Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Animachina

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

2/10
postaci: 3/10 grafika: 3/10
fabuła: 2/10 muzyka: 3/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

2/10
Głosów: 6
Średnia: 2
σ=1

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Diablo)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Papillon Rose: New Season

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2006
Czas trwania: 6×25 min
Tytuły alternatywne:
  • パピヨンローゼ New Season
Tytuły powiązane:
Postaci: Magical girls/boys; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Ecchi, Magia
zrzutka

Znacie kogoś, kogo bardzo nie lubicie? A może kogoś, komu chcecie obrzydzić anime, szczególnie te z gatunku ecchi? Jeśli na któreś pytanie odpowiedzieliście „tak”, to recenzowany tytuł jest właśnie dla was!

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Arashi

Recenzja / Opis

Bywają takie chwile w życiu każdego recenzenta z dłuższym stażem, że przychodzi mu borykać się ze ZŁEM. Serią/grą/filmem/czymkolwiek tak złym, że obcowanie z tym tworem to nieomal fizyczny ból i z pewnością cierpienie duchowe. Myślałem, że mnie też to już spotkało przy okazji recenzji serii OAV anime Kanokon i drugiego sezon Rosario + Vampire. Ale myliłem się. Kiedy pisałem tamte recenzje, nie znałem jeszcze Papillon Rose: New Season

Kojarzycie, drodzy czytelnicy, taki tytuł, jak Lingerie Senshi Papillon Rose? Jeśli nie, to kilka słów wyjaśnienia. Była to wydana w 2004 roku jednoodcinkowa parodia kultowego już dzisiaj tytułu z nurtu magical girls, czyli Sailor Moon, skupiająca się na pierwszym sezonie tegoż tytułu. Nie była to produkcja jakoś szczególnie wybitna, za to mocno erotyzująca i zawierająca całkiem sporo odniesień do oryginału, stanowiąc przy okazji zaczątek czegoś, co mogło być całkiem niezłą serią ecchi. No, ale bieliźniane wojowniczki skończyły się po jednym odcinku i odeszły w niebyt… Na całe dwa lata, kiedy to diabeł kogoś podkusił, żeby ten pomysł odkurzyć i zrobić tym razem coś, co miało być w założeniach parodią pierwszej połowy drugiego sezonu Sailor Moon, a w efekcie rozrosło się do kilku odcinków. No i się zaczęło…

Fabuła tegoż tworu nawiązuje mniej lub bardziej do tego co mieliśmy pokazane w Czarodziejkowym sezonie drugim. Oto Wojowniczki Papillonu pokonują swoje Wielkie Zło, niemal tracąc przy tym życie. Przeżywają jednak i podobnie jak niegdyś ich protoplastki, tracą wszystkie wspomnienia z ostatniego roku życia, kiedy to zmagały się ze złem. Skąd ja to wszystko wiem, skoro Lingerie Senshi zostało ucięte zaraz na początku historii? A no twórcy drugiego sezonu postanowili zarzucić oglądających okruchami informacji o wcześniejszych wydarzeniach w postaci dość licznych retrospekcji. I tak oto żyją sobie bohaterki spokojnie, aż do chwili, gdy pojawia się nowe Zło. A jest nim trójka przybyszek z dalekiego kosmosu, siostry Susanoou. Tak się biedulkom śpieszyło odzyskać ich Ziemię Obiecaną, nieomal miasto w mieście, Akibę, prawdziwą stolicę otaku, że aż zapomniały wziąć z sobą jakąkolwiek broń. Nie załamują się jednak i postanawiają walczyć z wykorzystaniem stworów zwanych chimerami. Nic jednak nie idzie po myśli siostrzyczek, gdyż brużdżą im Tajemniczy Smutni Panowie wyglądający niczym Faceci w Czerni. Nawet, jak oni, czerpią wiedzę z tabloidów… I mają własnego gadającego zwierzaka! Ten ostatni, kot Rama, budzi wspomnienia niegdysiejszej najpotężniejszej Wojowniczki Papillonu, Tsubomi, i każe jej walczyć z nowym zagrożeniem. Wkrótce przebudzą się też pozostałe wojowniczki, pojawi się tutejszy Książę Księżycowej Poświaty, będą nowe moce, nowe ataki, nowi przeciwnicy, trzej otaku i kupa głupoty i durnoty. A jak już wytrzymały widz dobrnie do ostatniego odcinka i dowie się, po kiego grzyba siostrom Susanoou była ta Akiba potrzebna, to się zapewne mocno zdziwi. Niżej podpisany nieomal rąbnął wtedy łbem o biurko. Ale po kolei, czas omówić części składowe tego potworka. I nie odmówię sobie przy tej okazji porównania ich do poprzedniej OAV.

A więc na pierwszy ogień pójdą postaci. W pierwszej OAV za dużo ich poznać nie zdążyliśmy. Mieliśmy tylko pyskatą i tryskającą interesującym poczuciem humoru Tsubomi – „w pracy i przy facetach jestem słodką idiotką”, jej koleżankę po fachu, Annę, o której wiadomo tylko tyle, że to cyniczne dziewczę było, ich niegardzącego zdradą małżeńską szefa, Mistrza, i wredną straszliwie kotkę Ramę z prezerwatywą na ogonie. A, i jeszcze był pewien bardzo skromny facet nazywający siebie „Bezimiennym pięknem”, a dla znajomych Dandylajonem, który jednak na drugi sezon się już nie załapał. A jak to wygląda w części drugiej? Postaci nie dość, że zaliczyły chyba wizyty u chirurgów plastycznych, to jeszcze nabawiły się totalnej zmiany charakteru. Co jest o tyle dziwne, że podobno zapomniały tylko o jednym roku życia? W ten oto sposób Tsubomi stała się słodką do bólu i milutką dziewczyną, której marzeniem jest usługiwanie wszystkim dookoła. I niestety przywrócenie wspomnień jej na tę przypadłości nie pomogło. Co prawda przed walką się w razie czego nie cofa, ale to już zdecydowanie nie to samo… Mało za to, jak się zdaje, oberwało się Annie. Nadal jest dość cyniczna i zdecydowanie najbardziej leniwa i wojownicza z całego towarzystwa, utrzymuje też podejrzane stosunki z tatusiem… Jeśli chodzi o Mistrza, to porzucił zawodowe romanse, a wraz z nimi prowadzenie domu ze zbereźnie ubranymi dziewczętami. Przerzucił się za to na meido cafe. Rama zgubiła gdzieś prezerwatywę, a wraz z nią całą wredność, został jej tylko zwyczaj wsadzania łba między dziewczęce uda. Tyle o postaciach starych. A jak tam nowe? A więc mamy tu trzecią (ta to musiała zapłacić temu chirurgowi plastycznemu zdecydowanie najwięcej), a z czasem też czwartą wojowniczkę, które są odpowiednio typem zdroworozsądkowej intelektualistki i wojowniczego babochłopa. Jako się rzekło, Tsubomi dorobiła się też nowego męskiego obrońcy, który jednak nie ma za grosz uroku i charyzmy swojego poprzednika. Za to lubi się poświęcać (i nadaje swoim życiem zupełnie nowe znaczenie pojęciu „ryzykowny seks”). Z postaci pozytywnych nie wypada też nie wspomnieć o pewnej trójce otaku, wielkich fanach Wojowniczek Papillonu. Pełnią głównie rolę informatorów dla widza, choć mają też dość sporą rolę do odegrania. Nie przeszkadza im to być jednak niemal totalnie oderwanym od życia. Za dużo się o nich w gruncie rzeczy powiedzieć jednak nie da, ot typowe postaci drugoplanowe. A jak wyglądają bohaterowie po drugiej stronie barykady? Też bez szału. Najstarsza z sióstr to chyba jakaś ksenofobka z kompleksem boga, ogarnięta manią odzyskania sławy całego rodu. Dla równowagi najmłodsza z sióstr to młodociana sadystka o poziomie emocjonalnym dziecka. Jedyną trzymającą poziom postacią jest średnia wiekowo siostra, która na tle pozostałych zdaje się urastać do rangi prawdziwego geniuszu. Szkoda tylko, że praktycznie żadnej z nich nie da się polubić. Czuć od nich po prostu nijakości i brak charyzmy.

Tak więc pojechałem już i po fabule i po postaciach. A więc może tytuł ten ratuje fanserwis? Wszak pierwszy sezon aż kipiał od erotyki w wielu różnych formach. Ale gdzie tam, twórcy strzelili sobie w stopę i fanserwis praktycznie całkiem wykastrowali. Nie licząc scen transformacji, ubogich zresztą, strojów bojowych wojowniczek, kilku scenek z dwoma pierwszymi przeciwnikami, trzech scen w łaźni i jeszcze trzech innych, opierających się już zresztą praktycznie tylko na dźwiękach, nic tutaj nie ma. Toż, do licha, w pierwszej OAV dużo więcej fanserwisu było w czasie jednej tylko sceny pojedynku z pierwszą przedstawicielką Dynastii! Tym samym twórcy pozbawili tę OAV­‑kę tego, co stanowiło jeden z filarów popularności poprzedniej produkcji, zostawiając za to dramatyzm, który kompletnie nie rusza widza. A obok pożal się nieboże dramatyzmu mamy tu brak logiki zarówno w działaniach bohaterów, jak i funkcjonowaniu świata wykreowanego. Tu pozwolę sobie na mały spojler, który nieźle, jak sądzę, ten brak logiki uwidoczni: otóż w czasie walki z drugim potworem stworzonym między innymi z zapaśnika, na ziemię pada ręcznik. To, jak wiadomo, oznacza poddanie się lub przerwę w walce. W chimerze trochę człowieka jeszcze zostało, więc grzecznie staje i czeka na sygnał kontynuacji walki. Wojowniczki, które nieźle obrywały, zyskują świetną okazję do pozbycia się upierdliwca. Nic, tylko korzystać, nie? Ale to byłoby za proste! Jeden ze Smutnych Panów, a przypomnę, że to sojusznik, wali przeciwnika gongiem w łeb, dając mu tym samym sygnał do kontynuowania walki. No przecież trzeba być fair play, nie? Koniec spojlera. Innym ciekawym cudem jest początkowa walka z odcinka trzeciego. Aż chce się sparafrazować słowa Księcia z Bajki z drugiego Shreka: „W pogardzie mając prawa fizyki światem rządzące, Wojowniczki uprawiają po szklanych powierzchniach pionowych radosne pląsy”. A mówiąc po ludzku, biegają po ścianach pokrytych szkłem budynków, skaczą po nich w górę i zupełnie nie przejmują się grawitacją. Po czymś takim w kompleksy wpadłby nawet Peter Parker. Ale to nie wszystkie smaczki. Atak potwora, który początkowo nie był w stanie rozbić głupiej szyby w oknie, chwilę później robi dziurę w asfalcie i przewraca budynek, po którym przed chwilą hasały Papillonki. Żeby było śmieszniej, nikomu nie przychodzi do głowy ratować ewentualnych rannych… A to przecież tylko kilka przykładów, wcale nie wyczerpujących tematu.

Ostatnim gwoździem do trumny Papillon Rose: New Season jest grafika i muzyka. O ile pierwszy opening jest całkiem przyjemny i da się go swobodnie słuchać, to już cała reszta oprawy dźwiękowej leży i kwiczy, atakując przy okazji słuchacza dennością. Ale i tak jest ona lepsza od oprawy graficznej… Jak wspominałem wyżej, kilku postaciom zafundowano tu lifting, ale nie zmienia to faktu, że ich wygląd, zwłaszcza tych drugoplanowych, jest zwyczajnie brzydki. Zresztą pierwszoplanowym też Bozia urody poskąpiła. Ale tła i animacje… Na litość boską, zdaje się, że budżet tej sześcioodcinkowej serii był równie wysoki jak poprzedniej jednoodcinkowej. Jest miejscami nieostro, nie brakuje scenek, w których odpuszczono sobie animację i podmieniono zwyczajnie obrazek, np. z osobą nieprzytomną na osobę słabo uśmiechającą się, lub animacji, które zamiast zmieniać się szybko i płynnie, zostają zastąpione sztucznie spowalnianymi scenkami, których płynność i jakość woła o pomstę do nieba. A ataki i transformacje… Tu po prostu szkoda słów.

Jadę tak po tym tytule i jadę… A jednak w stopce z oceną widnieje nie 1, a 2. Dlaczego? Ano dlatego, że w całym tym morzu okropności dopatrzyłem się jednego nieśmiałego błysku czegoś, co można uznać za wartościowe. Są tu mianowicie pewne walory edukacyjne. Och, oczywiście nie stanowią one niczego szczególnie wartościowego, ale dzięki wspomnianym otaku i pojawiającym się ramkom informacyjnym można liznąć nieco japońskiego folkloru. Ot, ciekawostka, która uratowała w moich oczach ten tytuł od kompletnego dobicia. Ale mimo to ostrzegam. Trzymajcie się od tego cholerstwa z daleka! Chyba że jesteście masochistami, albo tak wielkimi fanami poprzedniej OVA, że absolutnie MUSICIE się dowiedzieć, co tam się działo z wojowniczkami, albo macie kogoś, kogo bardzo nie lubicie i chcecie go potorturować. Do takich celów tytuł ten nadaje się naprawdę dobrze. Starczy kilka seansów, żeby nieszczęsna ofiara miała już dość wszystkiego i w razie czego wyśpiewała wam wszystko, co chcecie wiedzieć. Tak marne tytuły same z siebie nie powstają. Myślę, że by stworzyć coś tak okropnego, trzeba mieć prawdziwy talent…

Diablo, 27 marca 2012

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Kelmadick
Autor: Shinji Tobita
Projekt: Takayuki Noguchi, Toshihide Masudate
Reżyser: Yasuhiro Matsumura
Muzyka: Masaya Koike