Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Studio JG

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 7/10 grafika: 6/10
fabuła: 5/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

5/10
Głosów: 2 Zobacz jak ocenili
Średnia: 5,00

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 626
Średnia: 7,78
σ=1,8

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Avellana)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Beelzebub

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2011
Czas trwania: 60×25 min
Tytuły alternatywne:
  • べるぜバブ
Widownia: Shounen; Postaci: Anioły/demony, Uczniowie/studenci; Rating: Przemoc; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Supermoce
zrzutka

Niektórzy twierdzą, że każde małe dziecko to istota z Piekła rodem. Tu jednak mamy do czynienia z przypadkiem szczególnym…

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: icchan

Recenzja / Opis

Liceum Ishiyama raczej nie zapisuje się w annałach edukacji japońskiej jako placówka wzorcowa, choć na swój sposób jest bez wątpienia słynne. Stanowi bowiem miejsce zsyłki wszelkiej maści chuliganów i zabijaków, a jego uczniowie nie bez kozery mają reputację najgorszych i najtwardszych w całym mieście, a może i na większym obszarze. Do tej właśnie placówki uczęszcza Tatsumi Oga. Chociaż jest dopiero w pierwszej klasie, niepospolity talent do bijatyk sprawia, że pomału nawet w takiej szkole staje się on osobą, z którą liczyć się muszą nawet starsi uczniowie. Te same cechy sprawiają jednak, że otrzymuje on całkowicie nieoczekiwany prezent od losu: pod jego opiekę trafia Kaiser de Emperana Beelzebub IV, syn władcy demonów, wysłany przez tatusia z tradycyjną misją zniszczenia ludzkości. Na razie jednak pomiot piekielny jest na to nieco za młody (najwyraźniej nie dotarły tam słowa naszego wieszcza: „Dzieckiem w kolebce kto łeb urwał hydrze…”), więc Tatsumi musi pilnie przejść skrócony i przyspieszony kurs opieki nad niemowlęciem, w dodatku zdolnym ciskać pioruny i sprowadzać ciut niekonwencjonalny potop. Może wprawdzie liczyć na (niechętną) pomoc przysłanej wraz z piekielnym dziedzicem demonicznej pokojówki Hildy, a także na (jeszcze bardziej niechętne) wsparcie ze strony najlepszego przyjaciela, Takayukiego Furuichiego, generalnie jednak znajduje w życiu nowy cel. Odszukać jelenia, któremu da się sprzedać ten gorący kartofel! Problem polega tylko na tym, że musi to być ktoś od naszego bohatera odpowiednio silniejszy…

Bardzo wiele shounenów, poczynając od klasycznego Dragon Ball, a na Bleach kończąc, rozwija się według podobnej formuły: po pogodnym, często wyraźnie komediowym początku akcja poważnieje wraz ze wzrostem potęgi przeciwników i stawki, o jaką toczą się walki. Komediowe wstawki ograniczają się do pomniejszych epizodów i „wypełniaczy” między dłuższymi wątkami lub też do poszczególnych postaci, służących tylko wprowadzaniu gagów. Warto zatem od razu i wyraźnie powiedzieć, że Beelzebub, przynajmniej w zakresie fabuły pokazanej w anime (manga nadal wychodzi), pozostaje niemal czystą komedią, w której trafiają się odrobinę poważniejsze (choć też nie tak dramatyczne, jak zwykle w podobnych produkcjach bywa) epizody. Takiej konwencji podporządkowane są także walki, których jest zdecydowanie mniej niż można by się na początku spodziewać. Nie traktuję tego jako wadę, jeśli ktoś jednak miałby nadzieję na serię, w której bijatyka goni bijatykę, powinien poszukać innego tytułu.

Nawet przy takich założeniach fabuła mogła być jednak ciekawa – i miała spory potencjał, który z najrozmaitszych powodów roztrwoniła. Pierwsze kilkanaście odcinków to epizodyczne historie, obracające się wokół problemów z wychowywaniem syna Władcy Ciemności, prób Tatsumiego przekazania komuś ww. dzieciaka oraz kolejnych podchodów zdetronizowanych „asów” liceum Ishiyama, szukających zemsty na śmiałku, który ich pokonał. Poziom jest tu zwyczajnie i po prostu nierówny – obok bardzo dobrych odcinków komediowych trafiają się międlące po raz enty któryś z tych schematów, a powtarzalność żartów z piorunem trafiającym bohatera robi się trochę nużąca. Wystawiona na próbę cierpliwość widzów zostaje jednak wynagrodzona: najpierw efektownym starciem z aktualnie najsilniejszym zabijaką w liceum Ishiyama, potem wrzuceniem całej barwnej paczki w nowe środowisko szkolne (i to nie byle jakie – klasa typu „koszmar pedagoga” trafia do najelegantszego liceum w mieście), a wreszcie spotkaniem z podwładnymi starszego brata podopiecznego bohatera. Kiedy jednak wszystko wskazuje na to, że fabuła – jak na porządny shounen przystało – zmierza w kierunku dłuższych i bardziej efektownych wątków, otrzymujemy znowu serię epizodycznych odcinków czysto komediowych. Nieoczekiwany finał serii sprawia wrażenie, jakby scenarzyści dowiedzieli się o nim w ostatniej chwili i byli zmuszeni zmieścić się ze zmianami i upchaniem wydarzeń w ostatnich dwóch odcinkach zamiast w dobrych dziesięciu. Po co opisuję to tak szczegółowo? Żeby nie robić niepotrzebnych nadziei na to, co będzie później. Beelzebub jest serią, którą oglądało mi się bardzo przyjemnie – ale tylko tak długo, jak długo wystarczały mi krótkie epizody i komedia. Gdybym chciała czegoś więcej, rozczarowałabym się paskudnie – i trochę się rozczarowałam, bo fabuła urwała się w momencie, kiedy ekipa wreszcie zaczęła mieć możliwości mierzenia się z naprawdę fajnymi przeciwnikami.

Powodem, dla którego nie ciepnęłam tej serii (nomen omen) w diabły, byli bohaterowie, chociaż i tutaj wymagane jest wykazanie się pewną cierpliwością. Wyjątkowo spodobał mi się sam Tatsumi Oga, w którym autor zdołał połączyć cechy pasujące do siebie i układające się w spójną osobowość. Rzeczony młodzian bywa skory do bitki i naprawdę niewiele potrzeba, żeby go sprowokować, jednocześnie jednak nie wpada w pułapkę schematu napakowanego testosteronem mięśniaka z ADHD. Autor nie próbuje go przy tym pokazać, jako kryształowego osobnika ze złotym sercem i silnym kodeksem moralnym: to głównie olewczo­‑leniwy stosunek Tatsumiego do życia trzyma go z dala od kłopotów w wymiarze kryminalnym. Furuichi natomiast pozostaje postacią dość niewykorzystaną – zdecydowanie za często jego rola ogranicza się do mocno powtarzalnego gagu z udziałem pewnego demona­‑teleportera. Z biegiem czasu bardzo zyskuje za to reszta, czyli „szkolni koledzy” bohatera. Początkowo są to jednowymiarowe i płaskie kartoniki, ale w pewnym momencie okazuje się, że z większości z nich da się zrobić całkiem wyraziste i zróżnicowane postaci drugoplanowe. Zdecydowanie na plus zaliczam, że chociaż trudno ich uznać za orły intelektu, z pewnością nie są to także żałośni idioci: w swojej głupocie bywają naprawdę porażający, ale w sumie nie sposób ich nie polubić.

Sympatyczne jest także to, że chyba żadna z pokazanych w serii pań nie kwalifikuje się do roli „damy w opałach” ani do łatwego wepchnięcia w szufladkę z jednowyrazowym określeniem osobowości. Na szczególną uwagę zasługuje tutaj Aoi Kunieda, niekwestionowana królowa liceum Ishiyama i przywódczyni żeńskiego gangu Red Tails. Chociaż jej początkowa przemiana troszkę zgrzyta jako zdecydowanie za szybka, ostatecznie Aoi okazuje się jedną z najbardziej udanych postaci w serii – jest przeurocza, a przy tym nie rozlazła czy nijaka: to nadal zdecydowana dziewczyna, która w razie czego umie stawiać na swoim. Uroczo wygląda swoisty „trójkąt romantyczny” z udziałem właśnie jej, Tatsumiego oraz wyniosłej i dumnej Hildy, chociaż na rozwój wątków romantycznych także nie należy liczyć. Warto przy tym podkreślić, że nawet bohaterowie, którzy zasadniczo traktują świat serio, tacy jak właśnie Aoi czy Hilda, mają dobrze dopasowane do osobowości cechy komediowe, a autor potrafi czynić z tego właściwy użytek.

Osoby, które dopiero rozważają zapoznanie się z serią, może dziwić, że praktycznie nie wspominam o podopiecznym bohatera. Kaiser­‑jak­‑mu­‑tam­‑dalej, zwany po prostu Belbou (od imienia Beelzebub i japońskiego akanbou, czyli „dziecko”), nie jest w zasadzie samoistnym bohaterem. Najbliżej mu (choć wiem, jak absurdalnie brzmi to porównanie) do maskotki magical girl: „kontrakt” z nim obdarza Tatsumiego nadprzyrodzonymi mocami, które oczywiście musi się dopiero nauczyć wykorzystywać. Jako dziecko Belbou jest natomiast pokazany bez jakiejkolwiek dbałości o choćby odległy realizm: czasem zachowuje się jak niemowlę, czasem jak kilkulatek, bywa zaś, że wykazuje się zrozumieniem i działaniami na poziomie znacznie wyższym. Nie czynię z tego zarzutu, bo kiedy już przebrniemy przez początkowe odcinki i powtarzalne gagi z jego udziałem, staje się stworzeniem naprawdę sympatycznym, ale po prostu dzieckiem nie bardzo go można nazwać.

Poczucie zmarnowanego potencjału wzmacnia sam świat przedstawiony. Owszem, to jest seria komediowa, ale podstawowe fakty, które poznajemy wraz z bohaterami, pozostają zaskakująco spójne. Na przykład odpowiedzi na pytanie, dlaczego ludzkość dotąd uniknęła zagłady, można się łatwo domyślić już w pierwszym odcinku, gdzie mamy próbkę zachowania Władcy Demonów (dlaczego go było tak mało, ja się pytam?!). Widać, że autor miał na ten świat jakiś pomysł – chyba niestety lepszy niż jego pomysły na fabułę, ograniczające się do „wrzucimy w to wszystko bohaterów i zobaczymy, co dalej”. Walki są przede wszystkim krótkie – czasem wręcz zakrawają na parodię schematów gatunku w momencie, kiedy widz spodziewałby się długiej kilkuodcinkowej sekwencji wydarzeń, a dostaje jej skrót w dwie minuty. Słowo „pomysłowe” pasuje do nich bardziej niż „efektowne” – tym mianem określiłabym najwyżej kilka starć w drugiej połowie serii – natomiast stosowane przez bohatera z czasem techniki przy całej swojej skuteczności wiążą się z jego mocno komediowym wyglądem i zachowaniem. Znowu: uprzedzam, bo chociaż mnie to nie przeszkadzało (podobne chwyty potrafiło stosować choćby One Piece), nie każdemu odpowiada, gdy dostaje coś takiego tam, gdzie oczekiwał dramatycznego starcia.

Oprawa techniczna mieści się w stanach „przyjemne dla oka i dobrze oszukuje”. Projekty ważniejszych postaci są charakterystyczne i udane, a chociaż trudno tu o bishounenów czy bishoujo, będzie na czym oko zawiesić. Drobiazgiem do wytknięcia pozostaje może to, że (podobnie zresztą jak w Bleach) większość bohaterów, ze szczególnym uwzględnieniem płci męskiej, za diabła nie wygląda na nastolatków. Czasem nadużywane, ale jednak autentycznie zabawne są też wszelakie efekty komediowe – do samego końca nie nudziła mi się twarz głównego bohatera w trybie „demona zniszczenia”. Wrażenie przyzwoitej rzemieślniczej roboty pryska jednak, kiedy przyjrzeć się dokładniej: otóż znakomitą część większości odcinków wypełniają dość statyczne zbliżenia bohaterów, a przy każdym oddaleniu kamery rysunek gwałtownie traci szczegóły (bywa, że i anatomię). Tła są zwykle tak puste, jak to tylko możliwe, zaś dalszoplanowe postaci to nijakie klony (rysownikom pomaga tu fakt, że zwykle mogą rysować wszystkich w podobnych mundurkach szkolnych). Walki animowane są poprawnie, ale bez przesadnego efekciarstwa, co zresztą wynika po części z charakteru starć. Po prostu uczciwy, szybki cios pięścią ma tu większe znaczenie (i jest skuteczniejszy) niż pięciominutowy balet „ciosów specjalnych”, wymagających od wykonawców talentu na miarę Niżyńskiego. Inna rzecz, że tu także dotarły oszczędności, przejawiające się nadużywaniem zbliżeń i stop­‑klatek.

Oprawa muzyczna odcinków także zawiera się w standardzie „nie przeszkadza i nie daje się zapamiętać” – trochę żywszych kawałków do podkreślenia scen akcji, trochę „komicznych” lub przeciwnie, pełnych patosu, w scenach komediowych i odrobina liryki zarezerwowana dla rzadkich przebłysków powagi. Seria może się natomiast pochwalić całym mnóstwem piosenek w czołówce i przy napisach końcowych – ma ich bowiem po pięć. Trafiają się tu utwory parodystyczno­‑komiczne, takie jak pierwszy opening, DaDaDa w wykonaniu Group Tamashi, czy czwarty ending, Papepipu Papipepu Papepipupo Nozomi Sasaki (ostrzegam: potwornie się przyczepia). Pozostałe piosenki w czołówce są klasycznie shounenowe, a na uwagę zasługuje towarzysząca im animacja, zawsze przynajmniej miejscami lekko kiczowata i parodiująca gatunek. W piosenkach kończących odcinki postawiono dla odmiany na żeński wokal. Tu warto wspomnieć o dwóch szczególnie udanych: Nanairo Namida grupy Tomato n’Pine i Shoujo Traveller zespołu 9nine (który wykonywał też oba openingi do anime Star Driver).

Na liście seiyuu także można wypatrzyć interesujące nazwiska. W rolę Tatsumiego wcielił się weteran branży, Katsuyuki Konishi, znany chociażby jako Tooya w Ayashi no Ceres, tytułowy bohater Samurai Deeper Kyo czy Kamina w Tengen Toppa Gurren Lagann. Grający Furuichiego Takahiro Mizushima także ma na koncie długą listę ról, w tym Kouty z Uchuu no Stellvia, Nagasumiego z Seto no Hanayome czy (nie)sławnego Rolo Lamperouge’a z Code Geass. W rolach drugoplanowych pojawiają się m.in. Hiroki Takahashi (Władca Demonów), Tomokazu Sugita (Kanzaki) i Tomokazu Seki (Toujou). Równie ciekawie jest po żeńskiej stronie, chociaż zaskoczy pewnie, że popularna Miyuki Sawashiro (m.in. Shinku z Rozen Maiden, Kanbaru z Bakemonogatari, Dalian z Dantalian no Shoka czy wreszcie Celty z Durarara) wciela się tu w nieartykułowaną, ale bardzo ekspresyjną rolę Belbou. Mówiąc jednak serio: jako Hildę usłyszymy tu Shizukę Itou (Rei z Maria­‑sama ga Miteru, Himawari z xxxHOLiC, Hinagiku z Hayate no Gotoku!, Kaori Kanzaki z Toaru Majutsu no Index), zaś Aoi zagrała Aki Toyosaki (Yui z K­‑ON!, Keena z Ichiban Ushiro no Daimaou, Momoka z Mawaru Penguindrum). Zaawansowanym fanom proponuję, by spróbowali rozpoznać głos Haruki Tomatsu (Nagi z Kannagi, Lala z To­‑Love Ru, Megumi z Shiki, Msyu z C, no i oczywiście Sakana­‑chan ze Star Drivera).

Szczerze mówiąc, nie wiem, czy polecać tę serię. Jest autentycznie sympatyczna i jednak trochę inna od „typowego shounena”, ze złośliwo­‑parodystycznym podejściem do wielu prawideł gatunku. Bawiłam się przy niej dobrze, ale nie wiem, czy sięgnęłabym po nią, gdybym wiedziała, że pokazana historia prowadzi donikąd, a fabuła rozmywa się ostatecznie, gubiąc potencjalnie ciekawe wątki i nie dochodząc do żadnej konkluzji. Jeśli oglądać – to z założenia jako komedię, nie jako „bijatykę”. Wtedy ma szansę się sprawdzić i spodobać.

Avellana, 29 kwietnia 2012

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Studio Pierrot
Autor: Ryuuhei Tamura
Projekt: Takeshi Yoshioka
Reżyser: Nobuhiro Takamoto
Scenariusz: Masahiro Yokotani