Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Podlaski Festiwal Anime 6 - konwent

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

3/10
postaci: 4/10 grafika: 6/10
fabuła: 3/10 muzyka: 4/10

Ocena redakcji

5/10
Głosów: 2 Zobacz jak ocenili
Średnia: 4,50

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 65
Średnia: 6,11
σ=2,43

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Altramertes)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Strike Witches 2

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2010
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • ストライクウィッチーズ2
Widownia: Shounen; Postaci: Anthro, Obcy; Pierwowzór: Powieść/opowiadanie; Miejsce: Europa; Czas: Przeszłość; Inne: Ecchi, Magia
zrzutka

Bojowych lolitek ciąg dalszy, czyli jak nie robić anime o wojnie.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Takasugi

Recenzja / Opis

Po pokonaniu zbuntowanego mecha nad Gallią (czytaj Francją), Yoshika i jej towarzyszki powróciły w rodzinne strony, pozostawiając zadanie nawiązania kontaktu z obcą rasą innej grupie wiedźm. Całe przedsięwzięcie spala jednak na panewce, gdy nad Europą pojawia się nowe, o wiele potężniejsze gniazdo, które niemal natychmiast wysyła pomniejsze „statki”, rozpoczynając zmasowany atak na to, co pozostało ze zrujnowanego kontynentu. Tym samym, ze względu na małą liczbę wiedźm zdolnych do bitwy oraz nieudolność reszty sił zbrojnych, 501 Połączony Pułk Myśliwski zostaje reaktywowany w starym składzie i ponownie rzucony na linię frontu, którą tym razem stała się Romania (czytaj Włochy bez Wenecji).

Druga seria Strike Witches stosuje identyczną konstrukcję fabularną jak jej poprzedniczka, co jest źródłem bardzo wielu wad trapiących to anime. O ile epizodyczność ma w pewnym sensie uzasadnienie w serii o konflikcie zbrojnym, jako że ukazuje pojedyncze potyczki lub większe bitwy, o tyle nijak nie można wyjaśnić wepchnięcia pojedynczych historii à la okruchy życia, okraszonych potężną dawką fanserwisu i mocno nieśmiesznego humoru, oraz zawieszenia całej fabuły w próżni na ponad połowę serii. Nie stanowiłoby to tak poważnego problemu, gdyby poszczególne odcinki były na poziomie umożliwiającym ich oglądanie. Tymczasem z ekranu co chwila wieje nudą, a jedynie starcia z Obcymi, zrealizowane zresztą w konwencji „potwora tygodnia”, stanowią ciekawy element ratujący widza przed przerwaniem oglądania. Cała reszta sprowadza się do kilku średnich żartów z okolic majtek i stanika (a warto wspomnieć, że jest to najlżejszy kaliber tego, co przyjdzie nam zobaczyć), a także ukazania fragmentów z życia poszczególnych bohaterek. Innymi słowy przewidywalność i rutyna biją po oczach, nuda dzielnie im akompaniuje, a koślawy dramat (Bogu dzięki jedynie od czasu do czasu) skutecznie dobija widza. Nie wspomniałem oczywiście o przytłaczającej wręcz ilości głupoty sączącej się z ekranu, bowiem wymagałoby to wyjaśnienia przebiegu kilku późniejszych odcinków, czego wolę uniknąć. Czujcie się jednak ostrzeżeni; ja momentami łapałem się za głowę z niedowierzania. Pełno również dziur fabularnych, z których część pozostała jeszcze z pierwszego sezonu. Nikt nie wyjaśnia dla przykładu, skąd wzięli się kosmici i dlaczego przybyli na Ziemię, skąd pochodzi magiczna moc wiedźm i dlaczego stare gniazdo zostaje zniszczone przez nowe. Ostatnim słowem dotyczącym fabuły będzie kwestia nawiązania do innej klasycznej już serii. O ile w pierwszym sezonie można było się zastanawiać, czy finał w jakiś sposób wzorował się na którymś z Gundamów czy Macrossów, o tyle w drugiej serii nie mam najmniejszych wątpliwości, że końcowe odcinki stanowią odwołanie do Space Battleship Yamato. Mówię całkowicie poważnie, w pewnym momencie aż prosi się, żeby zanucić piosenkę Uchuu Senkan Yamato autorstwa Isao Sasakiego zamiast kiczowatej muzyki w tle.

Skoro już o fabule mowa, nie sposób nie wytknąć błędów nie tyle związanych bezpośrednio z fabułą, co logicznych, wynikających z tego, co dzieje się na ekranie. Widzowie choć trochę obeznani z wojskowością i prowadzeniem działań wojennych (a także ci, którzy zwyczajnie analizują to, co widzą pod kątem sensowności) od razu wyłapią kilka oczywistych potknięć. Niech za przykład posłuży chociażby baza wojskowa, w której stacjonuje oddział wiedźm. Pomijam fakt, że na szczycie ma ustawiony lokalny odpowiednik Statuy Wolności (swoją drogą po co? Za straszak ma robić? Bo w mecha się nie zamienia, choć mogłoby to jakoś obecność tego ustrojstwa uzasadnić), ale nijak nie mogę zrozumieć, dlaczego wokół całego obiektu nie ma poustawianych baterii przeciwlotniczych? Pal sześć, że byłyby nieskuteczne (co omówię za chwilę), ale ich nieobecność jest co najmniej niepokojąca. Jeżeli mamy doborowy oddział, stanowiący w pewnym sensie „ostatnią nadzieję ludzkości”, to logika nakazuje, żeby miejsce jego pobytu było zabezpieczone na wypadek ewentualnego ataku wroga. A tu nic, nawet jednego działka. Inną bzdurą jest wysyłanie samolotu transportowego z dwoma wiedźmami na pokładzie w rejon zagrożenia bez jakiejkolwiek eskorty, a jeśli nawet ma on możliwość ostrzelania wroga (karabin maszynowy w wieżyczce), to tego nie robi. Nie zabrali amunicji czy co? I wreszcie wisienka na torcie. Parę razy dane nam będzie zobaczyć bitwę wiedźm, podczas której wspiera je marynarka, rzadziej myśliwce. Cały paradoks polega na tym, że o ile pociski karabinowe wystrzeliwane z broni dziewczyn bez problemu penetrują pancerz kosmitów, o tyle strzały z pancerników i krążowników okazują się nieskuteczne (nie tyle, że nie działają, ale w jakiś dziwny sposób nie są w stanie zniszczyć rdzenia, który leży niemal „na widoku”). Być może karabiny wiedźm są jakoś magicznie wzmacniane, ale nikt o tym nawet nie wspomina. Słowo absurd nawet w połowie nie oddaje poziomu tego założenia.

Kolejną sprawą jest brak wspomnianych już baterii przeciwlotniczych lub bardziej ogólnie – wsparcia. Załóżmy, że przeboleliśmy kwestię skuteczności amunicji, ale pozostaje efekt psychologiczny. W momencie, gdy człowiek staje do walki z o wiele silniejszym przeciwnikiem, świadomość, że może liczyć na pomoc innych, wpływa pozytywnie na jego zachowanie, pomaga opanować strach. Takie rozwiązanie zostało zastosowane choćby w Neon Genesis Evangelion, gdzie bohaterowie byli wysłani do boju po uprzednim „zmiękczeniu” wroga przez konwencjonalne jednostki bojowe. Dodatkowo, Neo­‑Tokio 3 było prawdziwą twierdzą, pełną systemów obronnych gotowych zasypać wroga pierdyliardem pocisków, byle tylko dać czas pilotom na przygotowanie do bitwy. W Strike Witches 2 tego brak. Cały oddział walczy bez jakiegokolwiek wsparcia, niczym grupa straceńców wysłana na front w charakterze mięsa armatniego. Nieładnie, oj nieładnie…

Co do postaci… cóż, nie zmieniły się za bardzo. Prym wiedzie tu Yoshika, która wciąż nie wyzbyła się idealistycznego spojrzenia na świat i pragnie pomagać innym za wszelką cenę. Jej teksty o tym, jak to pragnie wyzwolić Romanię i przyległości spod okupacji Obcych są równie oklepane i irytujące, jak w pierwszym sezonie, ale już zdecydowanie mniej w nich realizmu. Każdy, czy to dziewięcio- czy dziewiętnastolatek zmienia swój światopogląd pod wpływem wydarzenia tak traumatycznego, jak konflikt zbrojny, tym bardziej, jeśli w nim uczestniczy. Tym bardziej nielogiczny wydaje się fakt, że osoba, która bierze udział w niezwykle niebezpiecznej wojnie, nijak się nie zmienia. O ile miało to uzasadnienie na początku pierwszego sezonu, o tyle tutaj jest już kompletną bzdurą. Nie interesuje mnie, że to anime, na dodatek niezbyt ambitne. Żądam szacunku dla siebie jako widza i mojej inteligencji! To samo tyczy się reszty postaci. Dowódca wiedźm Minna nadal nie wyzbyła się matczynego podejścia do podwładnych. Niby nic w tym złego, dzięki temu stanowi rodzaj ostoi w całym wojennym szaleństwie, ale mimo wszystko przez całą serię (tak pierwszą jak i drugą) nie potrafiła wzbudzić we mnie choć krzty respektu jako dowódca. Stosunkowo największą zmianę, niby tylko kosmetyczną, przeszła major Sakamoto, która wreszcie nauczyła się śmiać nie wzbudzając przy tym ciarek na plecach; niby nic, a cieszy. Pozostałe postaci nie zmieniły się ani trochę. Obie „pilotki” z Karslandu (czytaj Niemiec) są nadal tym samym lekko irytującym duetem, składającym się z bałaganiary i osoby niezwykle leniwej w postaci Erici Hartmann oraz zdyscyplinowanej, choć o charakterze 10­‑latki Gertrud Barkhorn, toczącej nieustanny bój ze swoją współlokatorką o utrzymanie pokoju w jako takim porządku. Brytyjka Lynette to wciąż typowy moeblob, na szczęście jednak w tym sezonie dostała mniej czasu antenowego albo zwyczajnie zniknęła na tle nieco bardziej wyrazistych postaci, bo okazji do patrzenia na nią jest jakby mniej. Galijka Perrine nadal zachowuje się niczym rozpieszczona panienka z dobrego domu i nie wyzbyła się słabości do swojej przełożonej, major Sakamoto. Rozczaruje jednak fanów yuri, bowiem wątek ten jest używany jedynie do pokazania kilku mało śmiesznych żartów, nie ulega jednak jakiemukolwiek rozwinięciu. Duet Lucchini – Yeager wciąż stanowi jedynie źródło fanserwiśnych żartów, czasami mniej, czasami bardziej odważnych, ale poza tym nic do grupy nie wnosi. Na koniec pozostawiłem moim zdaniem najsympatyczniejszą parę bohaterek, czyli Rosjankę Sanyę i Finkę Eilę. One również nie przeszły żadnej widocznej zmiany, lecz tak jak w pierwszym sezonie stanowią najmniej denerwujące osoby w obsadzie. Są… normalne? To chyba najodpowiedniejsze określenie, jakie jestem w stanie wymyślić i zarazem największy komplement, jakim mogę obdarzyć postaci w tym anime.

Czas przejść do najsilniejszej strony tego anime, czyli oprawy graficznej. Trzeba przyznać, że w ten element włożono najwięcej pracy, co zresztą widać na załączonych do recenzji kadrach. Animacja ruchu zarówno postaci, jak i wszelkiego rodzaju maszyn jest płynna i nie razi po oczach. Szczególnie widać to w czasie starć, gdy dochodzi do manewrowania i wymiany ognia. Oczywiście, nie mogło się obyć bez pomocy komputerów, co też momentami strasznie rzuca się w oczy. Wszelkie maszyny, ale także niektóre sceny grupowe zostały wyrenderowane, co niestety niezbyt ucieszy osoby preferujące standardową animację (w tym i recenzenta). Na pochwałę zasługują jednak dwie rzeczy. Po pierwsze, fanserwis innego typu, skierowany do fanów wszelkiego rodzaju sprzętu wojskowego. Wprawne oko od razu rozpozna charakterystyczny kształt Ju 52 czy japońskiej łodzi latającej Kawanishi H8K. Przez ekran przewinie się również kilka Messerschmittów Bf 109, czy nieco większych jednostek, jak choćby japońskie okręty: pancernik Yamato i lotniskowiec Amagi, a także, choć nie jest to już bezpośrednio wspomniane, pancerniki klasy Bismarck i King George V, oraz włoskie pancerniki klasy Littorio. Warto również wspomnieć o karabinach używanych przez same wiedźmy. Każdy z nich jest prawdziwą, w miarę realistycznie przedstawioną bronią. Amerykańskie M1 i Browning 1918, niemieckie MG 42, brytyjska rusznica przeciwpancerna Boys dają się rozpoznać bez większych problemów. Osobiście bardzo sobie cenię takie w sumie niewiele wnoszące, ale jakże miłe dla oka szczegóły. Kolejną kwestią zasługującą na pochwałę są tła. Narysowane w ciepłych, pastelowych barwach, bogate w szczegóły, robią na widzu naprawdę dobre wrażenie, szczególnie gdy są na nich ukazane wszelkiego rodzaju budowle (od bazy samych wiedźm poczynając, na zabytkach Rzymu kończąc). Trzeba jednak przyznać, że wielokrotnie graficy ułatwiali sobie sprawę, szczególnie podczas pojedynków, ukazując bohaterki albo na tle samego nieba, albo na tle morza. Omawiając kwestię grafiki, nie sposób nie wspomnieć o największej zakale, bądź jak kto woli, zalecie tej produkcji, czyli fanserwisie. A tego jest tu sporo. Żeby było jasne, nie mam absolutnie nic przeciwko scenom tego typu, ale wszystko musi mieć swoje granice; tym bardziej, jeśli w obsadzie mamy postaci, które średnio nadają się do pokazania (patrz ta bardziej aerodynamiczna część grupy) w scenach typu łaźnia czy „rytualne mierzenie cyca”. A trzeba przyznać, że twórcy nie mają litości i kamera co chwilę, zwłaszcza podczas scen bitewnych, niemal wciska się bohaterkom tam, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę. Momentami zaczyna to naprawdę irytować. Co prawda do poziomu takiego Seikon no Qwaser tej produkcji bardzo daleko, niemniej jednak część widzów może poczuć się zniesmaczona, widząc sceny pełne „odmienności kulturowych”. Bądźmy szczerzy, machać tyłkiem loli przed oczami potrafi każdy.

Co do muzyki… cóż, coś tam w tle leci, ale niestety nie jestem w stanie wskazać ani jednej melodii, która zapadłaby mi w pamięć. Nie świadczy to najlepiej o ścieżce dźwiękowej (albo o mojej pamięci…), jednak w sumie nie byłem tym zaskoczony, patrząc przez pryzmat reszty elementów składowych. Piosenką towarzyszącą czołówce jest Strike Witches 2 ~Egao no Mahou~ śpiewana przez Yoko Ishidę, natomiast napisom końcowym towarzyszy Over Sky, śpiewany w różnych odcinkach przez seiyuu głównych bohaterek – w każdym odcinku w innym układzie, natomiast w ostatnim całą grupą. Oba utwory stanowią przykład dość typowego j­‑popu, często średnio pasując do tematyki danego odcinka, ale nieźle wpisując się w ogólny, raczej pozytywny wydźwięk serii.

Podsumowując, Strike Witches 2 to seria słaba, z mierną fabułą, momentami wręcz wylewającą się z ekranu głupotą i średnimi postaciami. Strona techniczna prezentuje się lepiej, jednak nie na tyle, by uratować to anime przed niską oceną. A szkoda, bo to seria z potencjałem. Może i nie na produkcję genialną, ale przyzwoite anime o wojnie z inwazją Obcych w tle. Niestety, ogrom błędów i momentami zbyt nachalny fanserwis uniemożliwiają przyznanie wysokiej noty. Pozostaje mi wskazać potencjalnych odbiorców. Cóż, nie zawiodą się fani ecchi, a także ci, którzy nie wymagają od serii przygodowej dopracowanej fabuły. Zerknąć mogą również fani militariów z okresu II wojny światowej, choć trochę za mało tu „mięska”, by utrzymać ich przy ekranie na dłużej. Innymi słowy, zerknąć można, tylko po co, skoro są inne, lepsze serie do wyboru.

Altramertes, 11 sierpnia 2011

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: AIC (Anime International Company)
Autor: Fumikaze Shimada
Projekt: Fumikaze Shimada, Hiroyuki Terao, Kazuhiro Takamura
Reżyser: Kazuhiro Takamura
Scenariusz: Tatsuhiko Urahata
Muzyka: Seikou Nagaoka