Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 6/10 grafika: 7/10
fabuła: 5/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 2 Zobacz jak ocenili
Średnia: 5,50

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 21
Średnia: 6,48
σ=1,56

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Avellana)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Macross 7

zrzutka

Kontynuacja sagi Macross… Bardzo różna od poprzedzających ją części.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Shenai

Recenzja / Opis

Jest rok 2045. Od zakończenia wojny ludzi z Zentradi minęło 35 lat, a gigantyczny projekt kolonizacji Galaktyki ma się bardzo dobrze. Od siedmiu lat trwa już wędrówka floty „Macross 7”, zmierzającej w kierunku centrum Galaktyki w poszukiwaniu nadających się do zamieszkania planet. Na pokładzie gigantycznego, wiozącego ponad milion mieszkańców statku, życie toczy się całkiem zwykłym rytmem. Oczywiście ważnym elementem tego życia jest dostęp do kultury i rozrywki w rozmaitych postaciach, ze szczególnym uwzględnieniem muzyki. Basara Nekki jest liderem, wokalistą i gitarzystą zespołu rockowego Fire Bomber, w którym oprócz niego grają Ray Lovelock (klawisze), Veffidas Feaze (perkusja) oraz zaledwie czternastoletnia Mylene Jenius (gitara basowa, wokal). Jednakże marzeniem Basary nie jest po prostu wspinanie się w rankingach przebojów. Chciałby, żeby jego piosenki, jak niegdyś piosenki Lynn Minmay, dotarły do serc wszystkich słuchaczy, kończąc waśnie i wojny. Niebawem będzie miał okazję spróbować wcielić swoje marzenie w życie – flotę „Macross 7” zaczynają bowiem atakować obce jednostki. Kim jest nowy przeciwnik i jaki jest jego cel? To na razie tajemnica. Ale Basara wiele razy znajdzie się w swojej valkyrii w samym środku bitwy, aby zagrać muzykę, która powinna okazać się silniejsza od pocisków i poruszyć serca wrogów…

Mogę sobie wyobrazić, jakim szokiem musiała być ta seria dla widzów spodziewających się czegoś jeśli nie w klimatach Macross Plus, to przynajmniej oryginalnego Macrossa. W stopniu do tej pory niespotykanym (nawet w Macross II) wyrzucono tu beztrosko do kosza najbardziej choćby odległy realizm pokazywanego konfliktu i generalne prawdopodobieństwo wydarzeń. W ich miejsce wstawiono sporo swoiście pojmowanej mistyki (pojawia się tu koncepcja „energii pieśni”, stymulującej i odnawiającej siły życiowe – czyli spiritię), typowy sztafaż serii dla młodzieży (z jedynym w swoim rodzaju, najlepszym we wszystkim bohaterem) oraz – niestety – uzasadnianie z góry przyjętej, a praktycznie niemożliwej do obrony w pokazanych warunkach tezy. Liczne produkcje (nie tylko anime) przyzwyczaiły nas do założenia, że wszelkiego rodzaju czynniki oficjalne, ze szczególnym uwzględnieniem armii, po prostu nie mają prawa działać logicznie i muszą wykazywać się skrajną niefrasobliwością, niekompetencją oraz nieadekwatnością stosowanych środków. Na takim tle działania bohaterów, którzy jako jedyni „zdają sobie sprawę z zagrożenia” i potrafią mu się przeciwstawić, mogą zabłysnąć pełnym blaskiem. Jednakże w Macross 7 zarówno dowództwo wojskowe, jak i cywilne, reaguje generalnie bardzo rozsądnie, odpowiednio do sytuacji i dokładnie tak, jak powinno, nie lekceważąc niebezpieczeństwa, ale też starając się znaleźć sposoby na jego powstrzymanie, przy czym bezwzględnym priorytetem jest bezpieczeństwo ludności cywilnej. Basara natomiast (początkowo sam, potem wciągając w to osoby trzecie) zachowuje się tak, jakby nadrzędnym celem jego życia było zdobycie galaktycznej Nagrody Darwina. Krytyka walki jako sposobu na rozwiązanie problemów i koncepcja muzyki, która ma poruszać i zniechęcać do rozwiązań siłowych, to rzecz w sumie szczytna, ma jednak jedną zasadniczą wadę. Nie działa. Basara raz za razem pcha się w środek walki i odstawia swoje numery wokalne, dzięki nadzwyczajnym zdolnościom pilotażu unikając wrażych pocisków, jednakże efekt wywierany przez niego na przeciwnika jest dokładnie żaden. Nie zniechęca go to w najmniejszym stopniu do powtarzania (bez jakichkolwiek modyfikacji) dokładnie tego samego działania tak długo, aż w połowie serii scenarzyści wreszcie litują się nad nim i dostarczają specjalnie dla niego przeciwnika, w przypadku którego muzyka (a dokładniej, emitowana przez Basarę „energia pieśni”) okazuje się skuteczna. Wiwat!

Ma to niestety ogromny wpływ na całą konstrukcję fabuły. Ponieważ – rzecz jasna – bohater musi być ostatnią nadzieją ludzkości, a dysponujący wręcz absurdalną przewagą przeciwnik nie może zbyt szybko wykończyć „Macrossa 7”. W efekcie mnożą się wszelkiego rodzaju przeszkody: od wizji przywódcy Obcych, który dochodzi do wniosku, że ludzie i Zentradi bardziej przydadzą mu się żywi niż martwi (to akurat ma sens), przez kompletny chaos i samowolkę jego podwładnych, wyruszających do walki lub wycofujących się z niej w losowych momentach, aż do wyjątkowo złożonych i trudno powiedzieć, czemu właściwie mających służyć planów. W efekcie trudno o atmosferę zagrożenia lub zbudowanie jakiegokolwiek napięcia. Po prostu, gdyby tylko rzeczy toczyły się choć trochę zgodnie ze zdrowym rozsądkiem, już na samym początku doszłoby do tragedii, która chyba nawet bohaterowi dałaby do myślenia. Ponieważ wszelkie jego dowolnie irracjonalne działania z racji swojej wyższości moralnej okazują się słuszne, jasne jest, że scenarzyści nie dopuszczą, żeby cokolwiek popsuło tę świetlaną wizję i nie zafundują mu ani jednego zimnego prysznica. Z tego powodu scenariusz jest po prostu chaotyczny i o tyle nieprzewidywalny, że nie można stwierdzić, jakie bezsensowne i nieuzasadnione czynności zostaną podjęte i z jakich powodów tym razem przeciwnik się wycofa. Ważniejsze postaci wyposażone są w „zbroję fabularną” takiej grubości, że jak dobrze pójdzie, nawet efektowna eksplozja bezpośrednio trafionej w kabinę pilota valkyrii może się dla tegoż pilota skończyć niegroźnymi zadrapaniami.

Do wszystkich tych nielogiczności i dziur w fabule (skąd właściwie Basara umie po mistrzowsku pilotować valkyrię?) należy też doliczyć wyjątkowo powolny i niekonsekwentny rozwój głównego wątku. Wyjaśnienia tego, co właściwie się dzieje, padają zaskakująco późno, o ile w ogóle, a o ile jasne jest, że pewne tajemnice mogą poczekać na finał, o tyle trudno wciągnąć się w serię w sytuacji, kiedy działania obu stron nie mają na oko większego sensu. Znakomita większość odcinków oparta jest na niezwykle podobnym, epizodycznym schemacie fabularnym, z obowiązkową akcją wroga i „interwencją” bohatera. Dodatkowo na początku każdego odcinka od 2 do 4(!) minut zajmują bądź to streszczenia tego, co działo się ostatnio, bądź to informacje o świecie Macrossa. Te drugie mogą być przydatne, szczególnie dla widzów, dla których jest to pierwszy kontakt z cyklem, ale mimo wszystko trudno nie zauważyć, że ich podstawową rolą jest wygodne wypychanie odcinka do odpowiednich wymiarów.

Jak można zapewne wywnioskować z poprzednich akapitów, nie darzę bohatera tej serii szczególną sympatią – i stał się on głównym powodem obniżenia oceny za postaci o dwa punkty. Nie chodzi nawet o to, że nie przepadam za postaciami, w przypadku których twórcy usilnie wmawiają widzom, jacy to niesamowicie, nieprawdopodobnie i w ogóle nieziemsko cool są ich bohaterowie. Owszem, to może być trochę irytujące, ale w seriach przygodowych stanowi zwykle część konwencji. Jednakże w tym przypadku zamierzenia scenarzystów jaskrawo rozmijają się z faktycznym wydźwiękiem tego, co widzimy na ekranie. Mogę przyjąć do wiadomości bohatera, który wierzy w to, że pokojowymi metodami można zażegnać absolutnie każdy konflikt (chociaż w momencie kiedy zamiast sporu politycznego lub kulturowego mamy układ drapieżnik­‑ofiara, takie podejście jest troszkę wątpliwe). Jednakże w momencie, kiedy Basara wyczynia na polu bitwy akrobacje z towarzyszeniem najnowszego przeboju Fire Bomber, całkowicie ignorując to, że w każdym starciu wokół niego eksploduje tak na oko kilka­‑kilkanaście valkyrii z „Macrossa 7”, coś mi zaczyna zgrzytać. A w punkcie, kiedy nasz bohater ignoruje prośbę o niezwłoczne podjęcie działań mających na celu – bagatelka – ocalenie całej floty, ponieważ najpierw musi dokończyć aktualnie wykonywaną piosenkę, stwierdziłam, że jednak jako postać jest nieodwołalnie skreślony. Jeśli chodziło o pokazanie bezkompromisowego idealisty, to niewątpliwie się to udało – tyle że to raczej taki typ idealisty, który w imię pacyfistycznych haseł potrafiłby podłożyć bombę pod przedszkole. Oczywiście żelazna i niezłomna wola scenarzystów ratuje Basarę przed kompromitacją, a jego dowolnie ryzykowne i ignorujące bezpieczeństwo innych działania nie powodują żadnych strat – ale w niczym nie zmieniają oceny jego postępowania. Do tego wszystkiego w życiu „prywatnym” zachowuje się on jak skwaszona primadonna z permanentnym PMS­‑em. Tak, domyślam się, że również chodziło o ukazanie jego niepokornej i bezkompromisowej natury, ale w efekcie jest on wiecznie niemal ze wszystkiego niezadowolony, żąda od całego świata, żeby we wszystkim się do niego stosował, a dowolnie grzecznie i spokojnie pytany o jakiekolwiek przyczyny i motywacje powtarza jak katarynka „nic nie rozumiesz” oraz „słuchaj mojej muzyki”. Przykro mi, panie Basara, ale jakoś mam poczucie, że zadaniem artysty jest komunikowanie się ze światem, a nie pompowanie własnego ego.

Jednakże cała reszta postaci to zupełnie inna historia. Stosunkowo najmniej ciekawie przedstawia się „instrumentalna” połowa zespołu Fire Bomber. Ray to klasyczny typ „ojcowski”, uosobienie zdrowego rozsądku i opanowania, a przy tym osoba służąca wsparciem moralnym wszystkim tego potrzebującym. Enigmatyczna i małomówna (w całej serii odzywa się dokładnie trzy razy) Zentradianka Veffidas ma kilka udanych scen, zwykle jednak służy za ruchomą dekorację. Całkiem udaną osóbką natomiast okazała się Mylene – zapalczywa, ale jednocześnie dość trzeźwo myśląca, której większość wad można złożyć na młody wiek, a z zalet należy wymienić to, że z pewnością nie jest przesłodzona. Dzielnie partneruje Basarze (chociaż aż szkoda, że nie jest te parę lat starsza i nie potrafi mu się naprawdę przeciwstawić), a związane z nią wątki romantyczne nie są nadmiernie eksploatowane i wypadają naprawdę sympatycznie. Skoro o wątkach romantycznych mowa, należy wspomnieć o młodym i wyjątkowo zdolnym pilocie z elitarnej jednostki Diamond Force, Kizakim Gamlinie. Początkowo wydawał mi się postacią trochę sztywną i drewnianą, ale szybko okazało się, że ta sztywność jest w pełni zamierzona, a przyjaźń (z czasem także i coś więcej) z żywiołową Mylene ślicznie wydobywa z niego nowe cechy charakteru. Warto wspomnieć, że jest on także jedną z nielicznych postaci, którym w ogóle pozwolono się czymś wykazać i na szczęście nie został zmuszony do występowania jedynie w roli tła dla występów Basary. Natomiast rodzice Mylene, Milia i Maximilian Jenius, kradną praktycznie każdą scenę, w jakiej występują. Oboje pojawili się w oryginalnej serii Macross, jako najlepsi piloci odpowiednio po stronie Zentradi i ludzi, a ich rywalizacja zakończyła się małżeństwem. Tutaj przyczepić się można chyba tylko do tego, że z żadnej strony nie widać, aby byli dobrze po pięćdziesiątce (a na taki wiek wskazują najbardziej nawet optymistyczne obliczenia). Max jest dowódcą całej floty i kapitanem statku bojowego „Battle 7”, natomiast Milia zrezygnowała z kariery wojskowej, zostając burmistrzem City 7, czyli głównego miasta floty. Scenarzyści nie ośmielili się w żaden sposób ich „ogłupić”, dzięki czemu są to bohaterowie pełnokrwiści, faktycznie działający z odpowiednią skutecznością. Z postaci pierwszego Macrossa pojawia się jeszcze zentradiański doradca Exsedol, występujący tu jako dziwaczny, zielonoskóry osobnik, czyli w formie, w jakiej możemy pamiętać go z filmu Ai, Oboete Imasu ka.

Grafika jest dobra… Jak na serię telewizyjną z roku 1994, co niestety oznacza, że dzisiaj sporo straciła na widowiskowości. Projekty ważniejszych postaci są charakterystyczne, zróżnicowane i całkiem udane (może tylko Kizaki Gamlin wygląda trochę zbyt „plastikowo”, bardziej jak android niż jak człowiek), a Mylene nie tylko często się przebiera, ale i zmienia fryzurę. Osobny temat to projekty Obcych, ale tu powiedzmy tylko, że niestety sprawiają oni wrażenie przeciętnych demonów z losowego fantasy. Bardzo ładnie i efektownie wygląda City 7 – nie jest to być może najbardziej praktyczny (szczególnie jeśli chodzi o względy bezpieczeństwa) statek, ale też oryginalność i pomysłowość projektu zwracają uwagę. Gorzej jest z detalami – machnięto ręką na jakiekolwiek pomysły futurystyczne, a samo miasto, przedmioty i stroje wyglądają jak żywcem przeniesione z początku lat 90., przy czym w miarę możności starano się unikać pokazywania scen z większą liczbą ludzi, powtarzając ujęcia tego samego tłumu na koncertach tak często, jak tylko się dało. Trudno także – niestety – spodziewać się czegoś nadzwyczajnego jeśli chodzi o walki. Owszem, jest tu kilka (słownie kilka) efektownych pojedynków, jednak przy powtarzalnych starciach w każdym odcinku powtarzalna staje się także animacja. Warto podkreślić, że w porównaniu z wcześniejszymi seriami znacznie częściej wykorzystywana jest tu postać mecha, w której valkyrie spędzają większość czasu (nawet podczas pościgów), a która gorzej nadaje się do podniebnych akrobacji. Brakuje także jakichś bieżących rozkazów, świadczących o choćby najogólniejszej strategii: atak po obu stronach najczęściej polega na wystrzeliwaniu we wszystkie strony ogromnej liczby pocisków, z których większość trafia Panu Bogu w okno, eksplodując z impetem w próżni. O ile rozumiem, że ten właśnie rodzaj ataku stał się jednym z elementów rozpoznawczych Macrossa, o tyle na dłuższą metę walki składające się głównie z rozbłyskujących losowo kul światła nadają się bardziej na wygaszacz ekranu niż do budowania jakiegokolwiek napięcia. Powtórzę raz jeszcze: wszystko to można (i należy) złożyć na karb wieku serii, ale osoby spodziewające się czegoś podobnego do wcześniejszego Macrossa Plus mogą się poczuć zawiedzione.

W przypadku ścieżki dźwiękowej zdecydowano się na eksperyment, całkowicie rezygnując z „zewnętrznej” muzyki. Wszelkie pojawiające się tu dźwięki są częścią fabuły – zwykle piosenkami lub melodiami wykonywanymi przez kogoś z zespołu Fire Bomber, w bardzo nielicznych przypadkach – piosenkami innych wykonawców, płynącymi na przykład z radia. Takie podejście ma swoje wady i zalety. Do zalet na pewno można zaliczyć większą autentyczność ścieżki dźwiękowej, w której muzyka nie stanowi ozdoby, ale dodatkową, integralną warstwę. Wadą natomiast jest oczywista powtarzalność piosenek, których w sumie przewija się chyba kilkanaście. Piosenki z natury są łatwiej rozpoznawalne od samych melodii, a wałkowane niezliczoną ilość razy te same fragmenty mogą się w końcu zacząć nudzić. Dość wyraźnie słychać też, że każdy utwór ma kilka wariantów (zwykle zależnie od tego, czy Mylene i Basara śpiewają oddzielnie, czy w duecie), ale warianty te również powtarzają się wiele razy – to z kolei potrafi sprawiać trochę sztuczne wrażenie, jakby postaci miały wmontowany w środku magnetofon. Ostatnią natomiast wadą jest bardzo wyraźna różnica między głosami seiyuu odtwarzających role Basary i Mylene a głosami piosenkarzy wykonujących ich partie wokalne – w scenach koncertów nie zwraca to większej uwagi, ale jest bardzo słyszalne w momentach, kiedy któreś z nich śpiewa a cappella. Poza tym jednak przeboje Fire Bomber brzmią całkiem sympatycznie, chociaż może trochę śmieszyć kreowanie ich muzyki na „ostrą” i „kontrowersyjną” – mam wyjątkowo konserwatywny gust, jeśli chodzi o muzykę, ale tego rodzaju piosenki kontrowersyjne mogły się wydawać chyba w czasach wczesnych Beatlesów.

Macross 7 jest na dobre i na złe częścią uniwersum Macrossa, chociaż – jak zresztą wszystkie główne tytuły cyklu – do oglądania nie wymaga znajomości poprzednich części. Pod względem fabularnym bardziej naiwny od pierwszego Macrossa, powielający klasyczne wady serii o mechach i dokładający kilka nowych, rażący pacyfistycznym przesłaniem wywierającym efekt odwrotny do zamierzonego – jest serią zrodzoną z klimatu i stylu lat 90. i nieodłącznie z nimi związaną. Polecałabym przede wszystkim amatorom staroci, szczególnie jeśli akurat ich nie zrazi konstrukcja głównego bohatera. Macross 7 ma trochę zalet, ale w swojej podstawowej kategorii, „cukierka dla oczu”, zestarzał się dość poważnie, a jednak nie jest to tytuł, który (gdyby nie przynależność do szacownego cyklu) wliczałoby się do ponadczasowej klasyki. Dlatego nie zachęcam specjalnie – ominięcie tej części nie przeszkadza w oglądaniu nowszych i starszych produkcji z uniwersum Macrossa.

Avellana, 28 marca 2010

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Ashi Productions
Projekt: Haruhiko Mikimoto, Hiroshi Ogawa, Kazutaka Miyatake, Ken'ichirou Katsura, Meiju Maeda, Munenori Nawa, Shouji Kawamori
Reżyser: Tetsurou Amino