Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Otaku.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

3/10
postaci: 3/10 grafika: 2/10
fabuła: 3/10 muzyka: 5/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

5/10
Głosów: 8
Średnia: 4,75
σ=1,85

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Altramertes)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

To Heart ~Remember my Memories~

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2004
Czas trwania: 13×24 min
Tytuły alternatywne:
  • トゥハート ~remember my memories~
Gatunki: Dramat, Romans
Postaci: Androidy/cyborgi, Uczniowie/studenci; Pierwowzór: Gra (bishoujo); Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Harem
zrzutka

Podręcznikowy przykład serii zrobionej na absolutne „odwal się”, kulący się ze wstydu w cieniu pierwowzoru.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Godofblackmetal

Recenzja / Opis

Hiroyuki i Akari rozpoczynają ostatni rok nauki w liceum, po czym muszą zdecydować, na jakie studia chcą uczęszczać. W międzyczasie dane nam będzie obejrzeć, jak ich przyjaciele (czytaj: harem i jeden biedny rodzynek) realizują swoje marzenia i ambicje, które obrazują zmiany, jakie zaszły w nich przez ostatni rok. Dodatkowo wszystkich czeka ogromna niespodzianka w postaci powrotu ich wspólnej znajomej, robota­‑pokojówki Multi. Problem polega jednak na tym, że straciła ona pamięć i zachowuje się niczym osoba całkowicie bohaterom obca. Przyjaciele, z samcem alfa na czele, nie ustają jednak w próbach przywrócenia jej wspomnień, a cała historia skupia się na budowaniu mocno koślawych relacji między bohaterami.

Fabuła ma charakter epizodyczny, ukazując po kolei istotne wydarzenia z życia bohaterów, które można podzielić na słabsze (turniej sportowy), średnie (wycieczka do Kobe) i tragicznie słabe (wątek Kotone). Z ekranu permanentnie wieje nudą, jako że nawet żywszym momentom brakuje polotu i sprawiają one wrażenie wciśniętych na siłę. Dałoby się to jeszcze przeboleć, ale niestety nie dość, że pomiędzy bohaterami kompletnie nie czuć chemii, a fabuła nie należy do najbardziej wciągających, to jeszcze jest niespójna wewnętrznie. Niestety, sprecyzowanie o co chodzi wymagałoby zdradzenia szczegółów późniejszych wydarzeń (nie, żeby było na co czekać…), więc, Drogi Czytelniku, musisz przekonać się o tym sam.

Źle szukają widzowie, którzy oczekują po tej serii gorącego romansu. Spudłują też ci, którzy oczekują romansu w ogóle. Tych wszystkich proszę o włączenia odcinka pierwszego, a potem trzynastego. Szkoda nerwów, naprawdę. Relacje bohaterów stoją w miejscu przez większość serii i nawet nie myślą drgnąć do ostatnich odcinków. Brak jakiegokolwiek rozwoju, od razu przeskakujemy od punktu A do B, ignorując wszystko pomiędzy. Serii bardzo brakuje powolnego budowania wzajemnego zaufania i drobnych, ale jakże istotnych wydarzeń wpływających na rozwój związku, co świetnie pokazano w tytułach takich jak Toradora czy nieco mniej znanym Hanbun no Tsuki ga Noboru Sora. Nawet dramat, wciśnięty na sam koniec, nie jest w stanie wzbudzić jakichkolwiek emocji poza ziewaniem i nieustannym zerkaniem na zegarek. Fabuła, niestety, nie może być zaliczana do zalet serii.

Nie można tego powiedzieć również o postaciach. Tak, bardzo mi przykro, ale tu też To Heart: Remember my Memories nie błyszczy. Ale od początku… Główny bohater – Hiroyuki, przeszedł istotną przemianę w porównaniu do pierwszej serii. Poprzednio był nieco zrzędliwym, ale za to niedającym sobie w kaszę dmuchać chłopakiem, czyli kompletnym przeciwieństwem dzisiejszych bezkręgowców, co bardzo się chwaliło, zwłaszcza że to, co mówił, zazwyczaj miało sens. Nie ominął go proces ewolucji, jednak zamiast ulepszeń otrzymaliśmy genetycznego bubla, istny wrzód na… albo inne plugastwo. Jęczy z byle powodu, pyskuje wszędzie i wszystkim, a na domiar złego krzyczy. Ale nie ot tak sobie, raz czy dwa na odcinek, o nie! Jestem osobą lubiącą ciszę i spokój, choć od czasu do czasu słucham mocniejszej muzyki czy oglądam jakiś „głośniejszy” film z Brucem Willisem albo innym Rambo… Jeśli jednak ktoś przez dwadzieścia pięć minut drze się bez wyraźnej przyczyny, to zaczyna mi działać na nerwy. Najlepiej porównać to do filmu wojennego, w trakcie którego ktoś krzyczy na cały głos: Snajper! Tu mamy tę samą sytuację, tyle że zamiast przez chwilę, okrzyk rozbrzmiewa w słuchawkach przez cały niemal czas trwania odcinka…

Kolejna postać, o której warto wspomnieć, a o której niemal nic nie sposób powiedzieć, to Akari, przyjaciółka z dzieciństwa Hiroyukiego, czy kim tam ona jest… Właśnie to objawia największy problem z tą bohaterką – jest całkowicie nijaka. Brak jej charakteru, własnego zdania nie wyraża niemal nigdy, wpatrzona ślepo w swojego wybranka niczym starożytni Grecy w wyrocznię delficką. Przez myśl jej nie przejdzie, aby choć raz zawalczyć o uwagę ukochanego, a potem jeszcze ma pretensje, że ten gania za spódniczkami, zamiast skupić się na niej. Ja się chłopinie nie dziwię – skoro jako widz ledwo zauważam jej jakże zbędną osóbkę, to co dopiero on, wokół którego zgromadziło się stadko innych, znacznie ciekawszych postaci. Summa summarum otrzymujemy zapychacz fabularny, no bo przecież w kimś nasz protagonista bujać się musi… Chyba że byłby gejem, co stanowiłoby całkiem ciekawą odmianę…

Ostatnią ze świętej trójcy jest robot­‑pokojówka Multi. Oczywiście kwestia jej utraty pamięci została wytłumaczona dość mętnie i pełno w niej dziur, nie zmienia to jednak faktu, że dzięki temu postać ta zyskuje na dramatyzmie (wedle twórców, znaczy się…). Podobnie jak Akari, o naszym fajtłapowatym robocie pisze się ciężko, gdyż brak jej jakichkolwiek cech wyróżniających spośród tłumu podobnych postaci. Jedyne, co można podkreślić, to ciekawość świata i ludzi, objawiająca się dziecinną wręcz naiwnością, i złote serce będące źródłem tak dobrych, jak i złych doświadczeń w jej krótkim życiu. W porównaniu do innych robotów, jak chociażby Korone z Ichiban Ushiro no Daimaou, Multi przegrywa i to z kretesem, bowiem brak jej ikry i stanowczości. Czemu więc Hiroyuki tak się za nią ugania? „Toż to miłość!” zakrzykną jedni. „Albo fetysz.” – mrukną inni…

Reszta obsady pełni funkcję stricte dekoracyjną i albo odwleka niepotrzebnie finał historii, albo robi to, przy okazji działając widzowi na nerwy. Do pierwszej kategorii można zaliczyć Aoi, która wreszcie postanowiła zrealizować marzenia i pokonać swoją „mentorkę” Ayakę, przy okazji zdobywając pas mistrzowski. Upór w dążeniu do celu, połączony z niewielką dozą niepewności działa na korzyść tej postaci, czyniąc ją sympatyczną i realistyczną. W drodze na szczyt towarzyszy jej przyjaciółka­‑menadżer Kotone. W przeciwieństwie do Aoi jest ona pozbawiona woli walki i cały czas boi się utraty akceptacji ze strony otoczenia. Dodatkowo, za czyjąś „genialną” sugestią, ma jeszcze jedno zmartwienie, pozwalające scenariuszowi poznęcać się nad nią nieco dłużej, a mnie przyprawiające o zgrzytanie zębów. Twórcy do zestawu dorzucili jeszcze przyjaciela Akari… Widzicie, ta sytuacja idealnie ilustruje problem z serią – tego się nie da zapamiętać, a jestem świeżo po seansie! A, chłopakowi było Masashi. Tak, też jest bezkręgowcem… Do tego należy wspomnieć o Shiho, diablo irytującej koleżance Akari o głosie niczym syrena przeciwmgielna, oraz Lemmy, blondwłosej chyba­‑Amerykance, do której pasuje stereotyp nierozgarniętej Jankeski. I tyle, reszta pojawia się na tyle rzadko bądź ma na tyle niewielki wpływ na fabułę, że nie warto nawet o nich wspominać. Ciekawostką jest natomiast epizodyczna, bo bodaj przez chwilę w dwóch odcinkach, obecność bliźniaczek z To Heart 2. Ich występ nie jest uzasadniony fabularnie, co więcej – jest wewnętrznie niespójny pod względem chronologicznym, ale to zauważą jedynie ci, którzy wyżej wymienioną serię już obejrzeli.

Czas na małe co nieco o technicznych aspektach tej produkcji. Grafika w serii ma dwa oblicza. Pierwsze, to lepsze, dane nam jest obserwować przy wszelkiego rodzaju tłach. Namalowane są one ciepłymi, pastelowymi kolorami i zawierają sporo szczegółów, zwłaszcza pejzaże leśne czy wnętrza pokoi – są one wręcz upstrzone miłymi dla oka detalami w stylu książek, porozrzucanych po podłodze dokumentów czy miśków. Czasami są używane wielokrotnie, lecz przy de facto dość ograniczonej ilości miejsc, w których dzieje się akcja, wydaje się to nieuniknione. Muszę również wspomnieć o absolutnym mistrzostwie świata, jakim jest niebo. Nigdzie (no, może poza filmami Makoto Shinkaia) nie widziałem, żeby rysownicy przygotowali tak bardzo realistyczny obraz, dający złudzenie rzeczywistości. Jest to jednak mało istotny detal, dlatego nie zaważy na ogólnej ocenie za grafikę. Wpływ na nią miały będą za to drewniana animacja i absolutnie koszmarne projekty postaci. Bohaterowie poruszają się niczym kukiełki w teatrzyku lalek, brakuje im naturalności i płynności. Może i nie jest to seria przygodowa, jednak takie rzeczy psują odbiór całości i odbierają przyjemność z oglądania… Bądź całkowicie ją odbierają, jeśli przychodzi nam patrzeć na takie szkarady, jak tutaj. Pierwsza seria To Heart również nie była cukierkiem dla oczu, ale kontynuacja jest momentami nieoglądalna. Problemem są głównie twarze, permanentnie zniekształcone. O dziwo, wyglądają nieco lepiej z daleka, z bliska zaś straszą widokami niczym spod ręki początkującego rysownika. Potworność, szkarada, fuj… A już kompletnie osobną kwestią są kadry niemalże żywcem wyjęte z gry. Ci z was, drodzy czytelnicy, którzy choć raz w życiu grali w grę eroge, zapewne wiedzą, o czym mówię. Tego się nie da opisać, to po prostu trzeba zobaczyć.

Udźwiękowienie To Heart: Remember my Memories nie jest szczytem marzeń. Coś tam w tle brzdąka, ale nie robi tego na tyle często i nie jest na tyle dobre, by pozostać w pamięci na dłużej. Opening Daisuki Dayo, autorstwa Naomi Tanisaki, to typowa, choć nieprzesłodzona piosenka o miłości, podobnie jak ending, To Our Own Tomorrows, śpiewany przez Harunę Ikedę. Jedyna różnica polega na tym, iż ten pierwszy jest nieco bardziej żwawy, a drugi melancholijny. Nie zmienia to jednak faktu, iż oba prezentują podobny średni poziom. Reszta ścieżki dźwiękowej niczym niezwykłym się nie wyróżnia, ot, od czasu do czasu usłyszymy pianino, rzadziej jakiś instrument smyczkowy. Nic zachwycającego, może poza faktem, iż uważni widzowie wyłowią w trzecim odcinku odgłos syreny przeciwmgielnej niczym z Silent Hill. Chyba że mój słuch całkiem już szwankuje. Co do aktorów podkładających głosy… szczerze mówiąc, ze zgrozą odkryłem, kto podkładał głos Akari – sama Ayako Kawasumi (grała np. Lafiel z cyklu Banner of the Stars czy Ohno z Genishikena), natomiast w rolę Hiroyukiego wcielił się mało znany Kazuya Ichiyou. Multi natomiast głosu użyczyła sama Yui Horie (m.in. Naru z Love Hina i Minori z Toradora).

Zdecydowanie nie jest to seria warta uwagi. Ma kiepską, nudną fabułę, denerwujące postaci i tragiczną grafikę, czyli wszystkie cechy klasyfikujące ją do odrzucenia z listy potencjalnych tytułów do obejrzenia. Jeżeli ktoś uparcie chce kontynuować cały cykl, polecam od razu po obejrzeniu pierwszej części zacząć To Heart 2, które stoi mniej więcej na poziomie „jedynki”. Przy tej serii zanudzicie się na śmierć bądź zwyczajnie odpadniecie, straciwszy resztki cierpliwości. Pozostaje wskazać potencjalną widownię. Cóż, zerknąć mogą ci, którzy ukończyli już To Heart, a mają ochotę poznać dalsze losy bohaterów, bądź fani wszelkiego rodzaju haremówek. Jednym i drugim jednak będzie potrzebna masa samozaparcia. Reszta niech nie traci czasu. Naprawdę nie warto.

Altramertes, 15 października 2011

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: AIC (Anime International Company)
Autor: AQUAPLUS
Projekt: Madoka Hirayama
Reżyser: Keitarou Motonaga
Scenariusz: Kiichi Kanou
Muzyka: Seikou Nagaoka