Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kregulcowe Dni: Studencka Intryga

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 7/10 grafika: 9/10
fabuła: 8/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

8/10
Głosów: 4 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,50

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 9
Średnia: 7,44
σ=1,5

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Grisznak)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Uchuu Senkan Yamato: Fukkatsu-hen

zrzutka

Nakręcony po dwudziestu sześciu latach film, będący nową odsłoną historii gwiezdnego pancernika „Yamato”. W każdym niemal calu dorównujący wielkim poprzednikom.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Minęło kilkanaście lat od chwili, w której wrak „Yamato” spoczął w lodowym obłoku, jaki pozostał po wodnej planecie, która miała zatopić Ziemię. Wraz ze zniszczeniem gwiezdnego pancernika rozpadł się związek Yuki i Kodaia. On zaszył się na odległej stacji kosmicznej, gdzie, zapuściwszy brodę, żyje głównie przeszłością. Ona, idąc do przodu, została kapitanem floty i podjęła się opieki nad ich córką, Miyuki. W takiej oto chwili naukowcy odkrywają poruszającą się z dużą prędkością czarną dziurę, która nieuchronnie zbliża się do Układu Słonecznego. Nie jest to przeciwnik, którego mogłaby powstrzymać najpotężniejsza nawet flota, zatem podjęta zostaje decyzja o ewakuacji ludności Ziemi. Jej punktem docelowym jest księżyc planety Amar, na którym panują warunki klimatyczne zbliżone do ziemskich. Pierwsza flota ewakuacyjna znika jednak bez śladu. Druga, której eskortą dowodzi Yuki, zostaje zaatakowana i mimo heroicznej obrony, całkowicie zniszczona. Dowództwo ściąga na Ziemię Kodaia, który ma poprowadzić trzecią flotę ewakuacyjną. Trzonem jej eskorty będzie zbudowany niemal od podstaw nowy­‑stary „Yamato”…

Długo czekałem na ten film i trochę zacząłem się obawiać, że to oczekiwanie, połączone z wysokimi wymaganiami, sprawi iż Uchuu Senkan Yamato: Fukkatsu­‑hen nie przypadnie mi do gustu. No cóż, nie było się czego bać. Nowy film jest produkcją absolutnie kanoniczną dla serii, zawierającą wszystkie ważne dla niej elementy. Mamy więc epickie starcia kosmiczne z udziałem całych flot, odpowiednio potężnego przeciwnika, perspektywę zagłady Ziemi, a także problemy osobiste bohaterów. Te ostatnie dotyczą głównie Kodaia, którego córka wini za śmierć matki. On sam nie wierzy w to, że Yuki mogła tak po prostu zginąć i jest rozdarty między obowiązkami wobec Ziemi i chęcią poszukiwania małżonki. Jest zarazem ostatnim z pierwszej załogi „Yamato”, a ci, którzy służyli u jego boku podczas wojny z Denguili, mogą uchodzić za weteranów.

Jeśli chodzi o konstrukcję fabularną, to filmowi najbliżej do trzeciej serii telewizyjnej. Tak jak tam, mamy tu kilka sił, między które trafiają Ziemianie. Wojna, w jaką się uwikłają, nie pozostawi neutralnym nikogo z zainteresowanych. Cywilizacja SUS, która siłą narzuciła pokój skłóconemu sektorowi, nie jest zachwycona perspektywą pojawienia się na jej terenie ludzi i oskarża ich o inwazję, której wszystkie nacje muszą się przeciwstawić. Jednak kolejne państwa stopniowo dochodzą do wniosku, że może jednak należałoby się z Ziemianami porozumieć. Wprawdzie na walkę zawsze znajdzie się czas, ale czarna dziura, która leci w kierunku Ziemi, zwolnić raczej nie zamierza.

Zmienił się sam „Yamato”, choć to dotyczy przede wszystkim jego możliwości technicznych. Wave motion cannon jest w stanie oddać aż sześć strzałów pod rząd. Na wyposażeniu okrętu znalazły się zupełnie nowe myśliwce i bombowce. Bliźniacy Sou i Shou Tenma obejmują dawne stanowisko Tokugawy. Równie śliczna, jak inteligentna Maho Orihara zostaje głównym nawigatorem. Zasłużonego doktora Sado zastępuje młoda i atrakcyjna Miharu Sasaki, pełniąca, obok obowiązków szefowej służb medycznych, także rolę pilota myśliwca. Nowa załoga nie jest, rzecz jasna, wolna od spięć i konfliktów, choć z drugiej strony przyznać trzeba, że jak na świeżo zebraną, radzi sobie nad wyraz dobrze. Kodai coraz bardziej zaś przypomina w zachowaniu świętej pamięci Okitę, stając się dla swoich ludzi nie tylko kapitanem, ale i mentorem. Po drugiej stronie wyróżnia się admirał Gorui z planety Etos, wzorowany wyraźnie na japońskich dowódcach floty (nawet jeśli wizualnie przypomina hrabiego Dooku). Zwraca też uwagę Iriya, królowa Amar. Niestety, główni antagoniści wypadają niezbyt ciekawie i dość sztampowo – w zasadzie to największa słabość tego filmu, brak tu bardzo kogoś na miarę Desslera. Daje się zauważyć, że zrezygnowano już z udawania, iż mamy do czynienia z Obcymi – mieszkańcy Amar czy Etos niczym się nie różnią od ludzi, ani wewnętrznie ani zewnętrznie.

Od strony technicznej za to film miażdży niczym czołg. Grafika to marzenie – przy zachowaniu stylizowanych na dawne projektów postaci, całość wygląda bardzo nowocześnie. Tak, czuć tu duży szacunek dla tradycji. Nie znaczy to, że twórcy nie poszli z duchem czasu – animacje stoją na pierwszorzędnym poziomie. Szczególne wrażenie robią sekwencje bitew, gdzie z jednej strony komputery chodzą na pełnych obrotach, a z drugiej wszystko jest przejrzyste, nie ma mowy o przeładowaniu i efekciarstwie, które mogły wszak kusić autorów. Projekty mechaniczne poszły do przodu, a jakże, ale nie aż tak bardzo, by widz miał wrażenie, że to zupełnie inny świat. Niektóre maszyny, takie jak okręty wojenne floty Amar, to cudeńka, na których aż miło zawiesić oko. Mamy też wszystkie klasyczne sceny, łącznie ze startem „Yamato” wyłaniającego się spod lodu. Zaskakują retrospekcje, gdzie wykorzystano oryginalne ujęcia ze starych filmów.

Ważnym elementem i zarazem wizytówką serii była zawsze muzyka. Tutaj mamy do czynienia z pewnymi eksperymentami. Po pierwsze, główny temat, jedna z najbardziej znanych piosenek w dziejach anime, został zaaranżowany w stylu pop­‑rocka. Jest szybszy, bardziej nośny, ale zupełnie pozbawiony patosu, który towarzyszył klasycznemu chóralnemu wykonaniu. Co lepsze – tu ocenę pozastawiam wam, drodzy czytelnicy. Zwraca natomiast uwagę jego oszczędne wykorzystywanie, podobnie zresztą jak innych melodii znanych z poprzednich produkcji o gwiezdnym pancerniku. Podczas bitew słyszymy najczęściej dźwięki fortepianu. Sprawdza się to całkiem nieźle, nie powiem. Całą ścieżkę dźwiękową ocenić muszę dość wysoko, chociaż mnie osobiście nowa wersja wokalna głównego tematu średnio leży. Ale może po prostu jestem zbyt konserwatywny?

Uchuu Senkan Yamato: Fukkatsu­‑hen to bez dwóch zdań bardzo udana produkcja, godnie kontynuująca najlepsze tradycje niemal całkowicie wymarłego już gatunku, jakim jest space opera. Jak przystało na tę serię, film jest długi, ale w żadnym razie nie dłuży się. Otwarte zakończenie sugeruje możliwość powstania ciągu dalszego i bardzo bym się cieszył, gdyby rzeczywiście miało to miejsce – nawet jeśli już podczas kręcenia tego filmu jego dwaj główni twórcy, panowie Matsumoto i Nishizaki (ten ostatni niedawno wyszedł z więzienia, gdzie, pomimo zaawansowanego wieku, odsiadywał wyrok za posiadanie broni i narkotyków) zdążyli się znowu pokłócić o wszystko, o co się da. Sukces kinowy niedawnej aktorskiej wersji Uchuu Senkan Yamato także dobrze wróży tym nadziejom. Obym więc niebawem miał okazję recenzować kolejne produkcje z tego cyklu.

Grisznak, 25 stycznia 2011

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Enagio
Autor: Yoshinobu Nishizaki
Projekt: Makoto Kobayashi, Tomonori Kogawa
Reżyser: Yoshinobu Nishizaki
Scenariusz: Atsuhiro Tomioka, Yoshinobu Nishizaki
Muzyka: Hiroshi Miyagawa, Kentarou Haneda