Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Otaku.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

4/10
postaci: 5/10 grafika: 4/10
fabuła: 7/10 muzyka: 3/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 1
Średnia: 6
σ=0

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Eire)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Yokoyama Mitsuteru Sangokushi

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 1991
Czas trwania: 47×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Mitsuteru Yokoyama's Romance of the Three Kingdoms
  • 横山光輝 三国志
Tytuły powiązane:
Postaci: Księżniczki/książęta; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Azja; Czas: Przeszłość
zrzutka

Ja się na to nie piszę i wy też nie powinniście. Popłuczyny po klasykach – lepiej weźcie oryginał.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: cissy

Recenzja / Opis

Wszystkie imiona podajemy w języku chińskim, według transkrypcji hanyu pinyin.

Pisanie recenzji przypomina literaturę podróżniczą – jedzie się, wraca, a potem siada, opisując swoje wrażenia dla tych, co w drogę się nie wybierają, dla tych, co byli i chcą porównać wspomnienia i dla tych, co chcieliby wyruszyć. Tym ostatnim mówię – zawróćcie, zanim nie będzie za późno. Tak jak w podróży, w konsumpcji kultury wiele zależy od oczekiwań. Z innymi oczekiwaniami wyrusza podróżnik puszczający się w trasę pierwszy raz, z innymi stary obieżyświat. Inaczej do dzieła podchodzi ktoś znający temat i pierwowzór, inaczej osoba będąca radosnym nowicjuszem. Zarówno podróże, jak i rozrywka, mogą rozczarować, zwłaszcza jeśli wymagania mieliśmy wysokie. Nikt nie jedzie do popularnego kurortu, licząc na spokojne samotne wczasy. Osoba licząca na dobrą adaptację opowieści o Trzech Królestwach nie powinna sięgać po Yokoyama Mitsuteru Sangokushi.

Czym były te Trzy Królestwa? Historyk powie, że chodziło o rodzaj rozbicia dzielnicowego Chin pod koniec panowania dynastii Han, kiedy słabi cesarzowie nie potrafili nie tylko przeciwstawić się militarnym wodzom, ale nawet własnym dworzanom. Trwający kilkadziesiąt lat okres wojen i chaosu ponad 1000 lat później został uwieczniony w literaturze jako czas i miejsce akcji monumentalnych Dziejów Trzech Królestw, powieści, która po dziś dzień stanowi jeden z fundamentów kultury Chin, a jej wpływy objęły całą wschodnią Azję. Nie wiem, jakie zaszłości historyczne sprawiły, że Japończycy na owym czcigodnym dziele używają sobie, ile wlezie, czerpiąc z niego „inspirację” do wątpliwej jakości seriali animowanych typu bijatyki lub gejowskie romanse pośledniego sortu. Jedyne animowane pozycje, które przynajmniej z grubsza zbliżają się do pierwowzoru, to nieprzetłumaczona do dziś seria filmów, luźne w podejściu, ale wierne duchem Soutern Kouro, oraz 52­‑odcinkowa chińsko­‑japońska koprodukcja, o której udało mi się dowiedzieć tyle, że ogłoszono ją z pompą, po czym przyprawiła studio o bankructwo, a na Zachód nie dotarła do dziś. No i jeszcze to lekko zapomniane anime z początku lat 90., będące ekranizacją mangi z lat 70.

Na pierwszy rzut oka wygląda dla widza niegroźnie, a nawet obiecująco – krzywdy znającym książkę nie powinno zrobić. Jak sam tytuł wskazuje – mamy epokę Trzech Królestw. Cesarz nawet przed sobą nie udaje, że cokolwiek od niego zależy, świadom, że generałowie non stop bawią się w wojnę, a eunuchowie okradają go i oszukują. Nie wie jeszcze, że na kraj spadła klęska głodu, a wykończeni ciągłymi przejazdami wojsk chłopi jak cesarstwo długie i szerokie chwytają za broń. Jednym zdaniem – ciekawe czasy. W takich oto okolicznościach przyrody żyje sobie Liu Bei. Całkiem zwyczajny wieśniak. Żyje z mamusią, na wsi spokojnej, ucząc dzieciaki z sąsiedztwa, i jest całkiem zwyczajny, tak zwyczajny, że pewnego dnia przybywają do niego supermocni wojownicy Zhang Fei i Guan Yu i ni z gruszki, ni z pietruszki proponują braterstwo krwi oraz walkę ze złem i występkiem. Nowo zawarte braterstwo krwi zaczyna misję od zdławienia buntu Żółtych Turbanów, czytaj podłych wieśniaków, którzy ot, tak sobie przekuli kosy na miecze, a lemiesze na oszczepy, i poszli w świat gwałcić, palić i rabować. Czujecie fazę? To ja może przełączę na śliczną ecchi bijatykę, albo taki fajny gejowski romans?

Znacie to powiedzenie, że przy adaptacji wszystkie pochwały idą na konto autora oryginału, a gromy spadają na tych, co porwali się na przedstawienie od nowa? Tutaj będziecie mieli modelowy i w pełni uzasadniony przykład takiego chwalenia i gromienia. Jedynym, co ratuje tę produkcję w moich oczach jest fakt, że w tym łańcuszku adaptacji wciąż przebija się duch oryginału.

Nie mam absolutnie pretensji o większość zmian. Rozumiem, że z olbrzymiego dzieła należało powycinać wiele wątków i postaci, być może pozmieniać trochę, by ułatwić ich zrozumienie współczesnemu nastolatkowi, ale można to było zrobić w taki sposób, by nie ubliżać inteligencji widza. Weźmy chociaż opisane przeze mnie wprowadzenie – kto, po co i po kiego grzyba? W toku akcji wychodzi, że Liu Bei to potomek cesarza. Super, tylko czemu dopiero teraz? Dlaczego łazi ze spuszczoną głową i zawsze mówi o pół tonu za cicho? Nie lepiej było pokazać go takim, jaki był – bohaterem aktywnym, uosobieniem ambicji, osobą charyzmatyczną, która dzięki umiejętnemu wykorzystaniu kilku życiowych szans z biedy wyskoczyła na szczyt władzy? Z jego kompanów pozostało tyle, że są mu wierni na śmierć i życie. Jeden pije i bije co się napatoczy, drugi go uspokaja, a w sumie to dobre chłopy, takie swojskie, i patrzcie, macie tej trójce kibicować, im mówię, nie tamtym zbirom z żółtym na głowie, których tutaj próbują nam wcisnąć jako zło wcielone.

Na szczęście bohaterów i ich biedę pozostawiamy na długą chwilę, by przyjrzeć się luksusom pałacu cesarskiego. Rodzina władcy tak długo gryzła się między sobą, że nie zauważyła, jak podpiłowała gałąź, na której siedziała. Na całej akcji skorzystał ambitny generał Dong Zhuo i jego adoptowany syn Lu Bu. Nie wiedzą jeszcze, że przyglądający się z boku wszystkiemu generał Cao Cao obu zaleje sadła za skórę, a o prawdziwy ból głowy wszystkich przyprawi słodka niewiasta o imieniu Diaochan.

Tam, gdzie historia zgadza się z książką, jest dobrze. Fabuła nie nudzi, a nawet często zaskakuje. Będą bitwy, knucie i postacie, które jedno mówią, drugie myślą, a robią to, co uznają za najlepsze dla siebie. Podobało mi się przystępne wyjaśnienie ówczesnej sytuacji i obyczajów. Prawda, widz może wkurzyć się, gdy gnojony bezustannie przez przełożonych bohater odpowiada z coraz większą pokorą, ale cóż, takie czasy, trzeba było cierpieć, na osłodę wyobrażając sobie, co zrobimy, kiedy sami dorwiemy się do koryta. Gdyby tylko wysilić się na jakieś niuanse, pokazać, że ludzie nie ostrygi, różnią się i zmieniają. Albo chociaż trochę konsekwencji – skoro klasa rządząca jest zła i uciska ludzi, to dlaczego buntowników pokazuje się jako samo zło? Komu mamy kibicować? Nie, nie chciałam wcale takiej odpowiedzi.

Książkowe Dzieje Trzech Królestw nie miały na celu kreowania postaci o właściwych w naszych oczach postawach moralnych i to widać. Może lepiej powiedzieć – nie miały na celu kreowania postaci kierujących się litością i miłosierdziem w kulturze i czasie, który nie nagradzał takiej postawy. Tymczasem z Yokoyama Mitsuteru Sangokushi uparto się zrobić powiastkę dydaktyczną. Niby nie zmieniając wydarzeń, pozmieniano motywację na bardziej poprawną politycznie, robiąc z bohaterów bałwanów bez planu, ładu i składu. Liu Bei nigdy nie postępuje źle, zabija tylko w samoobronie i bardzo żałuje, lituje się nad wrogami, ma w opiece sieroty i wdowy, i zawsze, ale to zawsze wygrywa. Pamiętajcie, jakby was przeniosło paręset lat wstecz, to macie brać z niego przykład, choć gołym okiem widać, że czasem zachowuje się tak skrajnie głupio, iż tylko wola autorów uchroniła go przed byciem pożartym na śniadanie przez Cao Cao, który jako jedyny z obsady zdaje się myśleć właściwą częścią ciała. Problem polega na tym, że według twórców Cao Cao jest zły, co podkreślają bezustannie, a komentarz autorski dopisuje mu kolejne wady, korzystając chyba z katolickiego poradnika dobrej spowiedzi. Jak już muszą przyznać, że miał jakąś zaletę, to zaraz spieszą przypomnieć, że uwaga – był zazdrosny – i to jest złe, choć postać na złość twórcom wydaje się ciekawa i wiarygodna, może niesympatyczna, ale inteligentna. Jeszcze raz: Liu Bei dobrze, Cao Cao źle.

Nie wiem, czym myślą Lu Bu i Dong Zhuo, bo często gęsto zachowują się, jakby nie myśleli wcale, albo raczej nie tą głową, co powinni. Niby z grubsza robią to, co w oryginale, ale pewne subtelne różnice sprawiają, że czytając, nie odbierałam ich jako pary myślących inaczej. Reszta obsady wypada nawet ciekawie i zachowuje się o niebo bardziej prawdopodobnie, ale autor ich nie kocha, więc dostaną za swoje i nieswoje.

Spójrzcie na kadry, teraz na datę. Obejrzyjcie kawałek, przetrzyjcie oczy i zobaczcie jeszcze raz. Tak, 1991, choć sądząc po wyglądzie, trzeba temu dodać z 15 lat wieku jak nie więcej i nadal graficznie plasowałoby się w klasie średniej niższej, lekko poniżej pierwszych kreskówek o Scooby Doo. Dłuższe serie nie sprzyjają oszałamiającym efektom, ale Yokoyama Mitsuteru Sangokushi istotę tak odporną na złą grafikę jak ja wzięło i sponiewierało. Nie wymagam cudów, oddzielnie animowanych włosów czy innych latających ryb, ale te postacie ledwie się ruszają, a tła typu błękitne na górze, zielone na dole i z boku domek przystoją przedszkolnej wystawce, a nie anime o wojnie. Postacie mają na szczęście brody i fryzury i chwała Tezuce, bo bym ich nie rozróżniła. Szkoda, że nie podano, czym je usztywniają, bo niejedna kobieta za tak trwałe uczesanie oddałaby majątek. Plusy? Postacie się starzeją, a Cao Cao wygląda na tle brodatych pajaców całkiem nieźle. Standardowy pseudorockowy opening i ending w konwencji dyskotekowej przytulanki – są. Muzyka w środku – jakby miks tradycyjnych rytmów i disco­‑polo. Ujdzie.

Spotkałam się z opiniami, że Yokoyama Mitsuteru Sangokushi nie jest takie złe. Że fabuła jest ciekawa, a postacie wybijają się ponad poziom prezentowany zwykle przez anime. Może to i prawda, ale po pierwsze, nie mam doświadczeń w oglądaniu kiepskich anime, a po drugie, znając powieść, na którą powołują się w tytule, miałam konkretne oczekiwania i zostałam haniebnie zawiedziona. Studentom sinologii pragnącym iść na skróty radzę przeczytać oryginał. Wszystkim pozostałym też, a potem wziąć się za Souten Kouro, by zobaczyć, że tę historię da się przerobić i zekranizować z jajem, chlebem i pomysłem. Wymęczyłam się strasznie, patrząc jak masakrują Trzy Królestwa: wy naprawdę nie musicie.

Eire, 3 kwietnia 2012

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: d-rights
Autor: Mitsuteru Yokoyama
Projekt: Michi Himeno, Shingo Araki
Reżyser: Seiji Okuda
Scenariusz: Jinzou Toriumi
Muzyka: Masatoshi Nishimura