Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

5/10
postaci: 5/10 grafika: 6/10
fabuła: 5/10 muzyka: 4/10

Ocena redakcji

5/10
Głosów: 2 Zobacz jak ocenili
Średnia: 5,00

Ocena czytelników

4/10
Głosów: 1
Średnia: 4
σ=0

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Grisznak)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Love Position: Legend of the Halley

Rodzaj produkcji: seria OAV
Rok wydania: 1985
Czas trwania: 93 min
Tytuły alternatywne:
  • Love Position: Halley Densetsu
  • ラブ・ポジション ハレー伝説
Gatunki: Przygodowe, Romans
Postaci: Obcy; Rating: Nagość, Przemoc; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Azja; Czas: Współczesność
zrzutka

Czym naprawdę jest kometa Halleya i co przynosi Ziemi? Raczej przeciętna OAV.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Od niemal pół roku sukcesywnie opisuję mniej lub bardziej znane adaptacje animowane dzieł Osamu Tezuki. Tytuł, o którym tym razem piszę, wyróżnia się pomiędzy nimi nie tylko tym, że był pierwszą OAV wyprodukowaną przez Tezuka Productions. To tytuł zupełnie inny od pozostałych mających coś wspólnego z dziełami Tezuki. Choć jest podobno adaptacją komiksu tego twórcy (a przynajmniej jest on wymieniany jako autor koncepcji fabularnej), widz niedysponujący taką wiedzą raczej nie ma zbytnich szans, aby na to wpaść.

Co siedemdziesiąt lat w okolice Ziemi powraca kometa Halleya. Od dawna wierzono, że jej pojawienie się zwiastuje nadejście epokowych, przełomowych dla dziejów ludzkości wydarzeń. Tym razem od komety odrywa się coś – nie do końca wiadomo jeszcze, co, i opada na powierzchnię naszej planety, by niedługo potem przejąć kontrolę nad ciałem zbiegłego przestępcy i przekształcić go w bezrefleksyjną maszynę do zabijania. Powoli zmierza ku Japonii, a tam… Subaru, młodziutki naukowiec, syn weterana wojny wietnamskiej, Roberta, i japońskiej pielęgniarki, właśnie szykuje się do wyprawy w wietnamskie dżungle. Choć celem jego wyjazdu są badania, ma on jeszcze inny plan. W czasie wojny oddział jego ojca wpadł w zasadzę Wietkongu i został wymordowany. Robert, któremu udało się umknąć, spotkał żyjącą w samotności piękną kobietę. Zakochał się w niej i choć na początku wydawała się niemową, nadał jej imię – Lumina. Podczas kolejnego ataku komunistycznych partyzantów zostawił ją i uciekł, aby odciągnąć prześladowców od ukochanej. Ranny, został odnaleziony przez swoich. Jego syn chciałby dowiedzieć się, kim była tamta kobieta. Sam zresztą ma własne problemy – zakochał się bowiem w córce miejscowego potentata, który nader niechętnie patrzy na związek swojej jedynaczki z niezbyt zamożnym chłopakiem. Ale że oboje młodzi są bardzo niezależni, ojcowskie połajanki niewiele tu dają.

Dziwny to film. Ma wyraźnie kilka warstw. Pierwsza to romans Subaru i Yumi, drugi to historia Roberta i Luminy, trzeci zaś, którego spiritus movens jest przybyły z kosmosu zabójca, wydaje się je spinać. I wszystko byłoby cacy, gdyby nie to, że poszczególne wątki niezbyt dobrze do siebie pasują. Wszystko zaczyna się jak rasowy horror ze sporą ilością trupów już w pierwszych minutach, by po chwili przeskoczyć do klimatów produkcji młodzieżowych, które po pewnym czasie ustępują miejsca tematom i scenerii rodem z Czasu apokalipsy Coppoli. Żonglerka tematyką zajmuje gdzieś tak 2/3 Love Position: Legend of the Halley po czym dostajemy po głowie motywami nieodłącznie kojarzącymi się z Terminatorem (na kilka lat przed powstaniem tegoż, dodajmy). Ten osobliwy miszmasz wywoływał we mnie dość sprzeczne emocje, wrażenie próby pożenienia różnych gatunków, niezbyt do siebie pasujących.

Wspomniałem o odmienności od reszty dzieł Tezuki. Zaiste, nawet gdyby pominąć warstwę graficzną (o niej będzie później), uważny widz dostrzeże, że bohaterowie Love Position: Legend of the Halley wymykają się ogólnym standardom „tezukowatości”. Fabuła jest prosta i dość przewidywalna, bohaterom raczej się udaje osiągać zamierzone cele, niewiele mamy też refleksji. W zamian dostajemy wiązankę naiwnie brzmiących haseł antywojennych i ekologicznych. Nic, co by szczególnie intrygowało albo skłaniało do myślenia. Na dodatek spora część filmu to w zasadzie typowe kino akcji, bliższe nawet produkcjom amerykańskim niż japońskim. Bohaterowie są – i to w zasadzie tyle. Subaru jest wszechstronnie uzdolniony, bo nie ma problemów zarówno ze sztukami walki, jak i z pracą naukową. Yumi z jednej strony jest niezależna i chodzi własnymi drogami, z drugiej – bardzo zaborcza i zazdrosna. Lumina natomiast ogranicza się do wypowiadania imienia swojego ukochanego i chodzenia tam, gdzie jej każą inni.

Kreska – tu przeżyłem zaskoczenie. Próżno wśród obsady tego filmu szukać kogokolwiek z klasycznych tezukowych „aktorów”. Projekty postaci prezentują typowy dla lat osiemdziesiątych realizm, nie wyróżniając się właściwie niczym w tłumu identycznie wyglądających bohaterów produkcji tamtej epoki. Tym, co może zwracać uwagę, jest „kosmiczny terminator”, nawet posturą przypominający Arnolda S. Animacje są, hmm…. miałem wątpliwości widząc uproszczenia, jakimi posłużono się podczas sceny ataku na wioskę, na dodatek raziły mnie projekty mundurów. No dobrze, to niby detal, ale jak już trafi na wrednego recenzenta, to wychodzi twórcy bokiem. Biorąc pod uwagę, że to OAV, a produkcje tego typu zazwyczaj wyróżniają się na plus jeśli chodzi o dopracowanie, Love Position: Legend of the Halley niespecjalnie mnie zachwycił. Podobnie rzecz się ma z dźwiękiem – jakaś muzyka tam na pewno była, pamiętam kilka dyskotekowych rytmów rodem z lat osiemdziesiątych, ale żeby jakakolwiek melodia zapadła mi w pamięć, to nie.

Ten film to raczej rzecz dla podobnych piszącemu te słowa tezukologów, którzy wyszukują kolejne mniej lub bardziej (częściej te mniej) znane animowane adaptacje dzieł Boga Mangi. Tę zaliczyłbym do mniej udanych. To sprawnie w sumie zrealizowany film, który jednak ma tę zasadniczą wadę, że absolutnie nie zapada w pamięć (pisząc recenzję musiałem kilka razy wracać do obejrzanego dzień wcześniej anime, aby sprawdzić kilka wątków). Polecić go uczciwie trudno, gdyż nie bardzo wiem, komu. Tu niestety wychodzi na wierzch to rozstrzelenie stylistyczne, o którym pisałem na początku. Za mało tu akcji jak na film akcji, wątki romantyczne są zbyt słabo zaznaczone, aby sklasyfikować tę produkcję jako romans, a wszystkie bardziej „zaangażowane” zagadnienia tchną banałem. Ogólnie – jest słabo.

Grisznak, 16 marca 2010

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Tezuka Production
Autor: Osamu Tezuka
Projekt: Emiko Uesugi, Hiromi Matsushita, Hiroshi Koujina, Ken'ichi Chikanaga, Kunio Aoi
Reżyser: Shuuji Iuchi
Scenariusz: Masaki Tsuji
Muzyka: Kei Wakakusa