Komentarze
Fullmetal Alchemist: Brotherhood
- komentarz : Milika : 7.01.2012 17:27:33
- Wszystko co kocham : Kaname-chan : 3.01.2012 21:20:16
- Najlepsze anime ever! : Meh : 22.12.2011 12:50:26
- komentarz : Innis : 17.11.2011 00:38:31
- Re: brotherhood : Atoli : 16.11.2011 23:36:42
- brotherhood : hipol : 16.11.2011 12:52:27
- komentarz : Chemik89 : 5.11.2011 00:31:08
- komentarz : Nanako-chan♥ : 4.11.2011 20:04:47
- komentarz : deli : 20.10.2011 20:02:24
- komentarz : Hagane no : 16.10.2011 20:00:27
Jeśli ta historia potrafi zachęcić do zapoznania się z anime i mangą ludzi, którzy wcześniej uważali, że to 'chińskie kreskówki', to myślę, że z całą pewnością zasługuje na wysoką ocenę :)
Wszystko co kocham
Najlepsze anime ever!
Najpierw obejrzałam podstawkę, a dopiero potem to i uważam, że bardzo dobrze zrobiłam, bo nie byłabym w stanie wytrzymać okropnych zmian fabularnych. Jak dobrze, że zekranizowali FMA jeszcze raz!
To pierwsza seria, w której polubiłam „tych złych”. Envy, Greed, Wrath, Pride, Kimblee, nawet mały byt w kolbie, oni wszyscy byli świetni. Co prawda kiedy czarny kulko‑pyłek zamienił się w sztywniacką formę Hohenheima stracił cały swój urok, ale mogę to wybaczyć.
Trochę denerwowały mnie relacje Eda z ojcem. Wiem, że wszystkimi tymi obelgami tylko maskował swoją miłość, ale liczyłam, że chociaż na koniec nazwie go normalnie tatą. No trudno. To nie zmienia faktu, że postacie były świetne, prawdziwe i, na szczęście, dające się polubić.
Daję moje pierwsze 10/10.
brotherhood
Spodobało mi się natomiast to, że żaden bohater w anime nie jest jakoś wybitnie silny. Muszą współpracować żeby osiągnąć wspólny cel. Chociaż tutaj również wychodzi pewnego rodzaju wada bo moim zdaniem niektóre homonculusy były za słabe. Nie było chyba nawet wyjaśnione jak doktorowi Marcoh udało się sprowadzić Envy'ego do pierwotnej formy.
I jbc FMA:B nie jest do końca kontynuacją FMA, ale i tak mi się podoba.
Stalowe serce.
Cytat, który idealnie podsumował całą serię.
Tak. To najdłuższa podróż do domu, jaką mógł zaserwować nam świat M&A. Najdłuższa, ale też niesamowita i budująca w wielu kwestiach. Akcja nie przebiega w infantylny sposób, jak można było się spodziewać ze względu na głównych bohaterów w wieku przeciętnego widza. Wszystko rozwija się w swoim czasie, okrywa kolejne elementy układanki i dokładnie obrazuje nam cały przebieg wydarzeń na podstawie refleksji, wspomnień, krótkich przebłysków, a także splotów zdarzeń i przypadkowych, teoretycznie epizodycznych bohaterów. Fabuła nie wydaje się być nudna nawet przez setną sekundy. Co prawda nie jest tak zaskakująca jak ta, ukazana w pierwszej wersji, ale z kolei został tutaj w pełni wykorzystany jej potencjał, a także predyspozycje do „przerzucania” silnych emocji na widza.
Utożsamianie się z bohaterami było kolejnym charakterystycznym aspektem przy oglądaniu – różnorodność charakterów pozwoliła na wytypowanie swoich ulubieńców. Pojęcie ideału było tutaj wyjątkowo abstrakcyjne, gdyż każda przedstawiona postać cechowana była silnie zaletami, jak i wadami. Uważam, że postać Edwarda została wykreowana w szczególnie precyzyjny i trafny sposób. Nie zrobili z niego niezwykle dojrzałego, zrównoważonego chłopaka, który doskonale wiedział jak zachować zimną krew w obliczu zagrożenia – był w istocie zwykłym nastolatkiem, który zachowywał się lekkomyślnie i często dziecinnie, jak na jego wiek przystało. Nie potrafił zapanować nad emocjami i działał pod wpływem impulsu, nie zdając sobie sprawy z konsekwencji. Jak większość ludzi. W przypadku Roy'a również można mówić o zaskoczeniu – z pozoru spokojny, zrównoważony kobieciarz ze statusem Pułkownika, który pod wpływem emocji związanych z przyjacielem tracił jakąkolwiek zdolność do opanowania gorącej chęci zemsty. Postać ważna, ale zepchnięta na drugi plan w ostatecznym starciu. Z kolei Ling – trzeci w kolejności z Trójcy, która dzierżyła jako tako władzę w tej serii – był postacią bardzo charyzmatyczną i intrygującą w wielu kwestiach. Podobała mi się jego rola – to, w jaki sposób został wykorzystany. Kapitalny pomysł! Postacie w istocie były przedstawione realistycznie, zachowane w ryzach i podporządkowane wykreowanym przez autorkę charakterom. Naprawdę – to niesamowicie duży plus dla serii. W przypadku każdej odrębnej postaci.
Komizm i dramatyzm wyszedł nadzwyczaj dobrze w tym połączeniu. Charakterystyczne gagi śmieszyły za każdym razem, a w chwilach grozy ściskało za gardło i roniło skrycie łzy.
Brotherhood zasługuje na mocną 10. Dlaczego? Bo seria nie zawiodła mnie w żadnym calu. Każdy element wydawał się być na swoim miejscu, a ostatnie odcinki trzymały w napięciu i wywołały odpowiednie emocje na sam koniec. Nie czuję się niedosytu albo też wręcz jego nadmiaru. Jest wprost idealnie. Jedyne, co mnie trochę zirytowało, to patetyczne i już przesadnie abstrakcyjne kliknij: ukryte zagranie Homunculusa z Bogiem. Ale w sumie można na to przymknąć oko. Taki mały szczegół nie jest w stanie zniszczyć mojej opinii o tym remake'u, który jednak chyba wydaje się być lepszy niż seria pierwsza. Ścieżka dźwiękowa była naprawdę odpowiednia – budowała napięcie i atmosferę w zależności od zdarzeń. Grafika też zasługuje na wysoką notę. A co do zakończenia? – Takie być powinno.
Brotherhood spycha na drugi plan wszystkie inne serie, które dotychczas obejrzałam – nawet Code Geass, których dotychczas wydawał mi się najlepszy pod względem fabularnym. Dochodzę do wniosku, że bardzo trudno będzie przebić tak wysoki rating. Ale cóż – pożyjemy, zobaczymy!
W kwestii końcowej mogę powiedzieć tylko jedno – OGLĄDAĆ I TO NATYCHMIAST!
(^o^)
AHHHH <3
Genialne
Naprawdę warto obejrzeć.
Nad wersją pierwszą posiada jedną ale za to olbrzymią przewagę, która niweluje wszystkie jej wady, które tak cierpliwie wyliczały osoby wcześniej serie komentujące. Autor mangi a zanim scenarzyści po prostu bawili się tą historią. Fakt niepodważalny fabuła posiada dziury, godne sera, obok siebie w absurdalnym na pozór zestawieniu sąsiadują powalające scenki komediowe i prawdziwie dramatyczne sytuacje. Ale w żadnym momencie się nie nudziłam, pytania i wątpliwości dotyczące fabuły są w ogólnym rozrachunku nieistotne. Ta seria jako rozrywka spełnia swoje zadanie bardzo dobrze, wszystkie wątki ostatecznie splatają się dając kompletny obraz wydarzeń. Wiem, że kiedyś jeszcze raz sięgnę po tę serie, jest tego warta. Lubię się cieszyć grą jaka toczą z widzem autorzy a tu pisarz i twórcy anime puszczali do widza perskie oko systematycznie, a czasem stroili diabelskie miny. I jak tu się nie bawić.
Świetne.
Z bohaterów najbardziej polubiłam oczywiście jak każdy Eda który zauroczył mnie już w 1 wersji FMA :D oraz Amstronga :D . Z tych złych postaci Envy'ego oraz Greeda. Szkoda tylko ,że tak blacho potraktowali wątek Niny i Tuckera. W FMA plakałam dość solidnie a w brotherhood prawie mnie to nie ruszyło. Szkoda też, że im bliżej końca tym mniej Eda i Ala , a końcowa bitwa jest pokazana o parę odcinków za wcześnie. kliknij: ukryte Scena wyznaniowa była przesłodka, (nie wiem czy to normalne‑raczej nie) ale wkurzyła mnie troche bo nie chcialam aby Edward kliknij: ukryte był z Winry <zauroczona>. Ogólnie rzecz biorąc to anime jest na pewno jednym z moich ulubionych i w przyszłości do niego z chęcią wrócę. 10/10
GENIALNE!!!
Edward jest tylko jeden!
Spodziewałam się czegoś gorszego, typowego dla gatunku, a otrzymałam shounen, jakiego jeszcze nie widziałam. Nie tylko mający sens i fabułę, na którą nie składają się kolejne potwory tygodnia, ale przede wszystkim dopracowany i dopięty na ostatni guzik, przemyślany od deski do deski pomysł, zrealizowany w mandze niesamowicie, ale i w anime bardzo, bardzo dobrze. Ma rozpoczęcie i zakończenie, nie ciągnie się w nieskończoność i przede wszystkim nie nudzi.
Akurat po bohaterach spodziewałam się tak samo wysokiego poziomu jak w mandze i nie zawiodłam się. Studio nie schrzaniło po raz drugi roboty własnymi dodatkami. Przelewając na ekrany kolorowe i mówiące wersje postaci, zrobili to tak, jak należy. Och, jakże wiele odsłon one miały, szło się pogubić w ich różnorodności. Ulubionych nie wymienię, bo musiałabym pół obsady wyróżnić. Dynamiczne, żywe i myślące charaktery, niektórych postaci po prostu nie sposób nie pokochać.
Dopieszczeni, żywi bohaterowie i dobra historia to tylko część. Świetnie dobrani seiyuu dający tchnienie postaciom oraz muzyka na wysokim poziomie. Openingi, jak dla mnie, miały tendencję spadkową – od fenomenalnej piosenki ze świetną animacją do czegoś, co niestety musiałam przewijać. Sprawa z endingami miała się z kolei na odwrót, pierwszy był strasznie typowy, kolejny już mniej, a ostatni oglądałam i słuchałam do końca w każdym odcinku.
Zaskoczyły mnie tła. Na początku krzywo na nie patrzyłam, choć pięknie namalowane, trochę mi nie pasowały te uproszczone plansze, na których strasznie odróżniała się animacja bohaterów, jednak w połowie serii uznałam, że nadają nieco bajkowy wymiar i kit z tym, że wyglądają jak obrazki gimnazjalistów. Animacja bardzo ładna, płynna i naturalna, kreska zachowała raczej swój oryginalny kształt, bardzo podobały mi się takie drobiazgi jak dziurki w uszach, niewielkie blizny ( które nie znikały w następnym odcinku ), znamiona, zmarszczki oraz to, że ludzie wyglądali jak ludzie. Bardzo lubię wydłużone sylwetki na obraz i podobieństwo Clampa, ale tutaj by nie pasowały. No i bohaterowie się zmieniali, dojrzewali. Kurczę, przez 22o odcinków Naruto nie urósł ani centymetra, w Bleachu też trzeba było zaznaczyć, ze minęło już parę lat. A tutaj podczas 6o epizodów postaci strasznie się zmieniały. I strasznie mi się to podobało.
Co ciekawe, wracając do talentu „pisarskiego” pani Arakawy, kliknij: ukryte ostatnia Wielka Epicka Bitwa przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Czasami podczas oglądania niektórych shounenów nagle przypominam sobie o tym, ze jakaś postać zniknęła jakieś 3o odcinków temu i jeszcze nie wróciła. A jak wracała, to w ostatniej chwili, aby ocalić pozostałych bohaterów podczas bitwy, która ma miejsce kolejne 3o odcinków dalej. W Hagane.. sprawa miała się tak, że w chwili, gdy sobie o kimś przypominałam, kogoś zaczynało brakować, ta postać w tym samym czasie się pojawiała, zachowując w miarę możliwości naturalność i realistyczność między czasem a przestrzenią zdarzeń. Słowem, zachowana została równowaga, ma się to nie tylko do bohaterów, ale do całych scen, gdy czegoś zaczynało brakować, to w niedługim czasie się pojawiało, przez co historia była składna a wszelkie niedomówienia wyjaśniane w niedługim czasie.
Końcówka serii jak najbardziej satysfakcjonująca. Zaś kliknij: ukryte wyznanie Eda było chyba najmniej romantycznym wyznaniem miłości, jakie widziałam w anime, a przez to, jednocześnie było takie słodkie i tak charakterystyczne, że zapamiętam je na długo. To, co zostało rozpoczęte, zakończyło się bez żadnych większych zgrzytów. Fullmetal Alchemist: Brotherhood, jako jedną z nielicznych serii, mogę polecić z czystym sercem chyba każdemu, bez względu na wiek czy upodobania.
... ... ...
Jednak nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że czegoś tu brakowało, ale za nic w świecie nie potrafię określić czego.
Najbardziej podobały mi się walki. Zwłaszcza Mustang vs Lust czy Mustang vs Envy. Miałem nadzieję, że główni bohaterowie pokażą coś ciekawszego, ale to tylko moje zdanie. I tak ich uwielbiam.
SPOILER!
kliknij: ukryte Cieszę się, że wszystko skończyło się happy endem. I TO JAKIM! Wyznanie miłości Ed'a i Winry wręcz boskie. Edzio urósł, Al odzyskał ciało, Hohenheim okazał się wporzo co mnie bardzo cieszy, Riza przeżyła, Havoc odzyskał władzę w nogach. Jednak jednego nie ścierpię… Mustang z wąsem= NIEEE!!!
Ostateczna ocena… ... ... NIE WIEM
10/10
Jest to zupełnie inny shounen niż Nauto, Bleach, czy One Piece. W tamtych przypadkach autorzy wymyślili sympatycznych bohaterów i ciekawy świat, pozostawiając fabułę w szczątkach na zasadzie „jak już zacznę rysować, samemu mi coś do głowy przyjdzie”. W FMA nie ma czegoś takiego. Widać, że autorka przemyślała fabułę od samego początku, tworząc świetną i ciekawą historię
Dużo lepsze
trudny wybor
Jednakze nie moge zaprzeczyc, ze to przy tym starym FMA bawilem sie lepiej. Mangi nie czytalem i byl to poczatek mojej przygody z anime, wiec i gust nie byl wyrobiony.
Co mnie boli przy serii Brotherhood to zbyt moralizatorskie podejscie do wielu spraw i lopatologiczne wyjasnianie pewnych sytuacji, co nawet dla srenio uwaznego widza jest zbedne i tylko sztucznie wydluza czas antenowy.
Niemniej polecam serie, bo w koncu ekranizacja jednej z najbardziej popularnych mang zasluguje na uwage. Poznanie niektorych bohaterow z troche innej strony niz to bylo pokazane wczesniej rowniez (Mustang i Kimblee to prawdziwi giganci tej serii). Generalnie kawal dobrej roboty i swietna rozrywka na dziewiatke.
Dobre