Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

9/10
postaci: 9/10
fabuła: 9/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

9/10
Głosów: 10
Średnia: 8,9
σ=0,94

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (SixTonBudgie)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Yuunagi no Machi, Sakura no Kuni

Rodzaj produkcji: film
Rok wydania: 2007
Czas trwania: 118 min
Tytuły alternatywne:
  • Town of Evening Calm, Country of Cherry Blossoms
  • 夕凪の街 桜の国
Tytuły powiązane:
Widownia: Seinen; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Live action, Realizm
zrzutka

Przykład na to, jak nie zepsuć znakomitej mangi w adaptacji aktorskiej. Życie wychodzące z cienia bomby atomowej na tle pastelowych barw i kwitnących wiśni.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Gdy oglądałem ten film, naszła mnie nagle refleksja, że bardzo niezdrowe jest oglądanie jakichkolwiek adaptacji dzieł wybitnych. A może nawet jakichkolwiek dzieł. W zasadzie odnosi się to do każdej dziedziny szeroko pojętej sztuki – na czele z literaturą, muzyką, filmem czy sztuką teatralną. Podstawowy problem polega na tym, że jeśli oryginał jest wybitny, to szansa, że jego adaptacja okaże się jeszcze lepsza, jest wręcz znikomo mała, natomiast nieporównywalnie bardziej prawdopodobne jest, że będzie gorsza, czy nawet dużo gorsza. Oczywiste jest też, że osoba zaznajomiona z oryginałem w sposób wręcz podświadomy będzie porównywała adaptację do pierwowzoru (czy też do swojej wizji). Jest to o tyle niekorzystne, że rozprasza uwagę, która powinna być skupiona na dziele właśnie oglądanym (słuchanym, czytanym), a co gorsza, znajomość na przykład fabuły poziomu koncentracji nie podnosi. Między innymi z takimi problemami borykałem się początkowo w czasie seansu. Jednak nie trwało to długo, gdyż film obronił się sam – nie przyćmiewa mangi, ale pozwala wszystko przeżyć od nowa, cieszyć się każdą sceną, snuć nowe refleksje. Reżyserowi udała się sztuka oddania niesamowitego nastroju mangi, ożywiając ją przy tym, i to bez wrażenia sztuczności. A przecież to, co w mandze może wyglądać naturalnie, w adaptacji aktorskiej już wcale takie być nie musi.

Hiroszima do 1958 roku zdołała w pewnym stopniu otrząsnąć się z tragedii sprzed trzynastu lat. Jednak o ile samo miasto odbudować można, o tyle nie sposób przywrócić do życia tych, którzy zginęli. A nawet ci, którzy przetrwali, w większości naznaczeni zostali piętnem atomowej eksplozji. Nikt jednak o tym nie rozmawia – każdy, kto oglądał tamte sceny na własne oczy, chce zapomnieć. Jedną z takich osób jest Minami Hirano – dwudziestotrzyletnia dziewczyna, która od trzynastu lat żyje z matką w dzielnicy biedy i „klątwy”, której mieszkańcy stracili cały swój dobytek. Minami zdaje się wieść normalne życie – oczywiście na tyle, na ile to możliwe – pracując, pomagając matce, czując sympatię do kolegi z pracy – Uchikoshiego. Oboje powoli zdają sobie sprawę z budzącego się w nich uczucia. Uczucia, dla którego próba czasu okazałaby się najłatwiejszą z prób. Chwile szczęścia są dla Minami przekleństwem, gdyż budzą one demony – przed oczami stają jej setki i tysiące zwłok oraz ludzie żywi, ale oszpeceni, okaleczeni, a do uszu dociera oskarżycielski głos. Dziewczyna musi przezwyciężyć lęk, musi się otworzyć i przede wszystkim spróbować niemożliwego – zapomnieć o przeszłości. Lecz gdy prawie jej się udaje, pojawia się najpotężniejszy z demonów, zagrażający wszystkim, którym udało się przeżyć „Hiroszimę” (bo te słowo to nie tylko nazwa miasta, to także nazwa tragedii).

Pięćdziesiąt lat później dwudziestosześcioletnia Nanami Ishikawa niepokoi się o starzejącego się ojca. Zdarzyło mu się wyjść bez słowa, po czym wrócić po kilku dniach. Tego wieczoru ojciec znowu wymyka się z domu, ale Nanami zauważa to i zaczyna go śledzić. Po drodze spotyka niewidzianą od podstawówki przyjaciółkę i razem z nią jedzie za swoim ojcem nocnym autobusem do Hiroszimy. Tam dowiaduje się rzeczy, o których nikt jej nie powiedział, i przeżywa sceny, których nigdy nie była świadkiem. Powierzchowna intryga z pierwszego planu okazuje się pretekstem do wyprawy w przeszłość, w historię rodziny. Podróż ta łączy w całość oba epizody, które stają się opowieścią o ludziach, którzy przede wszystkim chcieli żyć – pomimo bomby i wbrew niej.

Co jest takiego dobrego w Yuunagi no Machi, Sakura no Kuni? Nie chodzi o temat jaki film porusza, gdyż ujmując rzecz w takich kategoriach, hollywoodzkie 2012 jest dramatem społecznym i psychologicznym portretem zachowań człowieka w obliczu katastrofy. Hiroszima jest tutaj symbolem tragedii, która, jak straszna by nie była, w nieunikniony sposób staje się historią. Autorka wraca do niej, aby śmierć tysięcy nie poszła w zapomnienie. Ukazując historię rodziny Hirano, stara się także o to, by nie została ona zapamiętana jako kolejne wydarzenie, które miało miejsce w iksowym roku, kiedy śmierć poniosło igrek ludzi – bo choć dla większości widzów ginęli tam ludzie anonimowi, przecież wcale tacy nie byli. Zarazem autorka dystansuje się od samej tragedii, która bezpośrednio zostaje ukazana tylko w kilku ujęciach, na dodatek w formie rysunków stworzonych przez dzieci (a przynajmniej tak je ustylizowano), aczkolwiek zawierają one nie mniej emocjonalnego ładunku, niż ukazanie wprost cierpiących ludzi. Nie jest to jednak film o „Hiroszimie” – jest to film o ludziach, którym akurat przyszło żyć w tym miejscu, w tym czasie. Widz ogląda miasto kilkanaście lat po zrzuceniu bomby, której wpływ na ludzi nie skończył się, choć sam wybuch trwał tylko ułamek sekundy. Upływające lata powoli goją rany zadane historii, życie – nie bez strat – powoli zwycięża, ale okazuje się, że nawet w XXI wieku wpływ bomby, choć wyblakły i wielokrotnie przefiltrowany, nadal istnieje (i tylko w najmniejszym stopniu chodzi tu o względy biologiczne).

Jeden z najdziwaczniejszych zarzutów, stawianych filmowi, z jakim się spotkałem, odnosił się do jego „antyamerykańskiej niepoprawności politycznej”. Nic bardziej błędnego. Po pierwsze, film z daleka trzyma się od wszelkiej polityki (co uważam za niewątpliwą zaletę) i nie jest próbą uczynienia z Japonii ofiary, wbrew innym wydarzeniom z II wojny światowej. Pytaniom „czy ci, którzy spuścili bombę, cieszą się teraz, że udało im się zabić kolejnego człowieka” autorka przeciwstawia zdanie, zapewne także swoje, że ludzie zbyt łatwo, zbyt chętnie zrzucają (zrzucali) winę za wszelkie zło na bombę – syndrom ofiary.

Fabuła zdaje się leniwie płynąć od sceny do sceny, ale film nie nudzi. Na dodatek niespieszne tempo pozwala smakować piękno ujęć. Film nie jest mroczny – poza rysunkami i kilkoma autentycznymi migawkami z przeszłości, najdrastyczniejsza jest scena, w której dziesięcioletnia Minami niesie na rękach młodszą siostrę, skarżącą się na okropne gorąco, obie umorusane i zakrwawione. Dla równowagi w obu epizodach nie brakuje lżejszych, humorystycznych „nut” – cała wyprawa za ojcem do Hiroszimy jest celowo naciągana. Jest wizyta na cmentarzu, są smutne wspomnienia z przeszłości z jednej strony, ale z drugiej przyjaciółki z konieczności trafiają do hotelu miłości, gdzie urządzają sobie karaoke, albo w zabawny sposób śledzą ojca Nanami. Co ważne, tego kontrastu „nie widać” – nic się od siebie nie odcina, a raczej komponuje się ze sobą w jedną, spójną całość.

Film wyróżnia się znakomitymi ujęciami, budującymi niepowtarzalny nastrój, tak dobrze przeniesiony z mangi. Szczególnie w pierwszej części podziwiać można piękny krajobraz spokojnych przedmieść Hiroszimy – zielone łąki i rzeka skąpane w pomarańczowym blasku zachodzącego słońca, na tle których bawią się dzieci, a dorośli niespiesznie spacerują. Nawet dzielnica biedy wpisuje się w ten pogodny, spokojny nastrój. Pomyślałby ktoś, że to idylla… Ciekawe jest to, jak bardzo reżyser postanowił być wierny mandze w oddaniu nastroju. Otóż w celu osiągnięcia „pastelowej” tonacji kolorów, z dominującą pomarańczowo­‑czerwoną barwą zachodzącego słońca, na rzeczywisty obraz nałożono filtry dające taki właśnie efekt. Wygląda to ładnie, aczkolwiek miejscami nawet zbyt ładnie – na płynnej granicy sztuczności. Podobnie rzecz się ma z kwitnącymi drzewami wiśni, kilkukrotnie widz odnosi wrażenie, że wiśniowe tło jest po prostu „podczepione”, sztucznie nałożone. To wrażenie nigdy nie jest pozytywne. Jednak to są właściwie wszystkie moje uwagi dotyczące zdjęć. Mangowe pochodzenie filmu dostrzec można także w jednej ze scen, w której delikatnemu „puknięciu” w głowę Nanami, jako formie napomnienia od babci, towarzyszy dźwięk o wiele bardziej znany z komediowych anime niż ze „zwykłych” filmów czy rzeczywistości.

Muzyka, zresztą jak każdy element filmu, znakomicie współtworzy nastrój. Delikatna, orkiestrowa, w której instrumenty smyczkowe grają główną rolę, prawie nigdy nie wychodzi na pierwszy plan. Nie znaczy to jednak, że ginie gdzieś w natłoku innych wrażeń – wyraźnie towarzyszy bohaterom w ważniejszych scenach, odpowiednio podkreślając ich wymowę. Z zastrzeżeń, jakie mogę przedstawić, najważniejszą jest jej zbytnia jednostajność. Częstokroć wydaje się widzowi, że słyszy to samo, nawet jeśli akurat to inny utwór – po prostu trochę za bardzo są one do siebie podobne. Tym milsza była więc wszelka odmiana, jak wesoła, zabawna muzyka towarzysząca śledzeniu ojca Nanami. Co warte uwagi, film rozpoczyna się dość nietypowo, gdyż napisom początkowym nie towarzyszy żaden dźwięk. Prawie minutowa cisza jest bardzo wymowna i chyba nie wymaga wyjaśnień.

Do atutów filmu dorzuciłbym także wykreowane postaci, do czego niewątpliwie przyczyniła się odpowiednia obsada aktorska. W rolach głównych wystąpiły dwie znane aktorki, Rena Tanaka (Nanami) oraz Kumiko Asou (Minami), którym udało się nie tylko swobodnie oddać osobowość mangowych pierwowzorów, ale jeszcze postaci te w pewnym stopniu urealnić. (Należy pamiętać, że Fumiyo Kouno nie do końca dbała o psychologiczny realizm swoich bohaterek, stawiając im za zadanie przede wszystkim zbudowanie opowieści właśnie takiej, a nie innej). Moje pozytywne zaskoczenie co do gry aktorskiej było tym większe, że akurat o ten element filmu obawiałem się najbardziej. Jeszcze nie zdążyłem sobie wyrobić najwyższej opinii o japońskich aktorach. Obie bohaterki są do siebie bardzo podobne, co też zresztą zostaje powiedziane bezpośrednio w filmie. Zachowują się nad wyraz spontanicznie, beztrosko. Wprawdzie Minami skrywa mroczną przeszłość, ale na co dzień tego nie widać. Ba, nawet gdy jej stan staje się poważny, uśmiech nadal pojawia się na jej twarzy. Niektórych widzów być może odrzuci ta wszechobecna życzliwość i uśmiech. Faktycznie, trudno uwierzyć, że w hiroszimskiej dzielnicy biedy mogła panować taka atmosfera, nawet jeśli jej mieszkańców łączyła wspólnie przeżyta tragedia. Należy jednak wziąć poprawkę na to, że sama autorka urodziła się właśnie w Hiroszimie i z opowiadań rodzinnych czerpać mogła sporą wiedzę. Znów mógłbym powiedzieć, że patrząc z tej perspektywy to prawie jak idylla. Jednak to nie jest film, który można oceniać w takich kategoriach, krzywo patrząc na uśmiechy bohaterów.

Yuunagi no Machi, Sakura no Kuni naturalnie nie jest filmem dla wszystkich – tzn. nie każdemu się spodoba, ale uważam, że jest zdecydowanie ponadprzeciętny. Poza ciekawym przedstawieniem problemu głównego, do jego najważniejszych zalet należy ten specyficzny nastrój, który wręcz przelewa się z ekranu na widza, piękne krajobrazy okolic Hiroszimy, a także kawał dobrej gry aktorskiej. Do tego dorzuciłbym interesującą fabułę, która wcale nie gra tu pośledniej roli – choć jest stosunkowo prostoliniowa i poprowadzona została bardzo spokojnie, to jednak zgrabnie poprzeplatane wątki „teraźniejsze” z „przeszłymi” nie dają tego tak odczuć. Jeśli ktoś szuka nastrojowej opowieści z „czymś więcej”, na pewno trafił w dziesiątkę.

SixTonBudgie, 27 marca 2010

Twórcy

RodzajNazwiska
Autor: Fumiyo Kouno
Reżyser: Kiyoshi Sasabe
Scenariusz: Fumiyo Kouno, Kei Fumii, Kiyoshi Sasabe
Muzyka: Takatsugu Muramatsu