Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Forum Kotatsu

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

4/10
postaci: 3/10 grafika: 7/10
fabuła: 5/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 10
Średnia: 5,9
σ=1,58

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Avellana)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Suite Precure♪

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2011
Czas trwania: 48×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Suite Pretty Cure♪
  • スイート プリキュア♪
Tytuły powiązane:
Widownia: Shoujo; Postaci: Magical girls/boys, Uczniowie/studenci; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Magia
zrzutka

Powrót do korzeni, czyli stare pomysły i nowe błędy. Czy to na pewno o ten efekt chodziło?

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: seshiro

Recenzja / Opis

W muzycznym królestwie Major Land odbywa się doroczna uroczystość, której zwieńczeniem ma być odśpiewanie przez specjalnie wybraną do tego celu wróżkę Melodii Szczęścia, zapisanej w magicznej partyturze. Radosne święto zostaje jednak zakłócone przez króla Minor Landu, zamierzającego zagarnąć partyturę i przekształcić jej zapis w Melodię Rozpaczy. Aby do tego nie dopuścić, królowa Major Landu pozwala, by magiczne nuty z partytury uciekły na Ziemię i tam się ukryły. Niedoszła wykonawczyni Melodii Szczęścia, kociokształtna wróżka Hummy, ma za zadanie odszukać nuty, zaś wspierać ją mają legendarne wojowniczki Pretty Cure. Oczywiście jej śladem wyrusza wróżka Siren, która miała zaśpiewać Melodię Rozpaczy.

Tymczasem na Ziemi, w słynącym z muzyki mieście Kanon, Hibiki Houjou i Kanade Minamino nie rozmawiają ze sobą od ponad roku, chociaż dawniej były najlepszymi przyjaciółkami. Okazuje się jednak, że to właśnie one dwie są predestynowane do zostania magicznymi wojowniczkami, Cure Melody i Cure Rhythm. Kiedy wezwany przez Siren potwór zaczyna zagrażać miastu, nie ma czasu na kłótnie – trzeba połączyć siły i go pokonać! Jednak dla skłóconych tak długo dziewcząt transformacja i walka wymagające pełnej harmonii będą jeszcze długo poważnym wyzwaniem!

Po raz pierwszy od bardzo dawna powrócono tu do wyjściowego konceptu cyklu Precure – dwóch wojowniczek, które muszą się przemieniać i walczyć razem. Szczerze mówiąc, zawsze lubiłam ten pomysł, ograniczający trochę możliwości fabularne, ale przynajmniej nieściągnięty znikąd. Tym bardziej żałuję, że wykorzystano go w serii, która pod wieloma względami jest zwyczajnie nieudana. Żeby było zabawniej (chociaż co w tym zabawnego), pod względem samego poprowadzenia fabuły – w sensie pomysłów na ważniejsze zwroty akcji – w zasadzie nie ma na co narzekać. Scenarzyści przygotowali kilka niespodzianek, szczególnie w drugiej połowie serii, pozwalających na interesujące przetasowania w układzie sił. Tyle tylko, że widać tutaj idealnie, dlaczego w przyzwoitej serii wszystkie elementy składowe muszą ze sobą współgrać. Co komu po ciekawych zwrotach akcji, kiedy są one wprowadzane bez przygotowania i rozwiązywane zbyt szybko, a do tego fatalnie „zagrane” przez bohaterów (o których mowa będzie dalej), których reakcje i działania są po prostu okropnie sztuczne? Ta sama sztuczność i – co gorsza – nuda – prześladuje odcinki skupiające się na perypetiach bohaterek, szczególnie w pierwszej połowie serii.

Największą wadą Suite Precure jest zalanie pokazanego świata grubą warstwą mdlącego lukru. Na pewno taka ocena wiele osób zdziwi – cały ten cykl (a szerzej – gatunek magical girls) pełen jest rzeczy uroczych, błyszczących, puchatych i generalnie takich, jakie zgodnie ze stereotypami powinny lubić wszystkie dziewczynki. Jednakże we wcześniejszych seriach ten kiczowaty sztafaż dotyczył głównie rzeczy i krain magicznych, natomiast świat ludzi był pokazany w sposób wyidealizowany, ale mimo wszystko w miarę normalny. Rodzice bohaterek (podobnie jak inni dorośli) byli generalnie mili, pełni ciepła, życzliwi światu i cierpliwi, jednak pozostawali ludźmi, jakich można by spotkać naprawdę, gdyby mieć dość szczęścia. Rodzice Hibiki i Kanade, a także wszyscy pokazywani tu mieszkańcy Kanon, zachowują się tak, jakby od rana do nocy napychali się środkami, których sprzedaż w większości państw jest surowo zakazana. Całkowicie oderwani od rzeczywistości, promieniują euforycznie­‑maniakalnym szczęściem z powodu każdego drobiazgu, a po godzinach grają na różnych instrumentach albo zachwycają się muzyką, obowiązkowo pogodną i poprawiającą nastrój. Jeśli zaś zostanie im jeszcze trochę czasu, spędzają go na wygłaszaniu przemów. Gdy tak się składa, że bohaterka (lub dowolna inna postać) ma jakiś problem, w przeciągu pięciu minut (jak w zegarku!) pojawia się kobieta, mężczyzna, starzec lub dziecko, którzy całkiem przypadkiem recytują w przestrzeń straszliwie drętwy monolog o znaczeniu przyjaźni/miłości/muzyki/babeczek z lukrem, pomagający danej osobie uświadomić sobie, Co Jest Ważne.

Na tle tego stada ludzi z landrynkami zamiast mózgów poznajemy Hibiki i Kanade, teoretycznie nieidealne (a przez to interesujące), ale w praktyce najzwyczajniej antypatyczne. Szczerze mówiąc, po raz pierwszy w tym cyklu zdarzyło mi się zapałać do obu głównych bohaterek szczerą niechęcią. Pierwszy sygnał ostrzegawczy odebrałam w drugim odcinku, zdradzającym kulisy ponadrocznego rozdźwięku między nimi – naprawdę trudno by mi było wymyślić głupszy powód, nie mówiąc już o tym, że poważnie powątpiewam w prawdziwą przyjaźń, którą jest w stanie na tak długo zrujnować błahe nieporozumienie. Jak się okazało, to była dopiero przygrywka do tego, co ta seria jest w stanie pokazać jako „rozwój” charakterów. Postawione przed jakimkolwiek problemem związanym z relacjami międzyludzkimi postaci reagują na jeden z dwóch sposobów. Pierwszy tryb (szczególnie na początku serii) zakłada, że natychmiast wierzą w dowolnie absurdalne oszczerstwo lub pomówienie, a każde nieporozumienie interpretują maksymalnie na niekorzyść drugiej osoby. Nie mają też zwyczaju uciekać się do tak pospolitych metod, jak szczere porozmawianie z kimś albo zwyczajne zapytanie, co się dzieje. Jeśli to się wydaje irytujące, do furii może doprowadzać drugi tryb: „Nieważne, co robisz, ja i tak w ciebie wierzę!”, w którym ta deklaracja jest połączona z całkowitym brakiem refleksji, próby zrozumienia czyjegoś zachowania czy też pomocy. Połączmy to teraz jeszcze z manierą polegającą na niemówieniu wprost absolutnie niczego, z kluczowymi rzeczami włącznie (w tym z kolei celują bliscy bohaterek), i w rezultacie otrzymujemy czystą schizofrenię: serię jednocześnie zalaną lukrem i prezentującą potwornie toksyczne relacje.

Podobnie jak w Futari wa Precure, postanowiono obdarzyć Hibiki talentami sportowymi i energicznym charakterem, zaś Kanade pokazać jako spokojne dziewczę osiągające wybitne wyniki w nauce (i uwielbiające piec ciasta). Te początkowe założenia błyskawicznie idą do śmieci – o ile jeszcze wytwarzanie przez Kanade hurtowych ilości babeczek z lukrem jest w fabule potrzebne, o tyle poza pierwszym odcinkiem rzadko kiedy widujemy Hibiki w stroju sportowca (a w pewnym momencie dowiadujemy się, że jej życiowym powołaniem jest gra na fortepianie). Poza tym, kiedy przebrzmią już początkowe nieporozumienia (czyli za połową serii), obie dziewczyny zachowują się już właściwie tak samo, jedząc sobie z dzióbków i powtarzając deklaracje o wiecznej przyjaźni. Na ich tle zdecydowanie bardziej interesująca jest trzecia członkini Pretty Cure, czyli Cure Beat – ponieważ dołącza do zespołu w połowie serii, nie chcę tu zdradzać jej tożsamości. Nie da się niestety ukryć, że zostanie magiczną wojowniczką upośledza także i jej procesy myślowe (przestawiające się na lukier i wieczną przyjaźń), ale mimo wszystko pozostaje ona postacią wyrazistą i – w odróżnieniu od Hibiki i Kanade – sympatyczną. Najmniej mogę napisać o Cure Muse (notabene, wiedzieliście, że Muza to imię bogini muzyki? Bo ja nie…), po części dlatego, że bardziej istotny udział w wydarzeniach zaczyna brać dobrze za trzydziestym odcinkiem, a po części dlatego, że okazuje się niezbyt ciekawą osobą. To zresztą także przykład zmarnowanego potencjału. Widać niestety wyraźnie, że scenarzyści w ogóle nie radzą sobie z koncepcją osoby dobrej i szlachetnej, ale mającej bardziej wyrazisty charakter: umieją zastosować tylko wersję mdło­‑lukrowaną poprzedzielaną scenami, w których dana osoba zachowuje się antypatycznie. Czy nie za dużo tego lukru na jedną recenzję?

Złowieszczy Minor Land zamieszkuje w sumie pięć osób. Pomysł na Trio Minor, trzech facetów śpiewających różnymi głosami, nie był najgorszy, ale niestety ucierpiała na tym indywidualność poszczególnych członków tego zespołu (mówiąc w skrócie: brakuje jej). Znacznie barwniejszą postacią jest król Mephisto, uroczy choleryk i raptus, którego wątek kończy się niestety wyjątkowo antyklimatycznie. Najbardziej jednak udana z tego towarzystwa (a przy okazji chyba ze wszystkich bohaterów serii) jest Siren, występująca na przemian pod postacią czarnej kotki i nastolatki o lekko cygańskiej urodzie. Szczerze mówiąc, to głównie dzięki niej byłam w stanie obejrzeć Suite Precure, a chociaż w drugiej połowie serii jej charakter trochę się psuje (w zasadzie poprawia, ale mówię o efektach), mimo wszystko pozostaje postacią barwną i interesującą. Reprezentacja Major Landu składa się z królowej Aphrodite (bierno­‑słodkiej lalki w wyjątkowo niekorzystnej, baloniastej kiecce), pustogłowej kociczki Hummy oraz siedmiu duszków Fairy Tones, pomagających bohaterkom w transformacjach i w walce.

Kanon jest wyraźnie stylizowane na miasta europejskie (podobny zabieg zastosowano w Yes! Precure 5), natomiast sam świat przedstawiony stanowi mieszankę współczesności ze stylem retro. Prawie nie widać samochodów, bohaterki nie mają komórek, a w domu Hibiki jest staroświecka budka telefoniczna, choć jednocześnie rozmawia ona z matką przez umożliwiający wideokonferencję laptop. Major Land składa się z jednego pejzażu (niebrzydkiego) i pustych przestrzeni pałacu, najbardziej jednak raziły mnie „samogrające” instrumenty. Chyba nie o ten efekt chodziło, bo mnie ludzkie ręce wyrastające z kontrabasu czy innego fortepianu i wyginające się pod przedziwnym kątem, żeby na nim grać, kojarzyły się raczej z pomysłami z horrorów Junjiego Itou niż z serią dla dzieci. Minor Land to także pojedyncza sceneria – wyrastające z wody skalne słupy i ponura sala, a wszystko zatopione w fioletowym świetle.

Mam mieszane uczucia, jeśli chodzi o projekty postaci. Pewne elementy bardzo mi się podobały – przede wszystkim leciutko „kocie” oczy Hibiki i ludzkiej postaci Siren. Inne, jak absurdalnie obfite włosy w cukierkowych kolorach, jakie Pretty Cure mają po przemianie, mniej, chociaż doceniam, że tu także bohaterki zmieniają się w dostatecznym stopniu, by uzasadnić, dlaczego nie są rozpoznawane. Inna rzecz, że często robią to przy świadkach i jakoś nigdy nikt niczego nie zauważa, ale to nie temat do omawiania przy okazji grafiki. Doszłam do wniosku, że projekty postaci do pewnego stopnia mogą odpowiadać za ich negatywną ocenę. Bohaterki wyglądają tu zdecydowanie najdoroślej ze wszystkich znanych mi serii Precure – teoretycznie jak zwykle są w drugiej klasie gimnazjum, a proszę je porównać chociażby z obsadą któregoś Futari wa Precure, o Heartcatch Precure! nawet nie wspominając. Problem polega na tym, że w parze z tym wyglądem nie idzie odrobinę bardziej dojrzałe zachowanie (jak miało to miejsce we Fresh Precure!) – kontrast między niemal­‑dorosłym wyglądem a zachowaniem pasującym do samolubnego dziecka (w wieku podstawówkowym, nie gimnazjalnym) jest zwyczajnie rażący. Cała reszta oprawy wizualnej, czyli tła i animacja, trzyma się w stanach średnich dla cyklu, z okazjonalnymi spadkami jakości (nieuniknionymi w przypadku tak długiej serii).

Czołówka także jest typowa – energiczna piosenka w dwóch wariantach, służąca głównie wbiciu widzom w głowę tytułu (sądząc po częstości jego powtarzania). Ponieważ – po raz kolejny zresztą – w trakcie czołówki okazjonalnie reklamowane są powiązane z serią filmy, chciałabym tu ostrzec widzów. Te klipy zawierają przegląd kluczowych scen, jeśli więc ktoś planuje oglądać kinówki, a nie chce z góry wiedzieć, co się będzie w nich działo, zalecam przewijanie tych sekwencji. Dwóm (niewyróżniającym się) piosenkom w endingu towarzyszą sekwencje taneczne i zwraca uwagę, że tutaj zdecydowanie lepiej poradzono sobie ze stopieniem tradycyjnego rysunku z modelowaniem komputerowym – po raz pierwszy bohaterki rzeczywiście wyglądają jak wersje z serialu, a nie jak specjalnie dorobione do tych ujęć lalki. Muzykę oceniłam natomiast surowiej niż poprzednio – chociaż jakościowo nie odbiega od tego, co słyszeliśmy do tej pory. Jest to rzemieślnicza robota i w innej serii z tego cyklu nie uważałabym tego za problem, tu jednak motywem przewodnim jest muzyka, należy więc wymagać ciut więcej. Tymczasem słyszymy wprawdzie ładne melodyjki na instrumenty klasyczne, ale szybko się okazuje, że każda z nich to najwyżej kilkunastosekundowy motyw muzyczny, powtarzany w kółko z niewielkimi wariacjami. Dotyczy to nawet Melodii Rozpaczy (skądinąd ładnej i nastrojowej) i Melodii Szczęścia, które powinny przecież być utworami popisowymi. Pozostaje współczuć mieszkańcom Major Landu, którzy co roku musieli wysłuchiwać Melodii Szczęścia, obowiązkowo się nią zachwycając.

Cykl Precure najwyraźniej zrezygnował już z zatrudniania mało doświadczonych seiyuu do głównych ról, stawiając na uznane gwiazdy (albo przynajmniej gwiazdki). W roli Hibiki usłyszymy Ami Koshimizu (m.in. Tenma ze School Rumble, Kallen z Code Geass, Horo ze Spice & Wolf), Kanade zagrała Fumiko Orikasa (m.in. Meia z Vandread, Rukia z Bleach, Riza Hawkeye z Fullmetal Alchemist: Brotherhood), natomiast Siren to Megumi Toyoguchi (m.in. Revy z Black Lagoon, Sei Satou z Maria­‑sama ga Miteru, Klan Klan z Macross Frontier). Ciekawostką jest występ Kotono Mitsuishi, znanej przede wszystkim z tytułowej roli w cyklu Sailor Moon, jako koteczki Hummy – inna rzecz, że poważniejsze sekwencje śpiewu są w tym przypadku podkładane przez prawdziwą piosenkarkę. Niestety w przypadku męskich ról nie ma na czym zawiesić ani oka, ani ucha.

Dla osoby niezaznajomionej z Precure wszystkie te serie wyglądają pewnie tak samo. Proszę więc przyjąć moje słowo, że to jedna z najsłabszych odsłon tego cyklu. Niebrzydkie projekty postaci nie wynagradzają braków scenariuszowych, a drętwe i sztuczne bohaterki zdecydowanie nie wzbudzają sympatii. Suite Precure najlepiej po prostu ominąć, chyba że ktoś jest zakochany w całym cyklu i nie potrafi sobie wyobrazić niezapoznania się z choćby najdrobniejszą jego częścią.

Avellana, 6 sierpnia 2013

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Toei Animation
Autor: Izumi Toudou
Projekt: Akira Takahashi
Reżyser: Munehisa Sakai
Scenariusz: Toshiya Oono
Muzyka: Yasuharu Takanashi