Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Komikslandia

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

1/10
postaci: 1/10 grafika: 1/10
fabuła: 1/10 muzyka: 3/10

Ocena redakcji

1/10
Głosów: 6 Zobacz jak ocenili
Średnia: 1,17

Ocena czytelników

4/10
Głosów: 236
Średnia: 3,76
σ=2,74

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Easnadh)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Okane ga Nai

Rodzaj produkcji: seria OAV
Rok wydania: 2007
Czas trwania: 4×25 min
Tytuły alternatywne:
  • No Money
  • お金がないっ
Tytuły powiązane:
Gatunki: Dramat, Komedia, Romans
Postaci: Pracownicy biurowi; Rating: Nagość, Seks; Pierwowzór: Manga, Powieść/opowiadanie; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Realizm, Shounen-ai/yaoi
zrzutka

Tytuł anime brzmi: „Nie ma pieniędzy”. A ja twierdzę, że nie ma ani pieniędzy, ani fabuły, ani oprawy technicznej i muzycznej, ani czegokolwiek innego.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Istnieją pewne mangi, które absolutnie nie powinny zostać zekranizowane, a mimo to jakaś grupa oszalałych desperatów pozbawionych instynktu samozachowawczego wpada na iście idiotyczny pomysł: „A my to sfilmujemy!” i trzyma się go kurczowo. Dokładnie tak wygląda sytuacja w przypadku Okane ga Nai, anime na podstawie mangi powstałej przy współpracy Hitoyo Shinozaki (fabuła) i Touru Kousaki (rysunek). Ani kreska, ani fabuła oryginału (twierdzę tak pomimo tego, że przeczytałam tylko kilka rozdziałów, bo więcej nie byłam w stanie, ale w zupełności mi one wystarczyły) nie należą do tych, które wywołują nagłą i gwałtowną potrzebę przerobienia go na wersję ruchomą. A więc dlaczego? Prawdziwa zagadka. Cóż, jest takie stare powiedzenie, że gdy nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze, a Okane ga Nai ma, wbrew pozorom, dość liczną grupę fanek, które aby pozachwycać się słodkim i wiotkim Ayase, najprawdopodobniej kupią wszystko. Ale nie wybiegajmy za bardzo do przodu, część czytelników nie wie jeszcze, kim jest Ayase. A więc – zacznijmy od początku.

Otóż główny bohater, osiemnastoletni Yukiya Ayase, ma straszliwego pecha – z całej rodziny został mu tylko jeden kuzyn, Tetsuo Ishii, który jest zwykłym samolubnym skurczybykiem – gdy zadłużył się u mafii (i nie tylko), nie zawahał się przed wystawieniem na aukcję Ayasego, aby uratować swój wątpliwej wartości tyłek. Aukcja owa jest niezwykle ekskluzywna i biorą w niej udział sami starsi, ohydni i obrzydliwie bogaci mężczyźni. Śliniąc się, wpatrują się w oglądanego ze wszystkich stron (ze szczególnym uwzględnieniem okolic poniżejpasowych) chłopaka. Nagle, w deszczu fruwających banknotów, pojawia się młody i przystojny (przynajmniej taki miał być w zamierzeniu twórców) lichwiarz, Somuku Kanou, który za cenę 120 milionów (według aktualnego kursu: 3 miliony 684 tysiące złotych) jenów kupuje zszokowanego i przerażonego chłopca i zabiera go do swojego apartamentu. A wszystko dlatego, że kiedyś, gdzieś tam, zdarzyło się przypadkiem tak, że Ayase jednorazowo mu pomógł. Biedny chłopak tego jednak nie pamięta, dodatkowo, nawet po wyjaśnieniu mu całej sytuacji, upiera się przy pragnieniu ratowania kuzyna (co jednoznacznie dowodzi, iż jest on najwyraźniej kompletnie pozbawiony fałd mózgowych). Zdesperowany Kanou wynajduje sposób, aby zbliżyć się do Ayasego: mianowicie uwolni go, gdy dostanie zwrot długu. Sposób, w jaki chłopak będzie mógł zarobić pieniążki, jest łatwy i przyjemny (?) – za każdorazowy seks z Kanou dostanie 500 tysięcy jenów (15 tysięcy 350 złotych). Cóż, eteryczny uke może i nie ma fałd mózgowych, ale brutalny seme wcale pod tym względem nie pozostaje w tyle, na dodatek wykazując totalny brak wyczucia i znajomości natury ludzkiej. Ach, i jak w takim razie potoczą się dalsze losy naszych bohaterów i ich związku?

Szczerze mówiąc – nijak. Ewentualnie wyjątkowo idiotycznie. Nie owijając w bawełnę: w Okane ga Nai nie udało mi się dostrzec żadnych zalet czy sensu. Najprawdopodobniej z żalu poszły się powiesić. Podczas czterech odcinków pojawiają się jakieś dziwne machlojki polityczne, szantaże, porwania, przez ekran przebiega parę razy yakuza, a wszystko to jest tak głupie, że szukanie jakiejkolwiek logiki zupełnie mija się z celem. Teoretycznie osią fabuły (której, tak po prawdzie, w anime nie ma) jest jednak wątek pseudoromantyczny, który ogranicza się do gwałtu, seksu po pijaku, stosowania w praktyce porad z książki o hodowli chomików i próby wkręcenia ukochanego do filmu pornograficznego. I to w zasadzie byłoby wszystko, więcej w czterech odcinkach się nie zmieściło. Całe szczęście. Aha, w tym miejscu muszę coś wyjaśnić: w wyróżnikach do recenzji wpisałam „Dramat”, „Komedię” i „Romans”, bo anime próbuje udawać, że ma to wszystko, plus jakieś tam elementy kina akcji, ale wybitnie mu to nie wychodzi (a poza tym musiałam coś wpisać, bo jak by to wyglądało…). Całość jednak ani nie jest śmieszna, ani dramatyczna, ani romantyczna, a akcja ogranicza się do paru absurdalnych i bezsensownych nagłych wydarzeń i zwrotów.

Postaci w Okane ga Nai nie ma wiele, ale i tak zdecydowanie za dużo, jak na cztery odcinki. Na dodatek są one niezwykle wręcz szablonowe: seme jest wysoki, kanciasty i męski, uke niewiarygodnie drobny, słaby i niewinny, bohaterowie źli są Źli do szpiku kości i pozbawieni skrupułów, a jeden przebieraniec latający w kobiecym kimonie popisuje się na prawo i lewo kobiecą (?) intuicją. Zaś cechą charakterystyczną wszystkich jest absolutna nienaturalność i klonowatość. Kanou jest tępym, brutalnym zboczeńcem, którego charakter jest sztuczny i absolutnie pozbawiony jakichkolwiek głębszych rysów. Bardziej porażającą głupotą cechuje się tylko Ayase, który jest wręcz rozpaczliwie łatwowierny, naiwny i nieporadny. Współpracowników Kanou najtrafniej można scharakteryzować słowem „kolumienki”, bo tylko stoją i nic nie robią, a członkowie mafii to najzwyklejsza armia klonów. W ostatnich odcinkach pojawia się przefarbowany na blond operator kamery, Toranosuke Gion, który ma najprawdopodobniej służyć za element komediowy, jednak wydawał się po prostu irytujący; cóż, być może mam przestarzałe poczucie humoru i w ogóle jestem drętwa. Najbardziej sensowną postacią jest Kaoruko Someya, okama, który przesiaduje w biurze Kanou, jednak pomimo wszystko nie jest on szczególnie oryginalnym i udanym bohaterem, a jego sensowność polega najprawdopodobniej na tym, że reszta postaci jest po prostu nie do życia.

Zabiegiem, który zawsze mnie dziwił w niektórych mangach i anime yaoi (pojawiającym się także w Okane ga Nai), jest zrobienie uke tak dziewczęcego, że od bycia prawdziwą dziewczyną odróżniają go tylko wybrzuszenia i ich brak w strategicznych miejscach. Wydaje mi się to okrutnie nielogiczne – bo skoro strona podporządkowująca się i tak wygląda jak kobieta, to czemu po prostu nie zrobić z tego zwyczajnego shoujo? W efekcie otrzymujemy tytuł, w którym głównymi bohaterami są facet i prawie­‑baba, i takie z tego yaoi, że o kant krzywej facjaty Kanou rozbić.

Skoro już jesteśmy przy krzywej twarzy Kanou, to parę słów o stronie technicznej. Na pierwszy rzut oka widać, że twórcy mieli mały budżet: animacja jest oszczędna i prosta. Postaci wyglądają, jakby połknęły kij od szczotki, a poruszają się w kanciasty sposób. Ponadto ich twarze przypominają dzieła Picassa: na owalu… tfu!, na nieforemnym wielokącie twarzy Kanou oczy znajdują się po prawej, a usta po lewej, Ayase natomiast ma brwi, które zaczynają się tuż przy uszach, a kończą gdzieś na środku czoła, pod nimi zaś drżą niezwykle krzywe, opadające w dół, wielkie na pół twarzy oczęta. O postaciach żeńskich (sztuk jedna) czy też pseudożeńskich (Someya) aż strach pisać – tak brzydkich kobiet jeszcze nie widziałam, oczy mają narysowane w sposób koszmarny. Proporcje i anatomia to po prostu puste pojęcia i nawet nie warto o nich wspominać. Tła jako takie istnieją, nie są one jednak szczególnie zróżnicowane, ot, schematyczne miasto nocą, ściany, żaluzje, kanapy i fotele oraz obszerna półka z alkoholami, która pojawia się w paru różnych wnętrzach. Dodatkowo są one przeraźliwie puste, przykładowo w sypialni jest tylko łóżko (i telefon), a w kuchni segment, kuchenka, zlew, jakieś półki i tyle. Zero jakichkolwiek realnych oznak, że ktoś jednak tam mieszka, wszystko wygląda jak atrapa w sklepie meblowym. Jeśli już omawiamy grafikę, warto wspomnieć o zastosowanych w Okane ga Nai sposobach na cenzurę. A były one różne: od zwyczajnego nagłego przyciemnienia czy też rozjaśnienia połowy kadru, przez idiotycznie wyglądające zasłonięcie strategicznych miejsc pojawiającymi się nagle na ekranie zrzutkami, aż do najbardziej chyba śmiesznego wybiegu autorów, czyli konturów wypełnionych falistymi liniami o kłujących w oczy kolorach (wrażenie było tak komiczne i psychodeliczne, że zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno twórcy byli trzeźwi, kiedy to wymyślili).

W porównaniu z całym anime, opening i ending prezentują się wcale nieźle, jakkolwiek nie zaliczyłabym ich do wyjątkowych osiągnięć w kategorii muzyki. Piosenka początkowa Romance Way, śpiewana przez grupę ISSEI, jest dość melodyjna i nawet wpada w ucho. Z kolei ending, Itoshii Hito yo Eien ni Nukumori o Tsutaete… jest wykonywany przez dwóch seiyuu (w tym, ku memu zaskoczeniu, jedną z „kolumienek”) i nie wydał mi się szczególnie udany (głównie dlatego, że jeden ze śpiewających ma dość wysoki i fałszujący głos). Co do muzyki w tle – logicznie rozumując, zakładam, że jakaś była, jednak zupełnie jej nie pamiętam. Najwidoczniej nie była na tyle różnorodna czy wyróżniająca się, by mnie zainteresować. Moją uwagę bardziej pochłaniały powtarzające się nieustannie jęki i stękania Ayasego, które zaczęły mnie rozśmieszać (i przerażać) jeszcze bardziej, gdy uświadomiłam sobie, że pod tę postać podkłada głos nie kto inny, jak Jun Fukuyama (Lelouch z Code Geass: Hangyaku no Lelouch, Keiichi Shimizu z La Corda d’Oro, Grell z Kuroshitsuji, Hanabusa Aidou z Vampire Knight). Jakim cudem twórcy zmusili go do wydawania takich dźwięków, nie mam pojęcia. Najprawdopodobniej cichaczem podali mu trzy stoperany, nakarmili, a potem zamknęli na kilka dni w WC, czatując cały czas pod drzwiami z dyktafonem w ręce. W pozostałych rolach możemy usłyszeć Juuroutę Kosugiego (Dryden z The Vision of Escaflowne, Akio Ohtori z Revolutionary Girl Utena) jako Kanou, Nobuo Tobitę (Lumiale z Angelique, Randy McLane z Fake) jako Someyę czy Ryoutarou Okiayu (Yuu Matsuura z Marmalade Boy, Ranmaru Samejima z Kizuny) jako Giona.

Po napisaniu tego wszystkiego nasuwa się jeden wniosek: całe to anime to jedno wielkie nieporozumienie. Gdyby ono jeszcze ładne i ciekawe graficznie było… Ale przy ograniczonych funduszach twórcy mogli być pewni, że nic takiego nie uda im się stworzyć, a gdy dodamy do tego niezwykle słabej jakości materiał na fabułę – powstanie małego koszmarku mamy jak w banku. Jeszcze kilka seansów takich anime, a, przy całej mojej sympatii do gatunku, nie byłabym już w stanie patrzeć na yaoi. Tak wypaczonej wizji „miłości” i „romansu” nie mogę polecić nikomu.

Easnadh, 14 września 2009

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Happinet Pictures
Autor: Hitoyo Shinozaki
Projekt: Sawako Yamamoto
Reżyser: Makoto Sokuza
Scenariusz: Hitoyo Shinozaki