Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

9/10
postaci: 9/10 grafika: 10/10
fabuła: 9/10 muzyka: 9/10

Ocena redakcji

8/10
Głosów: 2 Zobacz jak ocenili
Średnia: 8,00

Ocena czytelników

brak

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (moshi_moshi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Kurumiwari Ningyou

Rodzaj produkcji: film
Rok wydania: 1979
Czas trwania: 82 min
Tytuły alternatywne:
  • Nutcracker Fantasy
  • くるみ割り人形
Gatunki: Fantasy
zrzutka

Czy ktoś tu jeszcze pamięta Dziadka do orzechów? Nie? W takim razie ta produkcja jest znakomitą okazją, by go sobie przypomnieć.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: moshi_moshi

Recenzja / Opis

Klara przyjeżdża w odwiedziny do wujostwa – ciotki Gerdy i wuja Drosselmeyera, znakomitego zegarmistrza. Młoda dama jest tak podekscytowana wizją spotkania z kuzynem, które czeka ją następnego dnia, że nie może zasnąć. Ciotka ostrzega ją, że jeżeli szybko się nie położy, to pojawi się Ragman, tajemniczy i przerażający człowiek, który zamienia niepokorne dzieci w myszy. Dziewczyna wyraża właśnie swoją niewiarę w stare legendy, gdy nagle drzwi do pokoju otwierają się… Nie, to nie Ragman, a wujek, który przyniósł ze sobą swoje najnowsze dzieło – dziadka do orzechów. Pan Drosselmeyer nie jest szczególnie zachwycony nową lalką, gdyż nie wyszła ona tak pięknie, jakby sobie tego życzył, może z wyjątkiem serca. Jednak Klara jest zachwycona zabawką i namawia wuja, by ją jej podarował. Przytulona do dziadka do orzechów w końcu zasypia, jednak nie na długo, ponieważ w środku nocy budzi ją jakiś hałas. To myszy próbują porwać jej prezent od wuja…

Jak na staroć z 1979 roku, na dodatek wyprodukowany przez Sanrio, czyli firmę odpowiedzialną za sukces Hello Kitty, Kurumiwari Ningyou robi wrażenie. Amerykańsko­‑japońska produkcja na podstawie klasycznego dzieła europejskiej kultury, nawet po trzydziestu latach od premiery zaskakuje dopracowaniem detali, oprawą audiowizualną i wystawnością. Nie jest to wierna ekranizacja baletu Czajkowskiego i wspaniałej opowieści E.T.A. Hoffmanna, a jedynie znakomicie skomponowana wariacja na ich temat. Zresztą nawet bez znajomości oryginałów można się na filmie świetnie bawić. Jego największymi zaletami są wyraziście zarysowane postaci oraz oniryczno­‑mroczny klimat. Sama historia jest stosunkowo prosta, ale została przedstawiona w sposób, który sprawia, że widz nie może oderwać oczu od ekranu. Najciekawsze i jednocześnie najlepsze sceny to te, w których mamy do czynienia z wydarzeniami dramatycznymi lub tajemniczymi. Tak naprawdę, im mniej postaci widzimy na ekranie, tym lepiej. To właśnie pojawiający się tylko na chwilę enigmatyczni, często bezimienni przewodnicy Klary po dziwnej, sennej krainie przykuwają uwagę. Opisanie tego widowiska jest niesamowicie trudne, nie ze względu na skomplikowanie fabuły, a wyżej wspomniany klimat, który od pierwszych sekund wciąga i porywa widza. Podczas seansu natychmiast udziela nam się oniryczna atmosfera podszyta niewielką ilością grozy. Film angażuje emocjonalnie obserwatora, który ma wrażenie, jakby towarzyszył bohaterce podczas jej podróży. Jest to wspaniała baśń, której korzenie wyrastają z niemieckiego romantyzmu i to powinowactwo doskonale daje się odczuć. Chociaż twórcy nie przenieśli wiernie na ekran literackiego i muzycznego pierwowzoru, to udała im się sztuka dużo trudniejsza – perfekcyjnie uchwycili ducha tamtej epoki.

Oczywiście nie obyło się bez kilku potknięć, nie są one jednak na tyle poważne, aby zakłócać pozytywny odbiór całości. Przede wszystkim warto zwrócić uwagę, że jest to koprodukcja i film został wypuszczony w dwóch wersjach językowych – angielskiej i japońskiej (ja miałam przyjemność zobaczyć tę pierwszą). Poza tym produkcja przeznaczona na rynek amerykański niestety została ocenzurowana. Co prawda nie była to jakaś mocna ingerencja w treść filmu, wycięto jedynie kilka scen uznanych za zbyt straszne lub brutalne (nie ma to jak nadgorliwość). Cóż, osoba, która nie miała styczności z wersją japońską i tak zapewne nie zauważy tych braków. Bardziej drażniące wydało mi się wciśnięcie do filmu elementów, które można uznać za reklamę Hello Kitty, a nie mających żadnego sensownego uzasadnienia. Poza tym, jak już wcześniej wspomniałam, jest to „wariacja na temat”, dlatego też zrezygnowano z klasycznej oprawy dźwiękowej, czyli utworów z baletu Czajkowskiego, na rzecz ich współczesnych aranżacji. Przyznaję, że trochę mi brakowało tradycyjnego wykonania Tańca wieszczki cukrowej, co nie znaczy, że zaprezentowane kompozycje były złe. Po prostu inne. Zresztą braki „filharmoniczne” Kurumiwari Ningyou nadrabia rewelacyjnymi piosenkami, których nie powstydziłby się porządny musical. Dance of the Dolls w wykonaniu Randy’ego Bishopa i Marty Gwinn przewijałam chyba z dziesięć razy, tak bardzo przypadła mi do gustu. I owszem, bywa, że całość trąci kiczem, ale to wyjątkowo stylowy kicz.

Tym razem mamy do czynienia z teatrem lalek połączonym z filmem aktorskim, gdyż w animację wpleciono wstawki z żywymi ludźmi. Pojawiają się one przede wszystkim w scenach tańca, które w wykonaniu lalek wypadłyby dosyć przeciętnie, jeżeli nie tragicznie. Ze względu na nietypową formę postaci trudno tu mówić o płynności w poruszaniu się czy wyrażaniu emocji poprzez twarz. Mimo to produkcja prezentuje się szalenie efektownie, głównie dzięki zadbaniu o każdy, nawet najdrobniejszy detal w wyglądzie i otoczeniu bohaterów. Tła, jak i użyte lalki są po prostu piękne, widać japońską precyzję. Oprawę dzieła spokojnie można określić jako barokową – jest bogata, wyszukana i niezwykle wysmakowana plastycznie. Z przykrością muszę stwierdzić, że dzisiaj już mało kto tworzy w ten sposób, zazwyczaj wyręczając się komputerem.

Ponieważ mamy do czynienia z teatrem lalek, cała odpowiedzialność za charaktery bohaterów i w ogóle za to, jak będziemy ich postrzegać, spadła na aktorów ich grających. W klasycznym anime zawsze jest możliwość (ograniczona co prawda) pokazania emocji za pomocą gestu, wyrazu twarzy. Tutaj jedynym narzędziem pracy jest głos. Chylę czoła przed ekipą, której powierzono to trudne zadanie. Chociaż nie jestem fanką angielskiego dubbingu, tym razem naprawdę trudno mi się do czegoś przyczepić, wręcz przeciwnie. Chyba największe wrażenie zrobił na mnie Christopher Lee (Saruman z Władcy Pierścieni), który wcielił się w postać wuja Drosselmeyera (i nie tylko). Grane przez niego postacie autentycznie żyją i stanowią najmocniejszy punkt opowieści. Ten człowiek został stworzony do odgrywania ról tajemniczych, niejednoznacznych i intrygujących. Lee wspaniale wczuł się w klimat prezentowanej historii, wzbogacając go swoim wyśmienitym aktorstwem, a także, niespodzianka, śpiewem! Reszta ekipy również wypadła bardzo dobrze, ale niestety ich dokonania bledną w zestawieniu z popisem Brytyjczyka. Na uwagę zasługuje też Melissa Gilbert, która zagrała Klarę. Późniejsza gwiazda filmów klasy B, celująca głównie w „historie z życia wzięte”, popularność zdobyła już jako dziecko, występując w kultowym kiedyś Domku na prerii. Jak widać, Kurumiwari Ningyou otrzymało prawdziwie gwiazdorską obsadę (jak na swoje czasy), która rewelacyjnie spełniła powierzone jej zadanie.

Wariacja na temat Dziadka do orzechów to kawał wspaniałego kina, które polecam każdemu. Zwłaszcza że film pochodzi z czasów, kiedy Japończycy jeszcze zwracali uwagę na zawartość pierwowzoru, na podstawie którego kręcili produkcję, a nie jedynie na tytuł. Baśniowy, zaskakujący świat przedstawiony nie ma w sobie nic z cukierkowatości i pstrokatej tandety. Nie wiem, czy twórcy odrobili lekcję z historii kultury europejskiej, czy to tylko dobra intuicja i łut szczęścia. Ważne, że efekt końcowy mile zaskakuje i pozostawia niezatarte wrażenie. Jestem pewna, że jeszcze wielokrotnie wrócę do Kurumiwari Ningyou, ponieważ takie perełki nie trafiają się zbyt często.

moshi_moshi, 23 listopada 2010

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Sanrio
Autor: E.T.A. Hoffmann, Eugene A. Fourier, Thomas Joachim
Reżyser: Takeo Nakamura
Scenariusz: Shintarou Tsuji
Muzyka: Akihikto Watatsuki, Kentarou Haneda, Piotr Czajkowski