Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 8/10 grafika: 6/10
fabuła: 5/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 4 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,00

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 181
Średnia: 6,6
σ=1,65

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Avellana, IKa)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Astarotte no Omocha!

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2011
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • アスタロッテのおもちゃ!
  • Lotte's Toy
Tytuły powiązane:
Gatunki: Komedia
zrzutka

Ryzykowny pomysł… i zaskakujące wykonanie. Sympatyczna i lekka seria komediowa.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Dziesięcioletnia Astarotte (nazywana też Lotte – Japończycy nie rozróżniają r i l) to nie tylko córka królowej magicznego świata, ale także młodziutka sukubiczka. Jej rasa, jak nietrudno się domyślić, potrzebuje do życia „męskiej energii”, a dorosłe sukuby utrzymują zwykle całe haremy kochanków. Także Lotte powinna już zacząć się interesować mężczyznami… Tyle tylko, że nasza bohaterka przedstawicieli płci brzydkiej nie cierpi i zrobi wszystko, żeby uniknąć kontaktów z nimi. Piłowana przez swoją pierwszą damę dworu, stawia w końcu warunek: pierwszym członkiem rzeczonego haremu ma się stać człowiek. Ponieważ podróże do świata ludzi są od wieków niemożliwe, warunek wydaje się bezpiecznie niespełnialny. Jak łatwo jednak zgadnąć, los bywa złośliwy. I tak oto na dwór księżniczki Astarotte trafia… Nie, wcale nie kolejny pozbawiony kręgosłupa zwykły nastolatek, tylko dwudziestotrzyletni Naoya Touhara. Poszukuje on obecnie pracy, a oferta stanowiska „zabawki” księżniczki brzmi całkiem rozsądnie. Oczywiście pod warunkiem, że będzie mógł przywieźć ze sobą swoją córeczkę Azuhę, rówieśnicę Lotte.

Zazwyczaj w innej kolejności omawiam elementy recenzowanego anime, w tym jednak przypadku postanowiłam zrobić wyjątek i zacząć od czegoś, co zwykle jest na ostatnim miejscu w mojej hierarchii ważności: od fanserwisu. Zdaję sobie sprawę z tego, jak brzmi zamieszczony wyżej opis zawiązania fabuły. Amatorzy „wdzięków” narysowanych nieletnich dziewuszek stanowią z pewnością grupę odbiorców, do której w ostatnich latach skierowanych zostało co najmniej kilka serii anime – problem polega na tym, że ten sam rodzaj fanserwisu inną grupę odbiorców może zwyczajnie brzydzić i zwykle są oni skłonni omijać szerokim łukiem każdy tytuł, który chociażby odlegle podejrzewają o tego rodzaju zawartość. Sama byłam raczej skłonna do takiego zachowania, a do sięgnięcia po Astarotte no Omocha skłoniły mnie dwie rzeczy. Po pierwsze, chciałam na własne oczy ocenić natężenie fanserwisu (z punktu widzenia polskich przepisów prawnych opublikowanie recenzji borderline hentai z udziałem dzieci mogłoby nie być najlepszym pomysłem). Po drugie i znacznie bardziej (dla mnie) obiecujące, stwierdziłam, że autorką (tak, autorką!) mangi, na podstawie której nakręcono tę serię, jest Yui Haga, która pracowała także przy wspominanym przeze mnie niezwykle ciepło Baka to Test to Shoukanjuu. Dlatego też Astarotte no Omocha dostało ode mnie na wstępie zaskakująco duży kredyt zaufania – i nie zmarnowało go ani odrobinę.

Przede wszystkim i po pierwsze, niezależnie od tego, co można w chwili, gdy piszę tę recenzję (a zapewne i długo później) wyczytać w internecie, ta seria nie tylko nie zasługuje na etykietkę borderline hentai, ale nawet nie znalazłam dostatecznych podstaw do przyznania jej wyróżnika ecchi. Owszem, fanserwis się tu pojawia, jednakże pełni rolę bardzo wyraźnie służebną – dodatku i ozdoby, a nie głównego dania. Warto też zwrócić uwagę na rzecz, przynajmniej dla mnie, szalenie istotną: jasne, wśród ww. amatorów narysowanych dzieci znajdą się i osoby, które za „fanserwiśne loli” uznają bohaterki serii magical girls skierowanej do małych dzieci. Dla mnie jednak granicą i wyznacznikiem jest sposób pokazywania dzieci – a w Astarotte no Omocha dzieci zachowują się jak dzieci, a nie jak nieletnie prostytutki z kliniczną nimfomanią. Owszem, tu i tam pojawiają się jakieś majtki, jednakże kamera nie „obmacuje” bohaterek ani nie wjeżdża im pod ubranie, natomiast śmielszy fanserwis (bo i taki się czasem pojawia) oraz bardziej ryzykowne aluzje dotyczą wyłącznie postaci dorosłych. Część swojego „czarnego PR­‑u” ta seria bez wątpienia zarobiła zarówno celowo ryzykownym pomysłem wyjściowym, jak i szalenie bezpruderyjnym podejściem do spraw związanych z seksem – ale właśnie dzięki temu całe podejście do erotyki jest tu niezwykle naturalne i pozbawione nieprzyjemnych podtekstów.

Fabuła zatem stanowi po prostu ciąg epizodów z życia Lotte i jej dworu, obracających się w dużej mierze wokół sposobów, na jakie Naoya i Azuha starają się dotrzeć do księżniczki i wyciągnąć ją z jej skorupy. Całość najbardziej przypomina okraszone magią okruchy życia – zwyczajnym wydarzeniom nadaje się tu duże znaczenie dzięki towarzyszącym im emocjom, a te emocje (przede wszystkim niewymuszone ciepło) potrafią się udzielać widzom. Humor jest na dobrym poziomie i w dobrym wyważeniu, nie psuje momentów, które powinny raczej wzruszać – a te wzruszające momenty nie przekształcają się nigdy w tandetny melodramat. Mimo optymistycznego wydźwięku serii trudniejsze kwestie, takie jak relacja Lotte z matką, nie są rozwiązywane od razu i po łebkach: widać wyraźnie, że fabuła rozplanowana jest na dłuższy dystans i nie próbuje sięgać po najprostsze chwyty. A jednak (a może: właśnie dlatego) nie odejmując ani punktu za fanserwis, muszę ich odjąć trochę za fabułę, której problemy, co bardzo ostatnio częste, wiążą się z byciem adaptacją dłuższej i niezakończonej mangi. W efekcie fabuła samego anime nie do końca się broni, przynajmniej w oczach tych, którzy oczekiwaliby jakiegoś spójnego wątku. Owszem, pojawia się wyraźnie wątek łączący wydarzenia (trudno go na tym etapie nazwać głównym), ale stawia on ciekawe pytania, rzuca zaskakujące światło na kilka spraw, a potem… urywa się po prostu, bez żadnej konkluzji czy odpowiedzi. Osoby, którym tego rodzaju konstrukcja fabuły nie przeszkadza (albo które nie mają nic przeciwko sięgnięciu po mangę), nie muszą traktować tego jako wady – ja jednak staram się rozpatrywać serie anime jako zamkniętą całość i odpowiednio do tego je oceniać. Drugim, mniej może poważnym problemem, jest tempo wydarzeń: ja wiem, że „okruchy życia” to nie „kino akcji”, ale niektóre odcinki (szczególnie początkowe) ciągnęły się trochę bardziej, niż musiały. Przypuszczam, że to także wynikało z wymogów adaptacji, która musiała „rozplanować” materiał na dwanaście odcinków, żeby zakończyć we właściwym miejscu.

Nie jestem zwykle specjalną fanką postaci odtwarzanych przez Rie Kugimiyę, ale muszę przyznać, że idealnie pasuje ona do roli Lotte i znacznie lepiej sprawdza się, grając dziesięciolatkę, niż wcielając się w sztucznie udziecinniane nastoletnie bohaterki. Sama Lotte zresztą jest bardzo udaną postacią: przekonująco dziecinną, a przy tym potrafiącą zachować się dojrzalej, pamiętającą o swoim statusie społecznym, a jednak mocno jeszcze bezradną w „dorosłym” świecie. Doskonale partneruje jej stanowiąca całkowite jej przeciwieństwo ekstrawertyczna i pogodna Azuha – która także, jako córeczka samotnego i bardzo młodego ojca, potrafi być znacznie bardziej dojrzała, niż można by w pierwszej chwili przypuszczać (w jej roli usłyszymy również bardzo popularną w ostatnich latach seiyuu, Yukari Tamurę). Co do samego Naoyi mam trochę mieszane uczucia. Na pewno jest niezwykle sympatyczny, a w jego staraniach i zachowaniu widać zawsze troskę o innych. Naturalną ojcowską relację z Azuhą przenosi po części na Lotte i naprawdę widać, że zależy mu na jego bliskich. Nie ukrywam jednak, że nie do końca sprawdził sie w jego przypadku projekt postaci, w połączeniu ze zdecydowanie zbyt wysokim głosem wcielającej się w jego rolę Riny Satou sprawiający, że prędzej można by ocenić jego wiek na lat 13 niż 23.

Postaci drugoplanowe są postaciami drugoplanowymi w ścisłym tego słowa znaczeniu. Fabuła koncentruje się na wymienionej powyżej trójce i poza nimi nikt nie dostaje własnych oddzielnych wątków, o nikim też zbyt wiele się nie dowiadujemy. Dlatego też trudno cokolwiek napisać o pozostałych bohaterach – wypełniają swoje role, ale nie dostają okazji, żeby jakkolwiek je poszerzyć. Mimo to budzą sympatię – szczególnie pragmatyczna pierwsza dama/ochmistrzyni dworu Lotte, Judit, a także matka Lotte, królowa Mercelida. Ta ostatnia ma też zadatki na doskonałą postać – jest niezwykle przekonująca i naturalna, a przy tym zaskakująco niewulgarna jak na dorosłą, w pełni rozwiniętą sukubicę – widać również, że z pewnością odegra ważniejszą rolę w przyszłych wydarzeniach, ale w serii jej udział jej najwyżej epizodyczny. Jak na dwanaście odcinków wprowadzone zostało sporo postaci – może trochę nawet za dużo, bo część z nich (na przykład książę Sigurd wraz z przyległościami lub wampirzyca Erika) sprawia wrażenie wepchniętych trochę bez pomysłu na udział w fabule, przynajmniej na tym jej etapie, jaki udaje nam się poznać w serii telewizyjnej.

Niewątpliwie najsłabszym (chociaż z pewnością nie najważniejszym) elementem składowym Astarotte no Omocha jest grafika – i to na kilku poziomach. Owszem, postaci mają sympatyczną mimikę, ale przy byle odjeździe kamery stają się kanciaste i uproszczone, a ich ruchy – sztywne. Poza tym mnie akurat wyjątkowo rażą błyszczące rumieńce na każdym zaokrągleniu ciała (np. na ramionach) – kojarzą mi się mało apetycznie, z oparzeniem słonecznym albo chorobą skóry. Nie wykorzystano także w najmniejszym stopniu potencjału, jaki dawał fantastyczny, wielorasowy świat, w którym rozgrywa się niemal cała akcja (a w którym to podobno ludzie są nieznani), ponieważ właściwie wszystkich bohaterów można zakwalifikować do kategorii „człowiek ze szpiczastymi uszami” – nawet dodatkami w postaci ogonka czy skrzydeł pochwalić się mogą tylko Lotte i jej matka. Tła na pierwszy rzut oka zrobiły na mnie niezłe wrażenie – pastelowe i uproszczone, kojarzyły się z bajkami dla dzieci i dobrze pasowały do baśniowego świata. Szybko jednak stały się dość monotonne – widzimy ich kilka na krzyż, a uproszczenie jednak nie do końca sprawdziło się w zestawieniu z rysunkiem i animacją postaci. Rozumiem, że to anime nie miało najwyższego budżetu, ale widziałam już znacznie lepiej „przyrządzone” serie niskobudżetowe i mogę spokojnie powiedzieć, że twórcy mogli się bardziej postarać w ramach dostępnych środków. Broni się za to ścieżka dźwiękowa, ciepła i sympatyczna, jak na tego rodzaju serię przystało. W czołówce usłyszymy klasycznie j­‑popową Tenshi no Clover w wykonaniu Aimi, ale absolutną perełką jest bezpretensjonalna i nastrojowa piosenka towarzysząca napisom końcowym, Manatsu no Photograph Azusy (warto też zwrócić uwagę na prościutką, ale wyjątkowo urokliwą animację).

Pomijając tę drugą grupę docelową, dla której słodkie, nieletnie (i narysowane, nie zapominajmy o najważniejszym!) dziewuszki są wartością najwyższą samą w sobie, Astarotte no Omocha mogę zaproponować każdemu, niezależnie od płci, kto ma ochotę na sympatyczną komedię z udanymi bohaterami. Ze względu na część wątków i aluzji nie jest to pozycja dla dzieci, ale jeśli chodzi o fanserwis, to nie widziałam tu chyba niczego, co można by było „odcenzurować” w wersji DVD/BD. Odradzam tylko tym, którzy po zasięgnięciu opinii wszechwładnego internetu „wiedzą” z góry, z jakiego rodzaju serią będą mieli do czynienia – po co mają sobie psuć nerwy? Wahającym się polecam posłuchanie Manatsu no Photograph i wyobrażenie sobie serii anime idealnie pasującej do tej piosenki. Bo takie właśnie jest naprawdę Astarotte no Omocha.

Avellana, 1 lipca 2011

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Diomedea
Autor: Yui Haga
Projekt: Mai Ootsuka
Reżyser: Fumitoshi Oizaki
Scenariusz: Deko Akao
Muzyka: TWINPOWER