Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyuu.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 6/10 grafika: 7/10
fabuła: 6/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

5/10
Głosów: 9 Zobacz jak ocenili
Średnia: 5,11

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 163
Średnia: 7,02
σ=1,79

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Grisznak)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Senjou no Valkyria -Gallian Chronicles-

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2009
Czas trwania: 26×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Valkyria Chronicles
  • 戦場のヴァルキュリア GALLIAN♦CHRONICLES
zrzutka

Jak to na wojence ładnie, gdy całusa się ukradnie, czyli jak na podstawie świetnej gry zrobić do bólu przeciętne anime.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Ekranizacje gier wideo to jedno z największych bagien w dziejach anime. Kuszą gotowymi wzorcami, wyrobioną marką i pewną popularnością wśród sporej grupy osób. Problem polega na tym, że jak świat światem, udane adaptacje tego rodzaju można policzyć na palcach jednej ręki. Valkyria Chronicles tego wąskiego grona w żadnym stopniu nie poszerzy, niestety. A szkoda, bo baza wyjściowa była naprawdę niezła, gdyż anime to powstało w oparciu o jedną z najlepszych gier, jakie ukazały się na konsolę PlayStation 3, z powodzeniem łączącą wątki taktyczne i j­‑RPG.

Rok 1935, kontynent zwany Europą (choć niezbyt przypominający ten, na którym żyjemy) podzielony jest pomiędzy dwa zwaśnione bloki militarne – Wschodnioeuropejski Sojusz Imperialny (mocno wzorowany na Cesarstwie Niemieckim) i Federację Atlantycką (coś jakby Ententa). Gospodarka i technologia obu stron uzależnione są od rudy zwanej ragnite, o której złoża toczą się walki. Chcąc przejąć inicjatywę, Imperium atakuje Federację, szybko spychając ją do obrony. W związku z błyskawicznymi postępami, dowódcy wojsk imperialnych decydują się otworzyć drugi front i uderzają na neutralne państwo Galia, położne na północnym zachodzie. Na czele wojsk staje chorobliwie ambitny książę Maximilian, który wierzy, że szybki podbój Galii otworzy przed nim drogę do korony cesarskiej. Ma ponadto własne plany, w realizacji których pomóc mu ma krocząca za nim niczym cień Selveria, przez wielu zwana wiedźmą.

Jednym z pierwszych miejsc, które pada ofiarą napaści, jest niewielkie przygraniczne miasteczko Bruhl. Opuszczone przez regularne wojska, zostaje obsadzone przez jednostki milicji, czyli ochotniczej obrony terytorialnej, złożone z mieszkańców miasta i okolic. Pewnego dnia, podczas patrolu, Alicia Melchiott, w cywilu piekarka, łapie podejrzanego chłopaka, który siedzi koło mostu i coś rysuje. Niewiele myśląc, aresztuje „szpiega”, by dopiero po pewnym czasie przekonać się, iż zatrzymała Welkina Gunthera, syna słynnego galijskiego generała. Zanim wszystko się wyjaśni, na miejsce przybywają imperialne wojska, które zapewne zmiotłyby słabą obronę Bruhl z powierzchni ziemi, gdyby nie znaleziony w domu Guntherów czołg, kierowany przez przybraną siostrę Welkina – Isarę. Edelweiss, jedyny pojazd tego typu, pokonuje czołgi Imperium i umożliwia obrońcom miasta wycofanie się. Wkrótce potem Welkin, Isara i Alicia spotykają się ponownie, już jako żołnierze Oddziału Siódmego galijskiej milicji, na czele którego stoi Welkin. Razem przyjdzie im przejść przez piekło (hmm…) wojny.

Potencjał, jaki miała Valkyria Chronicles, został zabity właściwie na starcie, przy podstawowym założeniu anime. Jest ono bowiem wiernym fabularnym odbiciem gry, a w rezultacie nie jest to tytuł interesujący dla graczy. Ci, którzy w tę pozycję grali, dostaną wyłącznie długą (26 odcinków) powtórkę z rozrywki, której będą już tylko biernymi (a nie tak jak w grze – czynnymi) uczestnikami. Ci, którzy nie grali, a chcieliby zagrać (a gra sama w sobie jest bardzo udana), powinni się wystrzegać anime jak ognia, gdyż totalnie zaspoileruje im fabułę. Zostają zatem wyłącznie fani anime. A i oni nie mają zbyt wielu powodów do radości, gdyż Valkyria Chronicles potwierdza starą zasadę, mówiącą o tym, że nawet jeśli dana historia nieźle sprawdza się jako scenariusz gry, to niekoniecznie musi nadawać się na scenariusz anime.

Nie jest moją ambicją wytykać wszystkie błędy, śmiesznostki i wpadki natury militarnej. Przyczyna jest trywialna – gdybym chciał to robić, recenzja ta musiałaby być dwa lub trzy razy dłuższa. Wojna w Valkyria Chronicles to przepychanka przy pomocy mas czołgów, za którymi tu i ówdzie biega piechota. To jednak pewna szczególna konwencja, którą, jeśli oglądamy anime, musimy przyjąć. Nie to jednak irytuje w obrazie wojny najbardziej – gorsza jest bowiem niekonsekwencja scenarzystów. Przez 2/3 serii oglądamy tak naprawdę serial obyczajowo­‑romantyczno­‑komediowy, gdzie od czasu do czasu w tle pojeżdżą czołgi czy ktoś postrzela, ale większy wpływ na fabułę niż bitwy ma trójkącik romantyczny, w który zaangażowani są bohaterowie. Nagle, w ostatnim wątku fabularnym, twórcy przypominają sobie, że toczy się jakaś wojna. Nagle wszystko się zmienia, bohaterowie, wcześniej nieśmiertelni, zaczynają ginąć jeden po drugim, a fabuła gna ku finałowi, gubiąc po drodze sens i logikę, obrażając inteligencję widza tak często, że w zasadzie powinien on, urażony tym faktem, przerwać oglądanie. Co gorsza, widać gołym okiem podstawowy lęk twórców – bali się oni nazwać strony konfliktu po imieniu. Wiadomo, że chodzi o naszą Europę, o Niemcy i aliantów. Niby na mapach widać jakiś dziwny kontynent z fikcyjnymi państwami, ale gdy spojrzymy na mapy znajdujące się np. w gabinetach bohaterów, można na nich dostrzec prawdziwe kształty i państwa europejskie, ba, zauważyć się tam nawet da „Kingdom of Poland”. Nic jednak nie rozbawiło mnie tak, jak wiszący w królewskim pałacu obraz, przedstawiający Napoleona Bonaparte przekraczającego Alpy… na jednorożcu. Jakby było tego mało, dorzucono nam wątek prześladowanej mniejszości à la Żydzi.

Co nieco o bohaterach – niestety, postaci główne są boleśnie wręcz nijakie. Nie spróbowano nawet poszerzyć ich obrazów psychologicznych względem gry, przez co Welkin jest wyjątkowo irytującym bubkiem (typu Fana Hyulicka z Tytanii) a Alicia do bólu zwyczajną panienką. Najciekawiej wypadają bohaterowie drugiego planu, Isara, podkochujący się w Alicii kumpel Welkina – Faldio, będący dowódcą Oddziału Dziewiątego, weterani – Rosie i Largo, czy zadurzony w Isarze Ramal. Aha, oczywistą oczywistością jest to, że głównodowodzący armii to kretyni, dzięki czemu nasi bohaterowie raz po raz mogą się wykazywać. Podobnie rzecz ma się po drugiej stronie barykady – Maximilian to sztampowy maniak zżerany przez własną ambicję (i pomyśleć, że mówi głosem Leloucha…), stylizowany wizualnie na Luliusza, pardon, Juliusza Cezara. Towarzysząca mu trójka generałów to tajemnicza Selveria (miseczka D albo i więcej), Berthold Gregor (wyglądający i zachowujący się jak japońscy generałowie z okresu drugiej wojny światowej) i jedyna ciekawsza postać w tym gronie, czyli Radi Jaeger. Zapomniałbym, całkiem sympatyczną, ale spychaną na trzeci plan postacią jest adiutant Maximiliana. No i Hans, skrzydlata świnka, przygarnięta przez żołnierzy Oddziału Siódmego, jedna z ofiar niekonsekwencji twórców (świetny rozśmieszacz, który w pewnym momencie zupełnie znika z pola widzenia). Jako że dziś żadne anime nie może się obyć bez udziału mniejszości seksualnych, wśród żołnierzy Welkina znalazło się miejsce i dla geja.

Gra wykorzystywała nowatorskie rozwiązania graficzne w oparciu o silnik Sega CANVAS, dający możliwość tworzenia złudzenia grafiki malowanej ręcznie, przy pomocy farb, choć w rzeczywistości rysowanej całkowicie na komputerze. W anime starano się do tego nawiązać, co widać, jeśli się uważnie przyjrzymy np. sposobom nakładania kolorów w niektórych miejscach. Jednak już projekty postaci wyglądają ubogo, jeśli je porównać z grą (co najbardziej razi w przypadku Alicii, wyglądającej w anime zwyczajnie lalkowato). Najlepszym elementem graficznym są projekty mechaniczne – co prawda próżno na świecie szukać dokładnie takich samych czołgów, jak te jeżdżące po polach bitew w Galii, jednak uważne oko dostrzeże pewne podobieństwa między np. działem kolejowym Gregora a niemieckim działem kolejowym Leopold, lub czołgiem używanym przez Maximiliana a ciężkim czołgiem francuskim FCM2C. Muzyka jest całkiem miła dla ucha, podobnie ma się rzecz z openingami i endingami, ale… drugi opening to jeden wielki spoiler, pokazujący rzeczy, o których widz na tym etapie nie ma prawa się dowiedzieć (nawet jeśli podejrzewa). To akurat spora wpadka.

Summa summarum dostaliśmy przeciętne anime na bazie świetnej gry. Nihil novi sub sole, można by rzec, bo tak to się zwykle kończy. Pamiętam sytuację na Mokonie w 2008 roku, kiedy to przy PlayStation 3, na którym chodziło Valkyria Chronicles, siadła pokaźna grupa osób i przez kilka bitych godzin grała w tę grę, choć to tytuł dla jednego gracza, a wokół pełno było gier wieloosobowych. Anime raczej pozostanie w cieniu gry, jako odprysk franczyzy i nic poza tym. O tym, że fanów gry raczej nie zainteresuje – pisałem wyżej. Miłośnicy militariów to z kolei osoby wrażliwe na detale historyczno­‑techniczne, a ponadto pierwsza połowa anime jest dość uboga w działania wojenne. Fanki romansów na odwrót – je odrzuci z hukiem militarna otoczka. Kto zostaje? No właśnie, dobre pytanie. Odpowiedzią jesteście wy, którzy to anime oglądaliście i wytrwaliście do końca. O ile takie osoby, poza piszącym tę recenzję, istnieją.

Grisznak, 16 października 2009

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: A-1 Pictures
Autor: Sega
Projekt: Atsuko Watanabe
Reżyser: Yasutaka Yamamoto
Scenariusz: Michiko Yokote
Muzyka: Hitoshi Sakimoto

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Podyskutuj o Valkyria Chronicles na forum Kotatsu Nieoficjalny pl