Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

10/10
postaci: 10/10 grafika: 9/10
fabuła: 9/10 muzyka: 10/10

Ocena redakcji

9/10
Głosów: 11 Zobacz jak ocenili
Średnia: 8,64

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 295
Średnia: 8,4
σ=1,26

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (JJ)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Michiko & Hatchin

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2008
Czas trwania: 22×23 min
Tytuły alternatywne:
  • ミチコとハッチン
  • Michiko to Hatchin
Gatunki: Sensacja
zrzutka

Ameryka Południowa! Ogniste Latynoski, prawdziwi macho, samba, karnawał i telenowelowe romanse… Ale czy pod warstwą pastiszu rodem z filmu Tarantino nie kryje się przypadkiem coś więcej?

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Gdyby Quentin Tarantino był feministką, wpadł w melancholijny nastrój i postanowił stworzyć anime o Brazylii, być może powstałoby Michiko to Hatchin. Być może – bo nie wykluczam też nieco bardziej prawdopodobnej wersji wydarzeń, według której po prostu zabrakło mi pomysłu na lepsze porównanie, trafniej oddające specyfikę tytułu, co do którego ze stuprocentową pewnością jestem w stanie stwierdzić tylko jedno – to pierwsza seria, która tak dokładnie trafiła w moje upodobania (co można łatwo sprawdzić, spoglądając na ocenę). Na pytanie, czy Michiko to Hatchin jest dobrym anime, odpowiedzieć nie potrafię, wiem natomiast, że dla mnie – i być może tylko dla mnie – jest tytułem genialnym, przynajmniej w swojej kategorii.

Pierwszy odcinek może być dla potencjalnego widza mylący – nie licząc krótkich wstawek, przedstawiających uciekającą z więzienia ciemnoskórą kobietę, Michiko Malandro, oglądamy życie Hany – dziewczynki z rodziny zastępczej, dręczonej przez przybrane rodzeństwo i rodziców. Klasyczna historia o Kopciuszku? Sprawia to wrażenie taniego grania na emocjach – na szczęście, jak pisałem, mylne. W efektownym finale Michiko na seledynowym skuterze wpada przez okno do jadalni w domu Hany, pytając o nią. Dziewczynka i kobieta razem wyruszają w podróż, której celem ma być Hiroshi Morenos, mężczyzna z przeszłości Michiko i według niej ojciec Hany. Martwy, jeśli wierzyć plotkom.

Rzeczą, o której należałoby powiedzieć najpierw i która wywarła na mnie największe wrażenie, jest specyficzna konwencja, w jakiej zrealizowano Michiko to Hatchin. Przede wszystkim całość utrzymana jest w mocno przerysowanym, pastiszowym tonie – stąd porównanie do Tarantino, od którego zacząłem. Rodzina Hany z pierwszego odcinka to tylko jeden z wielu przykładów – później pojawia się na przykład zabójca­‑staruszek, który z powodzeniem odnalazłby się w obsadzie Pulp Fiction albo Kill Billa, kiedy indziej dostajemy jednoodcinkowy telenowelowy romans z małomiasteczkowym Casanovą – mężem fryzjerki – w roli głównej… Seria doskonale radzi sobie z lawirowaniem między konwencjami, przy czym najbardziej udały się fragmenty utrzymane w stylistyce filmu gangsterskiego, stanowiące jeden z najważniejszych elementów składowych Michiko to Hatchin. Trzeba jeszcze sprecyzować – pisząc „przerysowanym”, nie mam na myśli „przegięć” typowych dla japońskiej animacji, bo nie zobaczymy tutaj kiczowato kolorowych robotów, piersiastych nastolatek ani zniewieściałych bishounenów. Michiko to Hatchin zdecydowanie bliżej jest do zachodniego kina sensacyjnego i to właśnie z niego seria czerpie najwięcej. Ksiądz ze strzelbą, przybrany ojciec Hany z pierwszych odcinków, jak na standardy anime jest raczej mało efektowny – w porównaniu do elementów chrześcijańskich w seriach, w których takowe występują, wypada blado. Ale w sensownych i spójnych realiach przedstawionego tutaj świata, w tej stylistyce, jest czymś niezwykłym, zdecydowanie bardziej efektownym niż na przykład teoretycznie pokręcone, w praktyce udziwniane na siłę pomysły autorów typowych shounenów. Na tym jednak nie koniec, bo idea, na której opiera się Michiko to Hatchin, jest jeszcze nieco bardziej skomplikowana. Film sensacyjny w niezbyt poważnym klimacie zmieszano ze spokojniejszymi fragmentami z gatunku „okruchów życia”, co owocuje ciekawym efektem – wrażeniem, że spod „warstwy” pastiszu przebija się autentyczny, melancholijny dramat. Oczywiście ten dramat momentami też jest przerysowany, jak we wspomnianym odcinku o mężu fryzjerki, ale i tak połączenie sprzecznych konwencji robi wrażenie. Konsekwencja, z jaką pomysł zrealizowano, zasługuje na pochwałę – właśnie dzięki temu tytuł uzyskał unikatowy klimat.

Brazylia – a raczej fikcyjny kraj wzorowany na Brazylii – z jednej strony kicz jarmarków, karnawału i telenowel, z drugiej, zaraz obok, bieda slumsów, odrapanych budynków i wiosek na skraju cywilizacji… Trudno wyobrazić sobie lepszy wybór miejsca akcji dla tego typu opowieści. Świat Michiko to Hatchin jest jednocześnie spójny i niesamowicie różnorodny – w towarzystwie głównych bohaterek odwiedzamy brudne dzielnice biedoty i wielkomiejskie wieżowce, zapuszczamy się na granicę dżungli, do antycznych ruin rodem z którejś części przygód Indiany Jonesa i na ciągnące się kilometrami wyschnięte pustkowia. Każde z tych miejsc ma specyficzny klimat, ale też świetnie wpasowuje się w klimat całości – efekt jest imponujący, bo chociaż autorzy z pewnością wzorowali się na realnym świecie, udało im się stworzyć coś wielokrotnie bardziej fascynującego niż większość wykreowanych od podstaw rzeczywistości fantasy czy science­‑fiction, wypełnionych po brzegi nastawionymi na zainteresowanie odbiorcy udziwnieniami . Brudny, tani bar z chińskim żarciem w Michiko to Hatchin może okazać się o wiele ciekawszym miejscem niż gdzie indziej obce planety i inne wymiary.

Mimo że teoretycznie osią fabuły jest podróż w poszukiwaniu ojca Hatchin, trudno powiedzieć, o czym właściwie opowiada ta seria. Mamy tu główny wątek podróży (i jednocześnie ucieczki), mamy rozliczenie Michiko z jej przestępczą przeszłością, mamy rozwijającą się skomplikowaną relację dorosłego i dziecka, jest też Hiroshi Morenos – bohater dość enigmatyczny, którego powoli poznajemy z opowieści kolejnych postaci drugoplanowych. Niektórych może zniechęcić mieszanie stylów – film sensacyjny o gangsterskich porachunkach z odcinka na odcinek potrafi zmienić się w spokojne, pogodne „okruchy życia”. Konstrukcja jest raczej epizodyczna, ale w żadnym momencie nie miałem wrażenia, że którykolwiek odcinek jest niepotrzebny – choć, jeśli dobrze się zastanowić, część z nich nie wnosi niczego do fabuły, a co najwyżej rozwija w pewien sposób postaci. Z biegiem czasu kolejne elementy łączą się w spójną całość, zmierzającą do świetnego zakończenia – częściowo przewidywalnego i oczywistego, częściowo zaskakującego, z pewnością natomiast nie będącego ani konwencjonalnym, przesłodzonym happy endem, ani typowym dla niektórych anime zasypaniem hurtowymi ilościami tragizmu i depresji w samej końcówce.

Postaci to kolejny element wyróżniający Michiko to Hatchin. Na pierwszy plan wysuwają się oczywiście tytułowe bohaterki: Michiko to przerysowana latynoska „twarda laska”, która z czasem pokazuje jednak zupełnie inną niż wydawałoby się na pierwszy rzut oka osobowość – zwyczajna kobieta, matka, kochanka. Ma w sobie trochę prostoty, sporo naiwności – wielbiciele chodzących ideałów mogą się rozczarować, ale te wady dodają jej realizmu i stanowią świetne dopełnienie konstrukcji. Hatchin to typowe dziecko, czasem zaskakująco rozważne, czasem bezmyślne, z tendencją do obrażania się na cały świat, a zwłaszcza Michiko – a przy tym, nawet mimo całkiem realistycznego przedstawienia, sympatyczne. Oprócz tego przez całą serię przewija się jeszcze policjantka Atsuko i gangster Satoshi Batista, ale to dopiero początek – prawdziwym sukcesem autorów są postaci drugoplanowe, pojawiające się w krótkich epizodach, jako tło dla najważniejszych bohaterów. Przewijające się przez opowieść o podróży Michiko i Hany osoby, nawet te obecne tylko przez chwilę, zachwycają różnorodnością – zdarzają się konwencjonalne pomysły, takie jak występujący w ostatnich odcinkach inspektor policji, klasyczny „zły glina”, zdarzają się też takie, które stanowią dowód niesamowitej fantazji autorów – jak wspomniany już zabójca­‑staruszek. Obok nich poznajemy postaci zaskakująco zwyczajne i całkiem realistyczne – jak choćby pragnącą przedwcześnie dojrzeć rówieśniczkę Hatchin, dziewczynkę z cyrku zakochaną w dorosłym mężczyźnie.

Na temat konstrukcji fabuły i postaci trzeba powiedzieć jeszcze jedno – w Michiko to Hatchin spokojnie można mówić o „przesłaniu feministycznym”. Bądź co bądź, co w samym streszczeniu historii widać dość wyraźnie, seria jest opowieścią o dwóch silnych kobietach, stawiających czoła przeciwnościom losu. Pozytywnie zaskakuje to, że elementy feministyczne wprowadzono do fabuły w miarę nienachalnie – nie przeszkodzą nikomu, kto ich nie lubi, natomiast z pewnością spodobają się paniom.

Animacja jest niestety nierówna – widać wyraźnie, że na rysowanie postaci w niektórych odcinkach poskąpiono czasu i funduszy. Niestety te słabsze momenty są w tym przypadku bardzo widoczne – bo poza nimi oprawa wizualna Michiko to Hatchin prezentuje się świetnie. Charakterystyczna kreska i projekty postaci stoją na wysokim poziomie, tła często zachwycają – są równie różnorodne jak miejsca, które odwiedzamy (dżungla, pustynia, miasto, wioska…) i zawsze wykonane z wielką dokładnością, a przy tym niezwykle kolorowe i jednocześnie brudne, realistyczne. Gdyby nie kulejąca miejscami animacja, zastanawiałbym się nawet nad wystawieniem maksymalnej oceny za ten element.

Opening Paraiso w wykonaniu zespołu jazzowego SOIL&”PIMP”SESSIONS to świetna rzecz, wzbudzająca skojarzenia ze znanym i lubianym Tank!, towarzyszącym czołówce Cowboya Bebopa, ale tak naprawdę stanowiąca tylko preludium do ścieżki dźwiękowej. Jej autor – Kassin – stworzył coś niesamowitego, zbiór utworów niezwykle różnorodnych, a przy tym pasujących do całości, współtworzących klimat serii (czasem pogrywając w tle, czasem wychodząc na pierwszy plan i stając się równie ważnym elementem niektórych scen, jak animacja), ale nadających się też do słuchania niezależnie od anime. W większości panuje tu luźny, jazzowo­‑funkowy klimat z nutką egzotyki (autor inspiruje się muzyką brazylijską, między innymi sambą, więc w niektórych utworach słychać to wyraźne „tropikalne” brzmienie), ale jest też trochę elektroniki, hip­‑hopu (Alça de mira, czy pozbawione wokalu, ale przypominające typowy beat Dulcimin’), pojawia się bardziej tradycyjna, melancholijna pieśń z solowym wokalem i akompaniamentem gitary klasycznej Desencanto, dyskotekowe Febre 1980 i proste, ale ekspresyjne solo na gitarę elektryczną Sozinho, u mnie wzbudzające odległe skojarzenia z muzyką Neila Younga do Truposza Jima Jarmuscha. Nieraz Kassin zapuszcza się w obszary muzycznego kiczu – jak choćby w idiotycznej balladzie miłosnej Prova de amor – ale nawet takie utwory pasują do panującego w Michiko to Hatchin klimatu, są jakby mrugnięciem do widza (słuchacza) – przynajmniej mnie trudno nie uśmiechnąć się na dźwięk niezbyt czystego, „romantycznego” wielogłosu we wspomnianym kawałku. Średnio na tle reszty utworów wypada ending Best Friend zespołu Karutetto – na szczęście rekompensuje to zastępująca go w ostatnim odcinku piosenka Nada pode me parar agora, towarzysząca końcowym scenom serii i stanowiąca ich doskonałe dopełnienie. Na koniec jeszcze słówko o seiyuu – wykonali swoją pracę bardzo dobrze, na podziw zasługują zwłaszcza podkładające głosy pod tytułowe bohaterki Suzuka Ougo i Youko Maki, debiutantki, którym udało się stworzyć charakterystyczne i zapadające w pamięć kreacje.

Konkluzja z cyklu „komu polecić”– Michiko to Hatchin to bez wątpienia tytuł z najwyższej półki, pozycja obowiązkowa dla wielbicieli filmów sensacyjnych z przymrużeniem oka i spokojnych, uczuciowych opowieści (jednocześnie, bo lubiący tylko jeden z tych elementów niekoniecznie będą zachwyceni). Połączenie sprzecznych konwencji może nie przypaść do gustu niektórym, a innych nawet odrzucić – ja jestem wielbicielem tego typu mieszanek, więc byłem serią zachwycony, ale ci, którzy za nimi nie przepadają, mogą zrezygnować z oglądania. Pozostaje jeszcze kwestia „oryginalności”, w tym przypadku niekoniecznie działającej na plus – wydaje mi się, że można by zarzucić temu tytułowi „mało anime w anime”, bo chociaż części widzów spodoba się niestandardowy sposób opowiedzenia historii, inni mogą rozczarować się tym, że nie znajdą tutaj tego, co w japońskiej animacji lubią najbardziej. Gorąco polecam – nie tylko fanom anime, ale też wielbicielom dobrego kina w ogóle, bo Michiko to Hatchin wydaje mi się właśnie jednym z tych tytułów, które spokojnie można pokazać osobom nie oglądającym anime na co dzień.

JJ, 30 marca 2009

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Caliente Latino, Manglobe
Projekt: Hiroshi Shimizu, Shigeto Koyama
Reżyser: Sayo Yamamoto
Scenariusz: Takashi Ujita
Muzyka: Kassin

Wydane w Polsce

Nr Tytuł Wydawca Rok
1 Michiko & Hatchin vol. 1 Anime Virtual 2009
2 Michiko & Hatchin vol. 2 Anime Virtual 2009
3 Michiko & Hatchin vol. 3 Anime Virtual 2010
4 Michiko & Hatchin vol. 4 Anime Virtual 2010
5 Michiko & Hatchin vol. 5 Anime Virtual 2010
6 Michiko & Hatchin vol. 6 Anime Virtual 2010