkiem nieźle. Widać po niej jej wiek, ale nie jest na tyle toporna lub staroświecka, by uniemożliwiać oglądanie, a animacja scen akcji pozostaje na całkiem dobrym poziomie. Warto zwrócić uwagę na drobiazgi, takie jak wierne oddanie nie tylko broni, ale i sprzętów domowych, a także na to, że wprawdzie Ryo paraduje w firmowym zestawie (czarne spodnie, czerwona koszulka, niebieska marynarka), ale już Kaori przebiera się dość często. Poza tym nie przypominam sobie wielu serii, w których pamiętano, że samochód ugina się na resorach, kiedy ktoś do niego wsiada… Niemal bez zmian pozostaje muzyka – oprócz nowych czołówek i piosenek kończących słyszałam może dwa­‑trzy nowe utwory. Nie jest to poważna wada, bo ścieżka dźwiękowa jest bardzo udana, rozczarują się jednak ci, którzy liczyli na większą porcję nowości.

Tak naprawdę nie ma najmniejszego znaczenia, czy zaczynamy oglądanie od pierwszej czy od drugiej serii City Huntera – nie ma żadnego „początku”, który wypada znać, nie ma dłuższych wątków, a ewentualne ważniejsze informacje zostaną w razie potrzeby streszczone na tyle, że będzie można się zorientować w wydarzeniach. Jednakże osoby, które pierwszą serię znają, mogą poodejmować po punkcie od ocen – za powtarzalność i zmęczenie materiału. Nadal jednak jako niewymagająca rozrywka sensacyjno­‑komediowa seria sprawdza się pierwszorzędnie – pod warunkiem, że nie przekracza się zalecanej dziennej dawki i nie próbuje „maratonować”.

Avellana, 4 grudnia 2008

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Sunrise
Autor: Tsukasa Houjou
Projekt: Mika Akitaka, Sachiko Kamimura
Reżyser: Kenji Kodama
Muzyka: Ryouichi Kuniyoshi, Tatsumi Yano