Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Animachina

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 8/10 grafika: 6/10
fabuła: 7/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 14 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,07

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 508
Średnia: 7,06
σ=1,83

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Costly)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Ichiban Ushiro no Daimaou

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2010
Czas trwania: 12×23 min
Tytuły alternatywne:
  • Demon King Daimao
  • いちばんうしろの大魔王
Widownia: Shounen; Postaci: Magowie/czarownice; Pierwowzór: Powieść/opowiadanie; Miejsce: Świat alternatywny; Inne: Ecchi, Magia
zrzutka

Czy można stworzyć przygodówkę ecchi, którą recenzent z czystym sercem poleci każdemu? Też w to nie wierzyłem – a jednak się da!

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Piotrek

Recenzja / Opis

Ichiban Ushiro no Daimaou wita nas sceną z udziałem matki, która pozostawia swoje dziecko w klasztorze, gdzie ma zostać ukryte przed światem. Arcyswojska scena przywodząca na myśl początek wielu oldschoolowych historii (niekoniecznie zaadaptowanych jako anime) szybko się kończy, a my przeskakujemy w czasie do przodu. Do Akademii Nieustannej Magii przybywa nowy student, Akuto Sai, który marzy o zostaniu Najwyższym Kapłanem i pracy na rzecz społeczeństwa. I choć jego motywy, jak i uczynki, zdają się wskazywać na to, że ma szansę owo marzenie spełnić, wszystko to zostaje przekreślone już pierwszego dnia w nowej szkole. Każdy nowy uczeń Akademii poddany zostaje testowi przez Yata Garasu – magiczny wynalazek, który może bezbłędnie przewidzieć przyszły zawód każdej osoby. I tak oto na oczach wszystkich zgromadzonych uczniów i nauczycieli Yata Garasu przedstawia przyszłość Saia: „Przyszły zawód: Władca Demonów”.

Jak szybko zostaje nam wyjaśnione, owy „Władca Demonów” to tytuł, jaki otrzymał potężny mag, który przed stu laty prawie złamał cały świat wyruszając z armią demonów na wojnę przeciw władzy. Choć nasz bohater stara się ze wszystkich sił udowodnić, że jego aspiracją jest coś dokładnie przeciwnego, to jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko przewrotnie doprowadza do coraz to silniejszych nieporozumień. Tym bardziej że z czasem okazuje się, iż bohater posiada niespotykaną moc magiczną, zupełnie jak legendarny Władca Demonów…

Prawda wygląda tak: Sai to – bagatela – połowa siły tej serii. Zapomnijcie o wizji kolejnego idealistycznego bohatera, który swoim zachowaniem przywodzi na myśl osobę dotkniętą zespołem Williamsa. Żadnego tam dobrotliwego naiwniaka chcącego uczynić wszystkich szczęśliwymi. Sai marzy o zostaniu Najwyższym Kapłanem, aby wprowadzać zmiany. Poprawiać te aspekty świata, które uważa za negatywne. Ze wszystkimi tego konsekwencjami, przygotowany do walki z nieuniknionym oporem i głosami niezadowolonych. Cóż, zapewne jednak nawet on nie spodziewał się, jak dosłownie przyjdzie mu realizować te idee.

Miał być harem i harem jak najbardziej jest. Z postaci drugoplanowych zdecydowana większość to przedstawicielki płci pięknej. Pierwszą poznaną przez Saia dziewczyną jest Junko Hattori, najstarsza córka bardzo konserwatywnej rodziny, w której za punkt honoru uznaje się służbę ku chwale Imperium… To znaczy kraju, gdzie rozgrywa się akcja (fani Star Wars mogą ponownie usiąść). Najdziwniejszą, a jednocześnie najciekawszą w gronie jest Keena Soga, dziewczyna regularnie mówiąca od rzeczy i ewidentnie żyjąca we własnym świecie (na co niepodważalne dowody daje już przy pierwszym spotkaniu). Powiadają, że lepszy ciekawy dziwak niż nudny artysta i tak też jest w tym wypadku (artyści nazywający siebie jednocześnie dziwakami są proszeni o oszczędzenie recenzenta, to nie ja wymyśliłem to przysłowie). Na wieść o obecności przyszłego Władcy Demonów w szkole pewne kroki podjęła wyższa władza – efektem tego jest obecność Obserwatora przy Akuto. Owym obserwatorem, monitorującym i oceniającym jego zachowanie 24 godziny na dobę, jest Korone, android płci żeńskiej o charakterze wyjątkowo nieprzystającym androidowi. Choć na pierwszy rzut oka jest pozbawiona emocji i traktuje wszystko śmiertelnie poważnie, to dość szybko można zauważyć, że pod tą maską jest postacią świetnie bawiącą się działaniem na nerwy Saiowi, a i nie zabraknie w niej odruchów dających jej miejsce w haremie tegoż bohatera. Za nos wodzić naszego bohatera próbuje Fujiko Etou, w oczach większości uczniów idealna uczennica, która tak naprawdę jest wściekle ambitną osobą zgłębiającą potajemnie tajniki czarnej magii. Chce wykorzystać bohatera jako marionetkę we własnych planach, ale szybko zaczynają jej w tym przeszkadzać odruchy haremowe. Dla uzupełnienia całości musi też być jedna blondynka – co ciekawe, krótko ścięta. Rolę tę (tak, sarkazm celowy) pełnić przypadło Lily Shiraishi, przewodniczącej rady uczniowskiej, obdarzonej charakterem bardzo podobnym do protagonisty, choć nie podzielającej wielu jego poglądów. Pojawia się też postać męska, która wraz z rozwojem fabuły nabiera sporego znaczenia. Jest to zauroczony pewnością siebie i siłą bohatera Hiroshi Miwa, który deklaruje się z miejsca jako „sługa i największy poplecznik Władcy Demonów”.

Tak naprawdę przebieg fabularny serii można przewidzieć od samego początku. Ba, autorzy nie robią z tego tajemnicy – pierwszy odcinek kończy się animacją, która już od następnego będzie pełniła rolę openingu i która jest ogromnym spoilerem. I to wcale nie przeszkadza. Od początku widzimy jaki jest protagonista, jak otoczenie reaguje na jego zachowanie, a dzięki owemu spoilerowi twórców wiemy też, że za „demonicznością” bohatera stoi coś więcej niż tylko nieporozumienie. I pal sześć, właśnie to jest ciekawe w seansie! Oglądamy Saia, który prze przez życie wierny własnym zasadom, kupując konsekwentnie sympatię widza swoim stanowczym, ale właściwym w moich oczach zachowaniem, a przy tym jednocześnie stopniowo dostrzegamy, jak właśnie to postępowanie obraca cały świat przeciw niemu. A ten wszystko to bierze na własne barki, wiedząc, że ma siłę, aby to uczynić. Po prostu facet z jajami, którego trudno nie polubić, jeżeli tylko z definicji nie jesteśmy uczuleni na wyidealizowanych bohaterów. Brzmi zbyt skomplikowanie na coś, co miało być prostą przygodówką ecchi? Może, ale tylko do momentu, gdy rozpoczniemy seans. W praktyce wszystko to zaserwowane nam zostaje w sposób lekki i przyjemny, dokładnie tak, jak powinno to wyglądać w serii przygodowej.

Wydawałoby się to takie proste – bohater, który w większości serii byłby antagonistą, tutaj jest postacią pozytywną. A dla podkreślenia tego twórcy z uporem godnym lepszej sprawy nadają mu wygląd klasycznej „złej” postaci. Pomysł prosty, stosowany często i gęsto, choć może nie tak chętnie w anime. Jednak tu jest pewna różnica. Równie prosta – to tylko przygodówka, nieskomplikowana, z jasnymi odpowiedziami i dość jednoznacznym wydźwiękiem. Z zasady taki bohater w anime jest bardzo dwuznaczny, jak choćby Lelouch z Code Geass. Tymczasem Sai, choć podejmuje działania, jakie najczęściej charakteryzowałyby postać negatywną, jest przedstawiany przez twórców w sposób całkiem pozytywny. To zdecydowanie nieczęsto widziana rzecz. Ichiban Ushiro no Daimao wywołuje dwie refleksje, jakich nie spodziewałbym się po anime. Pierwsza, to fakt, że w starciu jednostki z ogółem to właśnie wszyscy na około mogą się mylić, a pojedyncza jednostka może mieć rację. Koszmarnie nie­‑japońskie, czyż nie? Ale uwaga (bo już widzę rodzący się tu sprzeciw), aby to dobrze rozumieć, należy spojrzeć na to wraz z drugą, nierozerwalnie związaną myślą. Otóż, sam fakt posiadania racji to za mało, nawet jeżeli będziemy wszelkimi pokojowymi sposobami starali się dowieść owej racji. „Dobry” bohater, który siłą wciela swoje idee w życie? W każdym innym anime byłoby to nie do pomyślenia! To pozytywne spojrzenie na postawę z zasady jednoznacznie krytykowaną stanowi drugą największą zaletę serii.

Dalej mamy kilka zalet, które nazwać można detalami i morze wad. Tak, choć wychwalam serię i mam do niej bardzo pozytywny stosunek, nie można i o tym zapomnieć – Ichiban po prostu pływa w ogromie błędów. Ważnym jest, że nie tonie, zalety trzymają go ciągle na powierzchni, lecz tych minusów równocześnie nie da się nie zauważyć.

Po pierwsze, fanserwis. Tak, wiem, fanserwis być miał, więc fanserwis jest, to zaleta, a nie wada, recenzent się nie zna i w ogóle kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem… Szlag, za dużo! Być może i miał, ale zawsze, ale to zawsze będę się upierał, że fanserwis jest cacy – jednak jako dodatek do akcji, a nie gdy akcja staje się dodatkiem do fanserwisu. To sytuacja zwyczajnie patologiczna w moich oczach. A tu mamy długie momenty, gdy twórcy ambitnie pracują nad tym, aby to właśnie ów element przysłonił wszystko inne. Co jednak dużo gorsze, to nagminne szafowanie fanserwisem (znajdź mi ktoś teraz synonim pozwalający na uniknięcie tych wszystkich powtórzeń…) mocno bije po postaciach pobocznych. Czasu ekranowego poszczególne dziewczyny dostają niewiele, a na dodatek większość tego ucięte jest na ich bezmyślne pozowanie. Można było je zdecydowanie lepiej zarysować przez efektywniejsze gospodarowanie tym czasem. Tymczasem tracą jedynie dużo ze swojego uroku (nie mówiąc już o autentyczności), gdy w większości przypadków tylko skaczą protagoniście na szyję.

Po drugie, fabuła. Zaraz, o co chodzi, przecież dopiero co ją komplementowałem, czyż nie? Bo i nie ukrywam, że motyw przewodni okazuje się świetny – bardzo podoba mi się tak pomysł, jak i jego wcielenie w życie. Ale wątek główny nie zawsze jest na tapecie, a gdy tylko akcja skupia się na czymś innym, chce opowiedzieć jakąś poboczną historię, to robi się nuuuudno przez jeszcze kilka „u”. I tak wygląda sytuacja do momentu, gdy Akuto nie zacznie szaleć, bo czyni on każdy motyw ciekawym i chwała mu za to. Ratuje fabułę w wielu momentach, gdy twórcy wyraźnie się zgubili, ale w zasadzie widza nic to nie obchodzi, bo i tak dzieje się coś ciekawego.

Kwestie techniczne. Przede wszystkim – na grafice oszczędzano jak to tylko możliwe. W większości starć czy innych dynamicznych scen prawie nic nie widzimy, bo tonie to w rozbłyskach, zbliżeniach na twarz bohatera czy dymie. Zresztą, rzut oka na animację postaci w czasie walk mówi wszystko. Ideał ruchu bez ruchu. No, z wyjątkiem jednego starcia, gdy graficy postanowili poeksperymentować i zrealizowali całość za pomocą scen deformed, stylizując w nich kreskę na komiksową. Porażka w moim odczuciu, wyszło to karykaturalnie i wolałem już festiwal dynamicznie stojących postaci. Twórcy jednak wiedzieli dobrze, co jest siłą ich produktu, dlatego też kluczowe momenty Saia są zrealizowane zdecydowanie staranniej. Te momenty najbardziej zapadają w pamięci i tak naprawdę po skończonym odcinku możemy łatwo zapomnieć o słabej animacji w przekroju całego seansu, uraczeni jedną dobrą sceną. Można to chyba nazwać sukcesem. O tłach powiedzieć nie sposób nic innego niż „znośne”. Projekt postaci jest, jaki jest – to znaczy, że przez 90% czasu oglądamy postaci w na tyle dużych przybliżeniach, aby każdy rysownik podołał starannemu ich wykonaniu. O widokach, jakie nam pozostają przy pozostałych 10%, lepiej zapomnieć. No i ten Akuto wiecznie gubiący koszulę…

Pozytywniej za to mogę wypowiadać się o muzyce. Pamiętacie wspomniany spoilerowy opening? Towarzyszący mu utwór wypada bardzo dobrze – prosty, szybki i melodyjny. Zwłaszcza ta ostatnia zaleta przydała się, gdyż dzięki temu w oparciu o jego rytm stworzono kilka wariacji, które często towarzyszą akcji z bardzo dobrym efektem. Naturalnie nie wyczerpuje to zasobów muzycznych serii – mamy tego więcej – i choć nie są to w większości kawałki tak zapadające w pamięć, to bardzo sprawnie łączą się one z akcją i pozostawiają po sobie pozytywne wrażenie. Wadą w tym wszystkim może być ending – zdecydowanie nie w moim guście.

Jakie więc z tego wnioski? W zasadzie powiem każdemu: dajcie Ichibanowi szansę! Nieważne, czy jesteś uczulony na fanserwis, preferujesz poważniejsze serie, czy idea oglądania serii opartej na jednym, wyidealizowanym bohaterze cię odrzuca – ta seria ma potencjał, aby zainteresować każdego (o ile tylko dostanie szansę). Cóż, gwarancji nigdy nie ma, na pewno niejednego widza odrzuci to, co zobaczy, ale jestem też pewien, że w każdej grupie odbiorców znajdzie się widownia, która ten tytuł doceni. Nieważne więc pod jaką grupą docelową zapiszesz swoje imię, możesz tu odnaleźć coś dla siebie.

Costly, 15 października 2010

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Artland
Autor: Shoutarou Mizuki
Projekt: Miyabi Koseki, Souichi Itou, Toshimitsu Kobayashi
Reżyser: Takashi Watanabe
Scenariusz: Takao Yoshioka
Muzyka: Tatsuya Katou