Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Otaku.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

4/10
postaci: 5/10 grafika: 6/10
fabuła: 4/10 muzyka: 4/10

Ocena redakcji

5/10
Głosów: 2 Zobacz jak ocenili
Średnia: 5,00

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 3
Średnia: 5,67
σ=0,47

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Filmowit R)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Space Fantasia 2001 Ya Monogatari

Rodzaj produkcji: seria OAV
Rok wydania: 1987
Czas trwania: 60 min
Tytuły alternatywne:
  • Space Fantasia 2001 Nights
  • スペース ファンタジア 2001夜物語
Tytuły powiązane:
Pierwowzór: Manga; Miejsce: Inne planety; Czas: Przyszłość
zrzutka

Kosmos: ostateczna granica. Niestety nie dla głupoty, marnotrawstwa, absurdu oraz niekompetencji‎.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Shenai

Recenzja / Opis

Zwiedziony tytułem przywodzącym na myśl słynną Odyseję kosmiczną Stanleya Kubricka, po cichu liczyłem na anime wybitne. Zobaczyłem jednak coś, co z klasykiem wspólną ma tylko nazwę i to, że również jest adaptacją (tyle że nie książki, a mangi). Reszta natomiast, choć pod pewnymi względami stara się imitować jeden z najlepszych filmów science­‑fiction wszech czasów, stanowi (na swoje i widza nieszczęście) zupełnie inną historię. Historię wielkiej głupoty i jeszcze większej niegospodarności, które w tym anime osiągają iście absurdalne rozmiary i wręcz przerażają faktem, iż ktoś mógł wpaść na pomysł tak irracjonalnej i niedorzecznej fabuły. Opowieść narracyjnie stara się przypominać obraz Kubricka i podobnie jak Odyseja kosmiczna podzielona jest na akty (w tym przypadku tak zwane „noce”), ale twórcy zwyczajnie nie mają do opowiedzenia ciekawej historii, opatrzonej błyskotliwymi przemyśleniami, nadającymi wydarzeniom jakiś głębszy sens. Z tego powodu zamiast wysublimowanej, intelektualnej podróży (albo jak kto woli, „odysei”), otrzymujemy jedną z najbardziej kuriozalnych misji podboju kosmosu w dziejach.

Skoro loty do innych gwiazd zajmują setki lat, ludzie (słusznie skądinąd) stwierdzili, że najlepszym sposobem na ich skolonizowanie będzie wysłanie zamrożonych zarodków, które rozwiną się po dotarciu na miejsce. Muszę przyznać, że do tego momentu, czyli do jakiejś trzeciej minuty, film zapowiadał się interesująco. Niestety już po chwili cały ciekawy koncept, jaki za nim się krył, zaczął niknąć w bezmiarze fabularnych głupot i umowności. Gdy po wylądowaniu na powierzchni nieznanej planety wszystkie „urodzone” w laboratorium dzieci beztrosko wybiegły ze statku i boso zaczęły samodzielnie (bo mające się nimi zajmować androidy ni stąd, ni zowąd uległy dezaktywacji) eksplorować nieznany świat, wesoło skacząc przy tym po zielonej łące, wiedziałem już, że mogę zapomnieć o jakichkolwiek aspektach naukowych. W dodatku „genialni” twórcy tego wielkiego projektu do wyhodowania kolonistów użyli materiału genetycznego tylko od jednej pary! Chyba tylko po to, aby móc później poetycko i patetycznie przyrównać ją do rodziców ludzkości: Adama i Ewy. Nie byłoby może w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że para ta nosiła jakże oryginalne nazwisko Robinson. No cóż, symbolizm w kinematografii często potrafi podnieść wartość merytoryczną opowiadanej historii, zyskującej dzięki niemu dodatkowy wymiar znaczeniowy. Dzieje się tak jednak tylko wtedy, gdy jest on przemyślany, a nie gdy stanowi zbiór przypadkowych nawiązań (Adam Robinson – protoplasta nowego człowieka; doprawdy siermiężność odniesień sięgnęła w tym przypadku gwiazd). Niestety tutaj wszelkie aluzje bądź porównania nie wnoszą do opowieści absolutnie nic (poza zażenowaniem widza), tym bardziej że film stara się na każdym kroku przekonać nas, że bardziej jest obrazem science niż fiction.

Ponosi pod tym względem kompletną porażkę, gdyż już na samym początku wychodzi z błędnych założeń, a potem w ogóle nie próbuje ich racjonalnie wytłumaczyć – nawiązanie do pierwszych ludzi może i dobrze brzmi, ale rodzi zarazem problem kazirodztwa w następnych pokoleniach kolonistów i wynikających z tego chorób genetycznych. W dobrej produkcji science­‑fiction wytłumaczono by takie rozwiązanie choćby jednym zdaniem. Tu nie poświęcono na to nawet słowa. Po prostu scenarzysta napisał, że tak jest, i nikt się nad sensownością takiej koncepcji nie zastanawia. Zresztą logika i racjonalność zdarzeń kuleje w tym filmie z minuty na minutę coraz bardziej. Albowiem dowiadujemy się, że zaraz po wysłaniu wielkiej kosmicznej arki ludzkość odkryła nowy napęd umożliwiający jej swobodne podróżowanie po galaktyce. Wydawać by się mogło, iż w takiej sytuacji wspomniana misja zostanie anulowana, a do celu podróży udadzą się żywi astronauci. Nic z tych rzeczy. Nie dość, że ekspedycja z zarodkami, jak podpowiadałby zdrowy rozsądek, nie została przerwana, to jeszcze na planetę, na którą zmierzała, wysłano inną ekipę z zadaniem terraformowania jej dla przyszłych „zarodkowych kolonistów”. Wydaje mi się, że więcej o fabule pisać nie muszę. Założenia jej są tak niedorzeczne, że człowiek zaczyna snuć podejrzenia czy przypadkiem za jej przygotowanie nie byli odpowiedzialni ludzie z Wiejskiej w Warszawie. Wszelkie głupoty fabularne uzasadnić mogłyby tak naprawdę tylko dwie rzeczy: komediowy charakter całości albo głębsze filozoficzne rozważania, dla których ukazane wydarzenia stanowiłyby tylko pewnego rodzaju ilustrację. Niestety, ani na poważną i dojrzałą kontemplację rzeczywistości, ani na zabawne sceny w przypadku tego anime nie można liczyć. Wszystko, na co stać twórców, to skromny i wyniosły manifest ekologiczny, podkreślający, jak ważna jest ochrona środowiska. Co prawda, jeśli ktoś się uprze, to wyciągnie z tej produkcji trochę więcej, a zamiast zbieraniny irracjonalnych pomysłów dostrzeże być może jakieś głębsze przesłanie. Niestety taki odbiór nie będzie wynikać z dobrego scenariusza, tylko z bardzo sprytnej reżyserii.

Reżyser kopiuje bardzo wiele rozwiązań stosowanych przez Stanleya Kubricka, przez co, siłą rzeczy, film mimo fabularnej groteskowości prezentuje się na pierwszy rzut oka całkiem nieźle. Budowanie historii w stylu Odysei kosmicznej jest wtórne i odtwórcze, ale przynajmniej stwarza iluzję obcowania z czymś o wiele wartościowszym, niż jest w rzeczywistości. Spokojne ukazywanie kolejnych kadrów, dające widzowi czas na zastanowienie się nad tym, co obserwuje, oraz skupianie jego uwagi na pojedynczych elementach scenografii jest dobrym pomysłem, o ile ma się jakąś ciekawą myśl do przekazania. Tu niestety, jak już wspomniałem, tej myśli brakuje, przez co wyszukane i eleganckie zagrania reżysera są pozbawione większego sensu. Mimo że pretendują do miana sztuki, tworzona przez nie iluzja bardzo szybko się rozwiewa, a widz dostrzega szarą rzeczywistość, pozbawioną jakiejkolwiek istotniejszej treści. Takie podejście prawdopodobnie o wiele więcej osób zniechęci, niż zachęci do obejrzenia tego tytułu i uznane zostanie za kompletnie bezsensowne. Choć niezmiernie cenię taki ascetyczny sposób opowiadania historii, to w tym przypadku najzwyczajniej w świecie nie ma czego opowiadać, przez co taka narracja pozostaje kompletnie nieuzasadniona. Sam film wiele by zyskał, gdyby go po prostu skrócić do około dwudziestu minut. Tyle w zupełności wystarczyłoby do powiedzenia, że trzeba dbać o Ziemię, gdyż jest wielkim darem, i nie należy popełniać starych błędów, zaczynając wszystko od nowa. W obecnej wersji anime stanowi jedynie przykład na to, jak można zamaskować fabularną pustkę intrygującą reżyserią. Innymi słowy, jest to pięknie pomalowana wydmuszka, która potrafi momentami udawać, że pod estetyczną i interesującą skorupką jest w niej coś więcej.

Skoro już przy wydmuszce jesteśmy, to warto poświęcić trochę miejsca bohaterom i dialogom. Bohaterowie, tak samo jak w Odysei kosmicznej, są bardziej elementami scenerii niż protagonistami z krwi i kości. Służą jedynie prezentowaniu kolejnych zjawisk, przez co wiele im można wybaczyć, gdyż dzięki dobrej reżyserii wpisują się w szerszą koncepcję świata przedstawionego i spójną wizję artystyczną (acz trudno jest wystawić dobrą ocenę za postacie pozbawione jakiejkolwiek charyzmy czy cech charakteru). Jednakże w przypadku dialogów trudno znaleźć jakąkolwiek myśl przewodnią. Choć z pozoru poważne i mądre, w rzeczywistości są absolutnie bezosobowe i przepełnione zbędnym, nic niewnoszącym symbolizmem – okazują się równie puste, co fabuła. Niestety, wbrew pozornym analogiom, fatalnie korelują one z marionetkowymi postaciami – nie dość, że nie ma kogo słuchać, to jeszcze nie ma o czym słuchać.

Trochę lepiej sytuacja rysuje się w przypadku oprawy technicznej. Choć animacji w niej jak na lekarstwo, a ukazywane ruchy są dość statyczne, to nie sposób odmówić kosmicznym sceneriom, nawet żywcem przekalkowanym z produkcji Kubricka (w szczególności jednej stacji kosmicznej), swoistego uroku. Statki, planety i gwiazdy naprawdę cieszą oko, pozwalając przenieść się, przynajmniej na chwilę, w przestrzeń międzygwiezdną. Szkoda tylko, że najbardziej zachwyca w tym przypadku drugi plan, czyli tła. Na pierwszym zaś pozostaje trochę do życzenia – postacie, choć ładne, proporcjonalne i szczegółowe, poruszają się dość mechanicznie. Wszelkiego rodzaju rekwizyty zlewają się ze scenerią, przez co ich dopracowane projekty nie wywierają właściwie żadnego wrażenia. Jedyną rzeczą, która cieszy oko na wszystkich planach, jest kolorystyka. Barwy zostały adekwatnie dobrane do określonych scen i dobrze kreują ich atmosferę. Ogólnie jest nieźle, chociaż wątpię, by ktoś uznał tę produkcję za wizualną ucztę.

Tak samo zresztą ścieżki dźwiękowej nikt zapewne nie uzna za wybitną symfonię. Bo choć reprezentuje dość przyzwoity poziom, w żadnym momencie nie wybija się ponad średnią, jaką można usłyszeć w anime. Co gorsza, czasami wręcz irytuje. Mimo że składają się na nią przede wszystkim spokojne kompozycje, nawiązujące do muzyki klasycznej, to nie brak też (na nieszczęście widza) wstawek wykonywanych na syntezatorze przy akompaniamencie perkusji. Są to bardzo agresywne i chaotyczne, można wręcz zażartować, zwariowane melodie obecne w drugim akcie i podkreślające zapał towarzyszący procesowi terraformowania. Rozumiem, jaki cel przyświecał kompozytorowi, ale uważam, że akurat te kawałki nie nadają się do słuchania i bardziej przypominają zbiór przypadkowych dźwięków niż muzykę. Natomiast w przypadku reszty utworów nie czeka nas nic nadzwyczajnego – poprawnie podkreślają podniosły klimat prezentowanych wydarzeń i wyjątkowość eksploracji kosmosu, ale w żadnym momencie nie ocierają się nawet o geniusz. Właściwie, gdyby nie kilka irytujących odgłosów, to ścieżki dźwiękowej w tej produkcji w ogóle bym nie zauważył.

Nie jest to może najgorsze anime w historii, ba, pod pewnymi względami jest nawet lepsze od niektórych popularnych telewizyjnych tasiemców – może i nieudolnie, ale skłania trochę do myślenia. Nie sposób jednak zapomnieć, że tak naprawdę mamy do czynienia z dość mierną i marną parafrazą Odysei kosmicznej, niemającą nam nic ciekawego ani odkrywczego do powiedzenia. Być może sedno problemu leży w mandze będącej pierwowzorem filmu. Ale nawet jeśli, nie jest to usprawiedliwienie dla twórców, którzy tak jak Stanley Kubrick powinni umieć zrobić z materiałem źródłowym coś nowego. Niestety nie zrobili, dlatego seans zdecydowanie odradzam. Chyba że ktoś jest ciekaw, jak wyglądałby najlepszy film science­‑fiction w wersji anime (albo jest wielkim fanem mangi).

Filmowit R, 15 września 2019

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: TMS Entertainment
Autor: Yukinobu Hoshino
Projekt: Akio Sugino, Takashi Watabe
Reżyser: Yoshio Takeuchi
Scenariusz: Chiho Katsurako
Muzyka: Satoshi Kadokura