Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Dango

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

2/10
postaci: 1/10 grafika: 4/10
fabuła: 1/10 muzyka: 4/10

Ocena redakcji

3/10
Głosów: 3 Zobacz jak ocenili
Średnia: 3,00

Ocena czytelników

2/10
Głosów: 11
Średnia: 2,09
σ=1,24

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Enevi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

ICE – The Last Generation

Rodzaj produkcji: seria OAV
Rok wydania: 2007
Czas trwania: 3 (41 min, 39 min, 30 min)
Tytuły alternatywne:
  • アイス
zrzutka

Świat po kataklizmie, który przetrwały tylko kobiety? To nie jest druga Seksmisja

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

W roku 2012 z powodu skażenia środowiska naturalnego przez truciznę pochodzącą ze stacji MIR wymarła cała samcza populacja i kobiety zostały same. Obecnie (ileś lat później), zdziesiątkowane społeczeństwo stoi na skraju wymarcia, gdyż nie ma szans na przetrwanie bez możliwości prokreacji. W Tokio, jednej z niewielu kolonii ocalałych w toksycznym świecie, żyją dwie grupy kobiet: te, które pogodziły się z losem i gotowe są na śmierć w każdej chwili (Dom Kisaragi) oraz te, które za wszelką cenę chcą przetrwać (Gwardzistki). Te pierwsze nie wykluczają nawiązywania bliższych znajomości, zaś te drugie gardzą nimi i za wszelką cenę próbują przywrócić samców do życia dzięki tajemniczemu źródłu mocy, zwanemu ICE. Problem jednak polega na tym, że ów cenny surowiec jest w posiadaniu grupy, której nie interesują eksperymenty… Właśnie w tej rzeczywistości spotykają się Hitomi, kapitan oddziału Gwardzistek i młodziutka Yuki, która ofiarowuje jej swoją przyjaźń i nie tylko. Z początku pani kapitan ma pewne opory, jednakże z czasem… A zagłada świata coraz bliżej…

Tak mniej więcej można streścić tę trzyodcinkową seryjkę OAV, którą w 2007 roku wypuściło praktycznie nieznane studio PPM. Niestety, nie był to jednak przebłysk geniuszu, a jedynie ciemna plama, mogąca najwyżej pogrążyć twórców. Z pozoru realia świata przypominają naszą rodzimą Seksmisję, lecz tutaj nie znajdziemy dwóch uroczych samców, a za to nie brakuje kobiet, które nie mogą się zdecydować, czy ratować świat, czy doprowadzić do jego całkowitego zniszczenia. Całość jest krótka, jak na to co prawdopodobnie chciano przekazać, i w efekcie wyszła chaotyczna papka, w której na próżno szukać jakiegokolwiek sensu. Pierwszy zarzut to przede wszystkim brak spójności oraz liczba niejasności w pokazanej rzeczywistości. O ile poszczególne jej aspekty, takie jak ogromne ptaki zamieniające się w drzewa, wydały mi się w miarę ciekawym pomysłem, o tyle już ogólne założenia pełne są dziur, doskwiera też brak wyjaśnień (chociażby na temat tajemniczych eksperymentów). Wrzucono do kociołka dużo informacji i akcji, ale całości nie doprawiono odpowiednio, co zaowocowało całkowitym brakiem klimatu, sprawiając, że seria jest zwyczajnie nudna. Z porozrzucanych fragmentów można ułożyć tylko wybrakowane puzzle i widz nigdy nie dowie się, co miały właściwie przedstawiać. Nie dowiadujemy się absolutnie niczego o reszcie świata (a nie, przepraszam, przecież świat kończy się na Japonii – w tym przypadku na Tokio), wszystko jest uproszczone, a przeróżne rzeczy pojawiają się znikąd i na zawołanie. Ciąg przyczynowo­‑skutkowy również został zaburzony. Dzieje się dużo, jest głośno i kolorowo od przeróżnych wybuchów i potworów, jednak jakakolwiek fabuła zginęła gdzieś po drodze… Nieodłącznym motywem, związanym z próbą ratowania świata, są eksperymenty, prowadzone w tajemnicy przed prawie wszystkimi, tak mocno strzeżone, że informacje o nich można łatwo znaleźć w ogólnodostępnej sieci. No dobrze, a co do samym eksperymentów… Spotkałam się już z wieloma wariacjami na temat religii. Japończycy znani są ze swojego dziwacznego podejścia do filozofii chrześcijańskiej, i jeśli w większości przypadków było to zwyczajnie zabawne, tak w przypadku ICE byłam wyjątkowo zniesmaczona i do tej pory zastanawiam się, co takiego spowodowało, że twórcy postanowili zrobić coś takiego. Jest to jawny przykład głupoty i braku jakiegokolwiek wyczucia, inna rzecz, że pozostałe aspekty udające fikcję naukową wyraźnie dawały znać, że autor nie ma pojęcia, o czym pisze, i jest to kolejny przykład radosnej twórczości, tak absurdalnej, że aż śmiesznej. W szczególności przypadł mi do gustu pomysł skrzyżowania człowieka i jamochłona. Po prostu bajka. Pozostaje jeszcze dramat zagubionych bohaterek i czekające na nie wybory, które, jak to zwykle bywa, do łatwych nie należą. Wraz z bohaterkami od razu powraca myśl, iż seria teoretycznie miała zawierać wątki yuri, co dla wygłodniałych fanów może stanowić jej główną zaletę. Niestety; mówi się o tym, jest to szeroko krytykowane przez bohaterki, czasem jedna drugiej coś zaproponuje, ale w ostatecznym rozrachunku nigdy nie pojawia się naprawdę. Chyba zostało przytłoczone tonami niedorzeczności i akcji bez sensu, przez co utknęło na dnie kotła, by nigdy już się nie wydostać na powierzchnię. Także trzeba uwierzyć na słowo w kilka przerwanych w połowie scenek.

Podobnie jak z brakiem fabuły, ma się sprawa z bohaterkami. W anime występują schematy, podkolorowania, ludzie z krwi i kości, sztuki nijakie oraz… całkowity brak osobowości. Tak, właśnie z czymś takim spotykamy się w ICE. Widziane przeze mnie w niektórych seriach „roboty z losowymi cechami” były nie do zniesienia, lecz teraz dochodzę do wniosku, iż myliłam się. I to bardzo. Prawdziwą sztuką jest stworzyć i przedstawić postaci biegające po ekranie, rozmawiające ze sobą, podejmujące decyzje, a przy tym wszystkim pozbawione jakichkolwiek cech charakteru. Pomijając fakt braku motywacji i sensu w zachowaniu bohaterek, nie zarysowano żadnych, podkreślam żadnych osobowości. To nawet nie są kukiełki, których zachowanie zależne jest od kaprysu scenarzysty, a jedynie kawałki drewna bądź skrzypiące maszyny bez umysłu. Hitomi to beznamiętny cyborg, wygłaszający w dziwnych momentach patetyczne i pozbawione sensu przemowy o tym, jakie zło zostawili po sobie mężczyźni (tu miała na myśli użycie broni palnej). Jej „partnerka” z przypadku, Yuki, to dziecko żyjące we własnym świecie, niemające żadnego kontaktu z rzeczywistością. „Siostrzyczka” Yuki, mała i nadpobudliwa Satsuki, to chodząca niespójność, która w jednej chwili martwi się o czyjeś życie, a już za chwilę pragnie tego kogoś zabić, bo zobaczyła coś i zinterpretowała po swojemu. Do czego dąży Jej Ekscelencja? Z pewnością do ocalenia ludzkości, jak można się dowiedzieć z jej płomiennych przemówień, a z moich obserwacji wynika, iż mimo głośnego potępiania związków damsko­‑damskich, sama ma niewytłumaczalną słabość do dziewczyn w fartuszkach pokojówek… Pani Kisaragi, główna postać tragiczna tegoż dramatu, nie tylko poddaje się losowi(?), ale również pragnie pomóc światu w zagładzie ludzkości. Motywy? Brak. Wytłumaczenia? Brak. A przy tym całkowita bezbarwność… Czego chcieć więcej?

Czasami ubytki scenariusza próbuje zatuszować oprawa techniczna, wtedy mówimy o „cukierkach dla oczu”. W przypadku tego anime ani grafika, ani muzyka nie są w stanie zrekompensować braku kręgosłupa, który stanowią fabuła i postaci. Po projektach bohaterów wyraźnie widać, że twórcy albo wzorowali się na starych produkcjach, albo tak im wyszło. Żadna z pań nie grzeszy wyjątkową urodą, a niektóre ujęcia są wręcz brzydkie (głównie z profilu przy oddaleniach). Oszczędzano, jak tylko się dało, i niestety widać to wyraźnie w rozmytych i niewyraźnych tłach oraz w bardziej dynamicznych scenach, takich jak bal, gdzie tańczące pary wyglądają jak figurki kręcące się w pudełku z pozytywką. Jestem w stanie zrozumieć, że uwagę widza próbuje się skupić na głównych bohaterkach, ale może nie w taki sposób, jak w ICE! Wszystkie stanowiące sztuczny tłum gwardzistki wyglądają identycznie, to fakt – nie są ważne dla fabuły(?), jednak chociażby minimalne zróżnicowanie by się przydało (kolor włosów, inna fryzura – słowem – cokolwiek). Animacja poszczególnych scen nie wypada tragicznie, ale daleko jej do płynności, a w kilku przypadkach miałam wrażenie, że jestem świadkiem pokazu slajdów, a nie ruchu. Mechy? Naturalnie wcisną się wszędzie, tutaj zaś, dość postawne i w pelerynkach, nie mogłyby sprostać jakimkolwiek normom praktyczności. Efekty komputerowe zastosowane przy wszelkich większych pojazdach aż biją po oczach i zdecydowanie nie należą do najładniejszych. Same projekty maszyn, podobnie jak mechy, z pewnością nie są funkcjonalne, za to niech żyje oryginalność! IL WON, odpowiedzialny za muzykę do Wonderful Days, stworzył również ścieżkę dźwiękową do ICE, szkoda tylko, że jej nie słychać. Z ogólnego hałasu (wiatru, rozmów i wybuchów) udało mi się wyłowić kilka melodyjek, nie wzbudziły one jednak mojego entuzjazmu. Ot, ciche i niepozorne utworki, które opanowały do perfekcji sztukę kamuflażu. Jednak największą zagadką pozostanie dla mnie wykonanie Dla Elizy w ostatnim odcinku, bez wyraźnej przyczyny. Przyjemnie zaś słucha się piosenki otwierającej dwa pierwsze odcinki i zamykającej ostatni, Aisareru to iu koto for ICE, w wykonaniu młodziutkiej Ereny Ono, seiyuu Yuki, posiadającej bardzo charakterystyczny głosik, który jako wokal sprawił się całkiem nieźle. Po raz kolejny dziwi mnie fakt, iż na liście aktorów, użyczających głosów postaciom, znalazły się takie nazwiska jak Akira Ishida, Eri Kitamura czy Junko Minagawa. Nieważne, jak bardzo wczuliby się oni w swoje role, twarze bohaterek nie były w stanie oddać tych emocji.

Jeżeli ktokolwiek zapyta mnie, czy warto zabrać się za to anime, odpowiem oczywiście, że nie ma po co tracić cennego czasu. ICE nie jest wart takiego poświęcenia, zwłaszcza mając wyjątkowo dużą konkurencję, z którą przegrywa w większości przypadków jeszcze w przedbiegach. Tym, którzy pragną obejrzeć science­‑fiction z treścią i przesłaniem poleciłabym Texhnolyze, amatorów yuri w podobnej konwencji odsyłam do Simoun. Naprawdę, drodzy Czytelnicy, jest wiele zdecydowanie lepszych serii, a ta nie nadaje się nawet na lżejszą rozrywkę, gdyż taką nie jest, za to desperacko próbuje przekonać o swojej głębi i unikalności.

Enevi, 20 grudnia 2008

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: PPM
Autor: Yasushi Akimoto
Projekt: Masaya Oonishi
Reżyser: Makoto Kobayashi
Scenariusz: Yasushi Hirano
Muzyka: Il Wong