Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Forum Kotatsu

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 7/10 grafika: 8/10
fabuła: 8/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 14 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,36

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 243
Średnia: 7,14
σ=1,31

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (JJ)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Kannagi: Crazy Shrine Maidens

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2008
Czas trwania: 13×24 min
Tytuły alternatywne:
  • かんなぎ Crazy Shrine Maidens
Postaci: Bóstwa, Księża/zakonnice, Uczniowie/studenci; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Harem
zrzutka

Nastolatek i bogini w komedii zupełnie zwyczajnej, ale nadzwyczajnie sympatycznej. Mimo przeciętnego pierwszego wrażenia, warto dać im szansę.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Pewnego dnia w życiu Jina Mikuriyi niespodziewanie pojawia się tajemnicza niebieskowłosa dziewczyna, Nagi. Nagi to lokalne bóstwo, które objawiło się w ludzkiej postaci, używając do tego wyrzeźbionej przez Jina drewnianej figury (nie uprzedzając faktów, w późniejszych odcinkach cała sprawa okaże się nieco bardziej skomplikowana) – pretekst tym razem nawet ciekawy, ale nie da się ukryć, że zawiązanie akcji Kannagi to po prostu kolejne powielenie jednego z wyjątkowo popularnych schematów fabularnych anime, czasem uznawanego nawet za osobny gatunek o sporo mówiącej nazwie sudden girlfriend appearance. A kiedy do młodej boginki dołączają jeszcze dwie bohaterki – przyjaciółka Jina z dzieciństwa, Tsugumi, oraz siostra Nagi i przy okazji jej największą rywalka – Zange, obie z nieznanych przyczyn zainteresowane niezbyt ciekawym głównym bohaterem, można już mówić o małym haremie. Brzmi niedobrze? Dodajmy do tego jeszcze naprawdę irytujące zachowania Jina (czerwieniącego się na widok bielizny w koszu na pranie) i średnio zabawny humor – pierwszy odcinek Kannagi niestety nie zrobił na mnie najlepszego wrażenia. Mimo to coś sprawiło, że obejrzałem drugi, potem trzeci, czwarty… W końcu na trzynasty wyczekiwałem z niecierpliwością – seria okazała się zdecydowanie lepsza niż wydawało się z początku. Dlaczego? O tym za chwilę.

Najpierw mała dygresja lub, jak niektórzy wolą to nazywać, odrobina filozofowania nie na temat (tych, których mogłoby to przerazić, z góry uspokoję – nie, Kannagi nie jest na szczęście Głęboką Serią z Przesłaniem). Jedna z bohaterek Sayonara Zetsubou Sensei miała kompleks na punkcie zwyczajności – była „normalna”, a jej zdaniem to określenie nigdy nie ma pozytywnego wydźwięku. „Normalny” znaczy przecież mniej więcej to samo, co „przeciętny”, a więc szary, niewyróżniający się, nieciekawy, nijaki, nudny… Dlatego i my zwyczajności nie lubimy, gardzimy nią, ale też (i być może przede wszystkim) boimy się jej – lęk ten świetnie pokazano choćby w Melancholii Haruhi Suzumiyi czy, nieco bardziej metaforycznie, w Utenie. Zresztą niezależnie od przykładów z anime zapewne każdy spotkał się ze zjawiskiem osobiście, w postaci dziesiątek ludzi odnajdujących niesamowitą satysfakcję w stwierdzaniu i dowodzeniu swojej indywidualności, dziwności, nienormalności (innymi słowy: „ale z nas krejzolki!”). Czyli w największym możliwym skrócie – zwyczajność jest naszym zdaniem zła.

A właśnie że nie, mówią twórcy Kannagi.

I dają nam serię pod każdym względem zwyczajną, absolutnie przeciętną – ale ta przeciętność zostaje podniesiona do rangi zalety. Z jednej strony trudno znaleźć jakiś aspekt wyróżniający Kannagi na tle innych tytułów, z drugiej – czasem właśnie czegoś takiego się chce, najnormalniejszej komedii szkolnej z romansem, haremem i sympatycznymi (nawet jeśli brak im osobowości) bohaterami. Ogląda się dobrze, więc czego chcieć więcej? Jeśli miałbym koniecznie znaleźć jakiś konkretny plus w Kannagi, wskazałbym na kilka sytuacji i sposób ich przedstawienia, pewne fragmenty życia Jina i Nagi, które wydają się zaskakująco realne w zestawieniu z typowym, nieco absurdalnym humorem w większości anime. Na przykład w jednym z ostatnich odcinków Jin odwiedza stare małżeństwo – i okazuje się, że nawet pomimo mitycznych „różnic kulturowych” japońscy staruszkowie nie różnią się tak bardzo od naszych (a przynajmniej ja od razu skojarzyłem ich zachowanie z zachowaniem moich babć/ciotek). Takich momentów jest więcej (choć oczywiście zależy to też od widza) i bardzo pozytywnie wpłynęły one na moją opinię o serii, to rodzaj humoru będący zupełnym przeciwieństwem często pojawiających się w parodiach żartów zrozumiałych tylko dla rodowitych Japończyków i naprawdę dobrze zorientowanych w temacie fanów. W Kannagi wiele sytuacji przedstawiono tak, że niemal każdy widz bez problemu odniesie je do własnych przeżyć (choć nazwanie tego realizmem byłoby przesadą, bo jednak seria podtrzymuje pewne schematy typowe dla gatunku). To pomaga też identyfikować się z postaciami – można powiedzieć, że nadaje nowe znaczenie określeniu „Bohater Taki Jak Ty”, czyli występującej w komediach haremowych figurze głównego protagonisty, który pomimo nieciekawej prezencji i osobowości szturmem (nawet jeśli nie wykazuje żadnej inicjatywy) podbija serca kolejnych dziewczyn, ku pokrzepieniu oglądających jego wyczyny japońskich nastolatków. Jin w pewnym sensie jest postacią tego typu, jednak z drugiej strony da się go polubić, nie za osobowość, ale dzięki wspomnianym już normalnym, życiowym sytuacjom, w których możemy go zobaczyć. Oczywiście nie jest to jedyny rodzaj humoru występujący w Kannagi, pojawiają się też gagi bardziej typowe dla komedii anime, jak na przykład wizyta bohaterek w sklepie z bielizną czy fascynujący wątek pewnego wielokąta romantycznego, któremu pikanterii dodaje odrobina yaoi – zwykle wypadają zabawnie i serii udaje się nie popadać w zbytnią schematyczność. Warto wspomnieć też o parodystycznych fragmentach anime oglądanych w wolnym czasie przez Nagi, czyli cudownie absurdalnym magical girls, Lolikko – pomysł nienowy, znamy go już choćby z Genshikena, ale tutaj wykonanie wyszło świetnie.

O fabule nie da się powiedzieć wiele – szczerze mówiąc, na ekranie mało się dzieje. Na plus trzeba policzyć ostatnie odcinki, w których udaje się wprowadzić poważniejszy wątek i nie jest to jak zwykle w takich sytuacjach denerwujące ani wymuszone. Brakuje jednak konkretnego zakończenia – manga jest wciąż wydawana, w Japonii Kannagi sprzedało się całkiem nieźle, więc być może doczekamy się kontynuacji. Jeśli chodzi o postaci, o samym Jinie już wspominałem, poza nim i Nagi pojawia się jeszcze kilka dających się polubić bohaterów – członków szkolnego klubu – niedźwiedziowaty i wiecznie milczący Daitetsu, wpadający czasem w niekontrolowany słowotok otaku Akiba, odkrywająca pod jego przewodnictwem świat gier randkowych fujoshi (czyli otaku w wersji kobiecej) Takako i tajemnicza Shino. Walczące o Jina Zange i Tsugumi to już bohaterki zupełnie schematyczne – ta pierwsza wydaje się niemal identyczna z występującą w emitowanym równolegle Toradora! Ami. Nagi z charakteru przypomina nieco Horo ze Spice and Wolf i choć oczywiście w zestawieniu z tamtą postacią nie ma szans, jest wyjątkowo sympatyczna.

Kreska Kannagi jest charakterystyczna i z jednej strony można ją polubić, chociaż z drugiej, niektórym zapewne nie spodoba się wygląd postaci, trochę zbyt „dziecięcy” (przynajmniej ja odniosłem takie wrażenie). W ruchu prezentuje się bardzo dobrze. Muzyka raczej nie zwróciła mojej uwagi, choć momentami dobrze podkreśla to, co dzieje się na ekranie. Opening to może nic specjalnego, standardowy j­‑pop, ale brzmi nieźle i wpada w ucho, ending – spokojny i liryczny – pasuje zwłaszcza do ostatnich odcinków.

W jednym z ostatnich odcinków serii Jin, myśląc o Nagi, stwierdza, że niezależnie od tego, jaka jest jako bogini, tak naprawdę liczy się to, że spędzanie z nią czasu sprawiało mu przyjemność. Owszem, banalne, ale jednak coś w tym jest i (nie wiem, czy to zamierzony przez twórców efekt) w pewien sposób oddaje to odczucia widza wobec Kannagi. Niezależnie od oryginalności (ewentualnie jej braku), fabuły, postaci, oprawy audiowizualnej i wszystkich innych aspektów, które zwykle wpływają na ocenę anime, po prostu przyjemnie się to ogląda. Ci, którzy szukają przede wszystkim tytułów oderwanych od rzeczywistości, efektownych, zwariowanych, dziwnych, nierealnych – prawdopodobnie uznają Kannagi za serię zwyczajnie nudną, nie będą nią zachwyceni także widzowie, u których pewne schematy wywołują już reakcję alergiczną. Poleciłbym ją natomiast wszystkim znudzonym anime w rodzaju Death Note czy School Days, którym trudno odmówić oryginalności, ale z drugiej strony widać, że ta oryginalność jest uzyskana na siłę. Bo wbrew tezie wspomnianej na początku bohaterki Sayonara Zetsubou Sensei, normalność może być rozumiana pozytywnie, choćby w takim zdaniu, dobrze podsumowującym Kannagi: „O, wreszcie coś normalnego!”.

JJ, 17 stycznia 2009

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: A-1 Pictures, Aniplex
Autor: Eri Takenashi
Projekt: Kakeru Sanma
Reżyser: Yutaka Yamamoto
Scenariusz: Hideyuki Kurata
Muzyka: Satoru Kousaki