Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Otaku.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

3/10
postaci: 2/10 grafika: 5/10
fabuła: 2/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

2/10
Głosów: 4 Zobacz jak ocenili
Średnia: 2,00

Ocena czytelników

5/10
Głosów: 46
Średnia: 4,87
σ=2,58

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Zegarmistrz, wa-totem)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Shining Tears X Wind

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2007
Czas trwania: 13×24 min
Tytuły alternatywne:
  • シャイニング・ティアーズ・クロス・ウィンド
zrzutka

Jak stworzyć potwora? Wystarczy wziąć dwie gry jRPG, pociąć, połączyć w jedność i zekranizować!

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Adaptacje gier konsolowych, czy to RPG, czy symulatorów randkowych, cieszą się zasłużenie złą sławą. Biorąc na warsztat Shining Tears X Wind nie spodziewałem się jednak niczego złego, głównie dlatego, że nie skojarzyłem tej serii z długaśnym, 24­‑odcinkowym cyklem gier jRPG Shining Force, wydawanym od 1991 roku. Jak się jednak okazało, seria ta stanowi adaptację zbierającą elementy fabularne gier należących do tego uniwersum: Shining Tears (zwanej też czasem przez fanów „Useless Tears” lub „Crappy Tears”) i Shining Wind. Taka fuzja musiała się źle skończyć, o czym widz będzie miał okazję przekonać się już od samego początku.

Akcja Shining Tears X Wind zaczyna się bowiem jak kryminał. Przenosimy się do japońskiej szkoły, której uczniowie od jakiegoś czasu znikają w tajemniczych okolicznościach. Jako że sprawą nie interesuje się ani policja, ani dyrekcja, ani rodzice, ani nawet rzecznik praw dziecka, rozwiązanie problemu spada na samych głównych zainteresowanych. W murach szacownej instytucji edukacyjnej zbiera się więc grupka jej podopiecznych i – podzieliwszy się na pary – rusza tropem domniemanego porywacza. Chwilę potem dochodzi do nieszczęścia. Jedna z ekspedycji poszukiwawczych natyka się bowiem na tajemniczą książkę „zawierającą kompletny opis obcego świata” (to się Władca Pierścieni nazywa, drogie dziecko). Wystarczy kilka chwil lektury i niedoszli bohaterowie znikają z powierzchni Ziemi. Także inne grupy nie mają więcej szczęścia. Zakrojone na szeroką skalę poszukiwania przerywa bowiem wtargnięcie tajemniczej catgirl, która przybyła tu z innego świata w poszukiwaniu tajemniczego człowieka imieniem Zero. Dziewczyna nie jest samotna. Za nią przywlókł się bowiem zły zwierzoczłek (beastman), którego koniecznie trzeba schwytać. Bohaterowie podejmują się więc i tego zadania, co kończy się nieszczęśliwie: podczas obławy zostaje stłuczone magiczne lusterko pozwalające na podróże międzywymiarowe, w efekcie czego cała gromadka trafia w losowe punkty magicznego świata.

Po tym tragicznym wydarzeniu fabuła nadal toczy się bez sensu.

Bohaterowie zostają rozrzuceni po całym świecie. Dwoje z nich (chłopczyk i dziewczynka) budzi się na środku równiny. Przecierają oczy ze zdumienia i widzą, że wokół nich „spawnują” się potwory (to jest: wyłaniają się znikąd, jak w starych grach RPG). Nasza parka podejmuje więc jedyne logiczne kroki i rzuca się do ucieczki, która jednak nie daje wiele. W końcu, słaniając się ze zmęczenia, padają na ziemię. Chłopak spada tak nieszczęśliwie (ta, jasne), że jego ręka ląduje między cyckami dziewczyny i wyciąga stamtąd… miecz (skoro kobiety mogą nosić różne graty w torebkach, to czemu nie w biustonoszach?). Jak wyjaśnia przechodząca akurat przypadkiem (!!!) postać drugoplanowa, jest to legendarny Soulblade, ostrze utworzone z ludzkich emocji i czystego serca. Broni takiej nikt w tym świecie jeszcze nie widział, ale wszyscy potrafią ją rozpoznać na pierwszy rzut oka… Tak wyekwipowany heros bez trudu pokonuje wraże potwory i rusza w świat. Droga wiedzie go przez liczne wioski zwierzoludzi, atakowane przez co i rusz pojawiające się ex nihlo monstra, i prowadzi do miasta. Zapukawszy do jego wrót, drużyna – zgodnie z logiką gry komputerowej – kieruje się do najokazalszego budynku (co świadczy o tym, jacy geniusze ją tworzą, każdy doświadczony gracz odwiedziłby najpierw sklepy i pogadał ze wszystkimi mieszkańcami miasta, żeby sprawdzić, czy któryś nie oferuje interesujących zadań pobocznych) gdzie, jak podpowiada instynkt, powinien znajdować się zleceniodawca (albo chociaż boss). Jak się okazuje, miejsce to jest siedzibą lokalnego władcy. Ten faktycznie ma robotę dla bohaterów: otóż jego królestwo prowadzi właśnie wojnę z sąsiadami, której za nic nie może wygrać. Dwoje nieletnich na pewno będzie nieopisaną pomocą. Tym sposobem nasi dzielni gieroje trafiają na front…

Jak państwo sami zdążyli już zauważyć, czytając powyższe streszczenie dwóch pierwszych odcinków, fabuła tej serii nie należy do najlepszych. Owszem, obfituje w wydarzenia i nagłe wolty, jednak trudno powiedzieć, by miała jakąś intrygę. Jak już pisałem, układ wydarzeń przypomina bardziej to, co możemy zaobserwować w grach komputerowych. Bohaterowie docierają do jakiegoś punktu, odbywa się tam krótki dialog albo seria wydarzeń, a następnie wyruszają dalej, ku kolejnemu punktowi zwrotnemu. Wraz z osiągnięciem kolejnych „save pointów”, uniwersum staje się bogatsze o kolejne elementy, a drużyna o coraz to nowsze postacie.

Tych ostatnich jest bez liku. Już na początku drużyna liczy sześć osób, a wraz z każdym odcinkiem rośnie. W sumie obsadę tworzy około 30 osób, choć użycie tego terminu jest raczej nadużyciem. Większość postaci – z głównymi bohaterami na czele – stanowią płaskie kartoniki, których jedynym celem jest bieganie po ekranie i realizowanie kolejnych bezsensownych pomysłów scenarzystów. Obok protagonistów wleką się oczywiście postacie drugoplanowe, które podzielić można na te z cyckami (służące do tego, żeby wyciągać z nich miecze) i bez cycków (nie służące do niczego). Bohaterowie nie są prawie w ogóle rozwijani, bowiem nie pozwala na to natłok wydarzeń. Jeśli już, to – znów jak w grze – otrzymują krótką sekwencję dialogową, która wyjaśnia ich płytkie motywy, ukazuje brak osobowości i obnaża miałkość charakteru. Ginie to jednak w nawale akcji.

Ta, jak już wspomniano zwykle jest mocno bezsensowna. Możemy więc sobie popatrzyć na kilka wojen, inwazje armii średniowiecznych i takich z czołgami, morderstwa polityczne, spiskujących ministrów i powracających z wygnania królów, poszukiwanie wież zapewniających dobrobyt temu światu oraz wiele, wiele innych. Wątek goni wątek, a bohaterowie porzucają jedno zadanie w chwili, gdy na horyzoncie pojawia się nowe, lepsze. Jako że już w momencie startu drużyna jest podzielona, a w toku akcji sytuacja bynajmniej się nie poprawia, postacie w wolnych chwilach doskonalą sztukę teleportacji.

Kolejny słaby punkt serii to dialogi. Potrafią być naprawdę niesamowite i dostarczyć widzowi mnóstwa radości. Są jednak tak sztuczne, że nawet w grze komputerowej nie powinny przejść. Przykładów nie trzeba szukać daleko. Już w pierwszym odcinku bowiem mamy okazję słyszeć porywający dialog między rzeczoną catgirl a bohaterami. Catgirl: „Szukam Zero, wygląda jak anioł, tylko jedno skrzydło ma białe, drugie czarne…”. Bohater: „Nie pamiętam, żebym widział kogoś takiego…”. Oczywiście, że nie pamiętasz, matołku, bo aniołki tak sobie nie chodzą po ulicach miast. Gdybyś widział, to byś zapewne zapamiętał, a może nawet udał się do psychologa szkolnego.

Przestańmy jednak znęcać się nad treścią anime i przejdźmy do jego formy, czyli kwestii technicznych. Otóż gdyby Shining Tears X Wind było rybką, a nie serią anime, to zapewne byłoby welonką: śliczną i kolorową, ale otyłą, niezbyt zgrabną i lubiącą trzymać się blisko dna. O ile postacie wyglądają jeszcze jako tako, o tyle ich animacja nie należy do najmocniejszych i wyraźnie widać, że jest taka sobie. Wrażenie jest jeszcze gorsze, jeśli porównamy serię z jej rówieśniczkami. W 2007 roku ukazało się bowiem wiele naprawdę pięknych graficznie anime. Shining Tears X Wind natomiast oczy kłuje ubogą kreską, słabymi efektami specjalnymi i niedopracowanymi tłami, przeważnie nieprzyjemnie pustymi, pozbawionymi życia, roślin i szczegółowości. Kontrastują one mocno z nielicznymi wprawdzie, ale pojawiającymi się, pełnymi życia scenami, w których widzimy przemarsze ogromnych armii, tłoczne miasta i tym podobne atrakcje. Wyraźnie widać, że dało się serię lepiej narysować, tylko zabrakło chęci. Najgorzej wypada jednak ogólna choreografia scen, walk, dialogów i ogólnie przebiegu wydarzeń. To, że twórcy sobie z nią kompletnie nie radzą, wychodzi na jaw, podobnie jak większość wad tego anime, już w pierwszym odcinku. Jak wspominałem, do szkoły przedostał się straszliwy zwierzoczłek z innego wymiaru. Bohaterowie bohatersko starają się go schwytać: rzucają się na niego z mieczami, strzelają doń z łuków (wiadomo, że w każdej szkole znajduje się przecież przenośny arsenał do wykorzystania na zajęciach z PO…) i wyczyniają inne hece. Cała ta scena nie wygląda jak polowanie na groźnego (później okazuje się, że nie aż tak bardzo, ale pal to licho) potwora. Przypomina bardziej uganianie się za zdezorientowanym psem, który przyszedł za swoim panem do szkoły i zupełnie nie rozumie co się wokół niego dzieje: dlaczego jacyś obcy chcą się z nim bawić, inni rzucają weń kredą, a jego kochany pan krzyczy na niego, tupie i w ogóle zachowuje się tak, jakby go już nie kochał… Jedyna różnica polega na tym, że stwór ławki zjada, zamiast na nie sikać.

Muzyka, jak to zwykle bywa, prezentuje się o poziom lub dwa wyżej od oprawy graficznej. Nadal jednak brakuje czegoś, co by olśniło. Powiedzmy sobie szczerze: efekty dźwiękowe zostały zapewne wybrane ze „standardowej listy do serii fantasy”, tym bardziej, że wszelkie ryki smoków i inne niezwykłości potrzebne nie były. Do tworzenia muzyki nie wynajęto artysty pokroju Youko Kanno, tylko rzemieślnika, który siedzi w interesie (sądząc po jego portfolio) od 2003 roku. Muzykę więc tworzyć umie, ale geniuszem nie błyszczy. Dialogi, mimo że nie zbierają gwiazdorskiej obsady, odtwarzały też całkiem kompetentne osoby. Przykładowo postać głównego bohatera odgrywa Souichirou Hoshi, który przewinął się przez takie serie, jak Gundam Seed, Ai Yori Aoshi, Cosmo Warrior Zero czy Code Geass i często podkładał głos pod ważne dla fabuły postacie.

To anime miałoby szansę dostać się do klasy średniej, gdyby nie było obarczone całym szeregiem wad wrodzonych. W tym przypadku największym problemem jest skrajnie RPG­‑owy scenariusz, żywcem wzięty z gier powielających schemat: przejdź piętnaście ekranów tłukąc wrogów, weź zadanie od postaci w grze, przejdź kolejne piętnaście ekranów do następnej postaci… Cóż, skoro się kręci serial wiernie oddający fabułę gry z Playstation 2, to czego innego należało się spodziewać?

Zegarmistrz, 27 lutego 2009

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Studio DEEN
Autor: Sega
Projekt: Mariko Emori, Tony Taka, Yukiko Ban
Reżyser: Hiroshi Watanabe
Scenariusz: Hiro Masaki
Muzyka: Kei Haneoka