Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Komikslandia

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

9/10
postaci: 8/10 grafika: 10/10
fabuła: 9/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 7 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,43

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 48
Średnia: 6,58
σ=1,55

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Tablis)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Top o Nerae 2!

Rodzaj produkcji: seria OAV
Rok wydania: 2004
Czas trwania: 6×28 min
Tytuły alternatywne:
  • トップをねらえ2!
  • Gunbuster 2: Diebuster
Tytuły powiązane:
Widownia: Seinen; Postaci: Androidy/cyborgi, Obcy; Rating: Nagość; Miejsce: Inne planety, Statki/Stacje kosmiczne; Czas: Przyszłość; Inne: Mechy, Supermoce
zrzutka

Zapomniany klasyk mecha anime GAINAX­‑u, efektowny i zaskakujący bardziej niż niejedna nowa seria.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: yoshii

Recenzja / Opis

Rok 2004 leżał dokładnie w środku przerwy między dwoma wielkimi serialami GAINAX­‑u – FLCL z 2001 oraz Tengen Toppa Gurren Lagann z 2007. Obydwa trwale zapisały się w fandomie i skutecznie przyćmiły wszystko, co było pomiędzy, a i przesłonięcie kontynuacji w dużej mierze zapomnianej OAV Gunbuster z 1988 do najtrudniejszych nie należało – tego rodzaju gatunkowy serial to zwyczajnie nie ta skala. Jednak bez Diebuster nigdy by nie powstał Gurren Lagann, bo to właśnie w tej OAV GAINAX testował idee, które stały się później podstawą scenariusza oraz uczył się, jak łączyć stare z nowym. Nauka była szybka, bo choć seria w momencie wydania nie zawojowała serc fanów, to ku mojemu zdziwieniu okazała się jednym z bardziej odświeżających seansów, jakie miałem w 2018 roku.

Gdyby wykreślić trójkąt z FLCL, Gunbuster oraz Gurren Lagannem jako wierzchołkami, to Diebuster byłoby bardzo blisko środka, łącząc awangardowe szaleństwa reżysera Kazuyi Tsurumakiego, stylistykę klasycznych mechów z lat 80. oraz rodzaj dynamiki i potęgowania napięcia, które później zaowocowały Gurren Lagannem. Wydaje się, że taki właśnie był zamysł – spojrzeć w przeszłość, aby dowiedzieć się, jak pójść w przyszłość i dostosować stare motywy oraz idee do gustów nowego pokolenia. Nie dziwi więc, że twórcy tak poprowadzili fabułę, aby znajomość Gunbustera nie była potrzebna do zrozumienia Diebustera; sam zresztą nie wiedziałem nic o poprzedniczce przed rozpoczęciem seansu, a bawiłem się doskonale. Jest tu kilka smaczków dla fanów, obecnych szczególnie w zakończeniu, ale mimo to zaryzykowałbym stwierdzenie, że serię tę ogląda się lepiej, nie wiedząc na początku nic o świecie przedstawionym.

Mimo tych środków zaradczych wielu potencjalnych widzów pewnie i tak przestraszyło się cyfry „2” w japońskiej wersji tytułu, świadczyło więc o odwadze i bezkompromisowości, że GAINAX zainwestował w tak niepewny projekt spore środki. Nie, żebym narzekał – Diebuster bije animacją na głowę nie tylko anime z tego samego okresu, ale i zdecydowaną większość z tego, co można współcześnie zobaczyć. Niejeden film kinowy mógłby marzyć o takim dynamizmie, wyrazistości i dokładności, zaś projektami mechów i postaci to anime mogłoby obdarować kilka serii normalnej długości. Udźwiękowieniem i muzyką też, bo choć są zbyt klasyczne, aby trwale zapaść w pamięć, to perfekcyjnie grają na nostalgii, a jednocześnie różnorodnością też mogłyby zasilić znacznie dłuższą produkcję. Te uwagi zresztą wpisują się w ogólniejsze spostrzeżenie – ta seria została zrobiona zgodnie z filozofią zastosowaną wcześniej do FLCL: „weźmy środki i pomysły na serię dwudziestoczteroodcinkową, po czym zmieśćmy to wszystko w sześciu odcinkach”. Już po pierwszych odcinkach nasunęło mi się wrażenie, że można by wciąć te pomysły, rozrzedzić je czterokrotnie, i ciągle zostalibyśmy z dobrą serią. Nie uważam, że kondensowanie treści jest z zasady dobrym podejściem (Diebuster chwilami na tym traci, o czym za chwilę), ale zyskuje za to wyjątkową intensywność. Fabuła nie stoi nawet przez sekundę, gna do przodu jak samochód wyścigowy, w hipnotyzującym pędzie mija zakręt za zakrętem, rozwijając świat przedstawiony i bohaterów. Trudno oderwać się od ekranu, więc powstrzymanie się od obejrzenia tych sześciu OAV ciągiem do łatwych nie należy.

Po powyższych komentarzach zabrzmi to paradoksalnie, ale jednocześnie to seria przede wszystkim obyczajowa. Poza finałem walki zajmują nie więcej niż połowę odcinka, reszta poświęcona jest postaciom oraz ich wzajemnym relacjom, szczególnie tymi między parą głównych bohaterek Nono i Lal’C. Walki to przede wszystkim dodatek, wybuchowy i wciągający, ale serce tej serii jest gdzie indziej – przede wszystkim w interakcjach między roztrzepaną i hiperentuzjastyczną nowicjuszką Nono a wycofaną, ambitną i profesjonalną Lal’C. Nie ma się co sprzeczać, że to jeden z bardziej typowych konfliktów charakterów wykorzystywanych w anime, ale tutaj ma swój własny rys i unika popadania w banał. Nie twierdzę przez to, że ten wątek, jak i postacie w ogólności, są w tej serii szczególnie głębokie. Przeciwnie – nikt tego nawet nie sugeruje, z wielką korzyścią dla tej produkcji. Charaktery bohaterów są proste i przejrzyście zarysowane. Główne bohaterki dostają na siebie kilkadziesiąt minut, reszta istotnych postaci, czyli przede wszystkim inni piloci mechów, po kilka krótkich scen. Na więcej nie byłoby czasu, a i tak zadziwia, jak wiele udało się ukazać w tak krótkim czasie. Efektywność reżyserii robi ogromne wrażenie – w wątkach obyczajowych nie ma jednej zbędnej sceny, w czym te OAV ponownie bardziej przypominają precyzyjnie skonstruowany film niż typowy serial.

To powiedziawszy, przydałby się jeszcze jeden odcinek wkomponowany w środek serii. Postacie poboczne są idealne – najważniejsi dostają po krótkim i satysfakcjonującym wątku, zgrabnie wpisującym się w całość. Jednak to ukazanie związku między Lal’C a Nono jest kluczowe dla fabuły, a jego rozwój ucierpiał ze względu na zbytnią skrótowość. W ogólnym zarysie ich relacji najważniejsze jest, że Lal’C potrzebuje przyjaciółki, a Nono potrzebuje idola. Tego rodzaju interakcji nie da się w pełni rozrysować bez grzebania w życiu codziennym, niezwiązanym z walką. Na to nie było czasu, twórcy pomogli więc sobie skrótowymi retrospekcjami, które nie w pełni wystarczyły, aby uwiarygodnić ich związek, szczególnie gwałtowność ich emocji w finale. A dzieje się zaiste dużo oraz intensywnie, nie obraziłbym się na uczynienie pojawiających się homoromantycznych sugestii jeszcze bardziej wyraźnymi. Pasowałoby to do bohaterek i pasowałoby do motywów serii.

Że w anime mechy są metaforą nastoletniej seksualności i pasji, to bardziej standard niż wyjątek. Niedawno Darling in the Franxx wyznaczyło nowy standard, jak bardzo bezpośrednio można tym bić widza po głowie. Diebuster jest subtelniejsze, ale też stawia sprawę jasno. Zaskakujące za to jest, co z tą analogią robi, stopniowo coraz bardziej podkreślając destruktywne aspekty tych pragnień. To, całkowicie literalnie, energia, która pozwala bohaterom działać, ale zarazem obsesja, która nad nimi dominuje. Znamienna jest scena z początków serii, gdy postać z zewnątrz, nie owijając w bawełnę, podważa, czy używanie mechów pomaga ludzkości. Wtedy uznałem to za typowe dla gatunku postawienie przeszkody dla bohaterów, którzy będą musieli potwierdzić swoją wartość. Nie chcę zdradzać szczegółów, lecz ku mojemu zaskoczeniu później okazuje się, że ma w zasadzie rację, notabene jest to kolejna z długiej serii analogii z Gurren Lagannem.

Diebuster zaczyna się jak lekka komedia w stylu space opery, ale w drugiej połowie OAV zaczyna poruszać dojrzałe tematy. Twórcy zwiedli mnie na początku do tego stopnia, że wstrząs i niedowierzanie, jakim dla bohaterów były dalsze wydarzenia, były również moim udziałem. Seria rozpoczyna się, gdy Nono – prosta dziewczyna z marsjańskiej prowincji, ucieka z domu owładnięta pragnieniem zostania jednym z pilotów mechów broniących ludzkości przed robakopodobnymi kosmitami, poza tym motywowana niejasnymi wspomnieniami dotyczącymi bliskiej osoby. W swojej dziecinnej niewinności idealnie wpisuje się w fabularny schemat inicjacji, tym bardziej że Lal’C równie zgrabnie wpasowuje się w shounenowy szablon bardziej doświadczonej rywalki. Rozwijająca się między nimi przyjaźń początkowo również nie zaskakuje, jednak poza tym z odcinka na odcinek rzeczy w coraz mniejszym stopniu toczą się, jak można by się spodziewać. Bez wchodzenia w szczegóły, twórcy długo zwodzą nas nawet, kto jest prawdziwym protagonistą. Diebuster raz po raz bierze klasyczny wątek, po czym go niespodziewanie przekształca i z nim eksperymentuje. Nie jest to przy tym proste podważanie konwencji. Choć środek serii jest niespodziewanie mroczny, zarazem wpisuje się w klasyczny filmowy podział na trzy akty i nie jest to jedyny tego typu przykład. To nie dekonstrukcja, jak najdalej od tego, intencje twórców odczytuję nie tyle jako próbę podważania ducha starych serii, co wyrażenia go w nowy sposób. Nie chcieli walczyć z tradycją, a przeciwnie – zrekonstruować jej esencję z nowych elementów. Udało się to z klasą właściwą dla złotego okresu GAINAX­‑u i jednocześnie utorowało drogę nowej generacji anime, którą obecnie cieszymy oczy.

Tablis, 27 października 2018

Recenzje alternatywne

  • 616 - 12 listopada 2010
    Ocena: 5/10

    Tytuł tego anime radzi dążyć na szczyt, do bycia najlepszym. Szkoda, że jego twórcy nie posłuchali swojej rady i dążyli tylko do przebicia pierwszej części. więcej >>>

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Bandai Visual, GAINAX, Victor Entertainment
Projekt: Bukichi Nadeara, Jun'ya Ishigaki, Shigeto Koyama, Yoshitsune Izuna, Yoshiyuki Sadamoto
Reżyser: Kazuya Tsurumaki
Scenariusz: Youji Enokido
Muzyka: Kouhei Tanaka