Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Studio JG

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

5/10
postaci: 6/10 grafika: 5/10
fabuła: 4/10 muzyka: 3/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

5/10
Głosów: 6
Średnia: 5
σ=1

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (moshi_moshi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Kaitouranma: The Animation

Rodzaj produkcji: seria OAV
Rok wydania: 1999
Czas trwania: 2×30 min
Tytuły alternatywne:
  • Samurai: Hunt for the Sword
  • 快刀乱麻 THE ANIMATION
zrzutka

Samuraje, ninja, piękne kobiety oraz… świetlne miecze?!

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Młody Shinjuro dosyć niespodziewanie zostaje mistrzem dojo, co wywołuje sprzeciw większości uczniów. Niezadowoleni z faktu, że tak niedoświadczony chłopak ma ich od tej pory trenować, opuszczają szkołę. Tymczasem nad naszym bohaterem zbierają się ciemne chmury: tajemniczy samuraj Mikage pragnie zdobyć legendarny miecz, aby za jego pomocą obalić rządy znienawidzonych Tokugawów, i to właśnie Shinjuro przypadnie zadanie powstrzymania go. Z pomocą nie przychodzi mu grupa dzielnych wojowników (niestety), a stadko ponętnych, biuściastych i tęczowowłosych panienek.

Jestem ostatnią osobą, która z przyjemnością ogląda perypetie tępych jak patyczek do lodów chłopaków, nie wiadomo dlaczego otoczonych wianuszkiem ślicznych i niezbyt inteligentnych dziewuszek. Tym, co przyciągnęło mnie do Kaitouranma: The Animation nie byli więc bohaterowie, a miecze, ściślej mówiąc, świetlne miecze. Zapytacie zapewne, co w serii o epoce szogunatu robią te cuda kosmicznej myśli technicznej? Odpowiedź brzmi: też chciałabym to wiedzieć… Niezależnie od dziwacznego pomysłu scenarzysty, serię da się przełknąć bez mrugnięcia okiem i nawet można się przy okazji trochę pośmiać. Anime nawet nie próbuje udawać czegoś ambitnego, to jedynie kolejna próba uatrakcyjnienia znanego schematu. Pytanie tylko, co jest motywem przewodnim, a co dekoracją? Z jednej strony mamy niezbyt dobrze wykorzystany pomysł mitycznych, superpotężnych mieczy i zemsty na panującym rodzie. Z drugiej ciamajdowatego bohatera, któremu spędza sen z powiek równie mocno, jak nieuchronna konfrontacja z wrogiem, gromadka uroczych kobiet, bardzo chętnych do wszelkiej pomocy. O dziwo, pomimo takiego założenia, nie ma tu zbyt wielu elementów fanserwisu, a te, które się pojawiają, są na przyzwoitym poziomie. Żarty do zbyt wyszukanych nie należą i krążą gdzieś w okolicach klatki piersiowej, ale w porównaniu z wieloma nowszymi produkcjami sprawiają wrażenie wręcz purytańskich (swoją drogą, zaprezentowano tu genialny sposób rozpoznawania ninja w cywilu). Mimo że akcja rozgrywa się w epoce samurajów, na próżno szukać tu efektownych pojedynków, wspaniałych bitew czy krwawej i podstępnej walki o władzę. Jest za to dużo dyskusji o niczym, bezcelowe szwendanie się po mieście oraz coś na kształt wątku romantycznego. Finałowy pojedynek to kompletna porażka, zwłaszcza biorąc pod uwagę rodzaj i możliwości używanej broni. Brak jakiejkolwiek choreografii czy udanych efektów specjalnych, ot – kilka wybuchów, trochę chmur pyłu oraz ciała ludzkie wypełnione keczupem…

Seria w dużej mierze daje się obejrzeć dzięki bohaterom, którzy co prawda nie grzeszą inteligencją czy rozbudowanymi osobowościami, ale jakimś cudem dają się lubić. Być może wynika to z faktu, że Shinjuro zachował resztki mózgu i prezentuje się całkiem wiarygodnie jako młody, nieco zagubiony, ale w gruncie rzeczy odważny szermierz, który troszczy się o los innych. Za kolejny plus uważam relacje łączące wianuszek pań z głównym bohaterem, które sprytnie wymykają się utartym schematom. Całkiem udanym zabiegiem było ograniczenie ilości kobiet zainteresowanych w sposób romantyczny naszym rodzynkiem do dwóch. Oczywiście reszta bohaterek również otrzymała mnóstwo czasu antenowego na zaprezentowanie swoich wdzięków, ale poza siostrzaną czy matczyną troską, nie żywią one żadnych głębszych uczuć do Shinjuro. Co więcej, większość z nich posiada zdolności bojowe, dzięki czemu nie pełnią jedynie roli ruchomych dekoracji. Niestety o antagonistach nie dowiadujemy się wiele, a szkoda, ponieważ Mikage ma zadatki na interesujący, nie do końca czarny charakter.

Audiowizualnie seria prezentuje się bardzo przeciętnie i tak naprawdę niski budżet czuć na kilometr. Problem polega na tym, że nawet nie mając dużych środków finansowych, rysownicy mogli zadbać o tak podstawową rzecz, jak anatomia, a niestety nie zrobili tego. Efekty są takie, że postacie często mają dziwacznie powykrzywiane twarze, kiedy siedzą, ich kończyny są zdecydowanie za krótkie i wygląda to tak, jakby ktoś głowę dorosłej osoby nasadził na korpus dziecka. Kuriozum była scena z pierwszego odcinka, w której jedna z bohaterek pokazana od tyłu została praktycznie pozbawiona bioder i pupy, ot, tułów ustawiony na stelażu. Na osobną uwagę zasługują włosy panów, które zostały wykrochmalone i uprasowane, co najlepiej widać na przykładzie końskich ogonów Shinjuro i Mikage. Słowo daję, że gdyby ktoś mocno za nie złapał w odpowiednim miejscu, po prostu by się złamały. Oszczędność widać zwłaszcza w animacji, której daleko do ideału. I tak rzadkie pojedynki ograniczono głównie do zbliżeń twarzy i kilku machnięć miecza, a nawet do pokazywania z oddali chmur ciemnego pyłu, na zasadzie skojarzenia „tam właśnie dzieje się coś ważnego”. Oprawa muzyczna nie zachwyca, szczerze mówiąc, niewiele z niej pamiętam, a biorąc pod uwagę to „niewiele”, uważam, że to całkiem dobrze. Te dwa nieszczęsne utwory, które mój mózg przyswoił, to ending oraz motyw towarzyszący „przebudzeniu” legendarnego miecza. Co do piosenki I Must Live, mam pewną teorię, a mianowicie: twórcy dostali gotowy tekst oraz całkiem chwytliwą i energiczną melodię, nawet wybrali zdolną piosenkarkę, która miała to zaśpiewać. Niestety w dniu nagrania bidulka rozchorowała się strasznie, a nie chcąc tracić czasu, twórcy zgarnęli przechodzącą korytarzem sprzątaczkę o wdzięcznym przezwisku uco i to jej powierzyli zadanie wykonania piosenki. W ten sposób zamiast potencjalnego hitu otrzymali kiepskie karaoke, które ze względu na zbliżający się ostateczny termin musieli wykorzystać. Natomiast drugi utwór został stworzony przez wielkiego fana filmów o Drakuli oraz mrocznych i podniosłych kompozycji organowych (ku mojej wielkiej uciesze).

Kaitouranma: The Animation to produkcja bardzo przeciętna, ale niepozbawiona swoistego uroku. Inna sprawa, że urok ten wynika z mnóstwa absurdalnych i niepoważnych pomysłów wepchniętych do scenariusza. Serię trudno polecić jakiejś konkretnej grupie osób: miłośnicy kina samurajskiego będą zawiedzeni brakiem pojedynków czy wyjątkowo naciąganą „intrygą”, z kolei fanom haremówek nie spodoba się brak rozwinięcia wątku romansowego i mała ilość „przedpotopowego” fanserwisu. Ot, kolejna produkcja, która ani ziębi, ani grzeje.

moshi_moshi, 2 września 2009

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: AIC (Anime International Company)
Projekt: Hidekazu Shimamura
Reżyser: Masahiro Sekino
Muzyka: Yuuzou Hayashi