Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Yatta.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 7/10 grafika: 9/10
fabuła: 7/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 12 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,33

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 440
Średnia: 7,89
σ=1,5

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Nisemonogatari

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2012
Czas trwania: 11×24 min
Tytuły alternatywne:
  • 偽物語
Widownia: Seinen; Postaci: Uczniowie/studenci, Youkai; Pierwowzór: Powieść/opowiadanie; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność
zrzutka

Kontynuacja Bakemonogatari z masą szalonego fanserwisu i zakręconych dialogów, niejednokrotnie niebezpiecznie balansująca na granicy dobrego smaku. Równie łatwo bawi, co wywołuje grymas zwątpienia na twarzy, szczególnie u zachodniego widza.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Anime powstające w studiu SHAFT bez chwili wahania można określić jako twory co najmniej nietypowe. Pomijając charakterystyczny styl oprawy audiowizualnej, mający szereg elementów wspólnych między poszczególnymi tytułami, niemal każda seria jest swoistym eksperymentem, usiłującym wyrwać się z ram gatunku, do którego teoretycznie należy. Starania te równie często przynoszą pożądany efekt w postaci uznania widzów i krytyków, co kończą się całkowitą porażką, zarówno twórczą, jak i handlową. Dlatego też każde nowe anime, przy którym pojawia się nazwisko Akiyukiego Shinbo wraz ze współpracownikami, wywołuje dreszczyk emocji spowodowany nieprzewidywalnością ostatecznego rezultatu.

Nisemonogatari wpasowuje się w ów trend doskonale. Zgodnie z zapowiedzią reżysera, kolejna już adaptacja popularnego cyklu light novel jest początkiem szerzej zakrojonego projektu, mającego na celu przeniesienie na ekran wszystkich części powieści. Enigmatyczny Nishio Ishin, człowiek odpowiedzialny za stworzenie pierwowzorów, ma zresztą na koncie masę równie różnorodnych i wymyślnych dzieł literackich. W tym konkretnym przypadku padło na projekt może i o prostych założeniach, ale niełatwy w realizacji. Absurdalna wręcz ilość fanserwisu i ewidentnie erotyczny podtekst niektórych scen zapowiadały ciężką przeprawę dla twórców, którzy podjęli śmiałą i, przynajmniej marketingowo, udaną decyzję o zignorowaniu powszechnie obowiązujących granic umiaru.

Na rezultaty nie trzeba było długo czekać. Po zaledwie paru odcinkach anime dorobiło się szeregu wiele mówiących przydomków, spośród których choćby Eromonogatari należy do grona tych łagodniejszych. Gargantuiczne dawki fanserwisu odcisnęły swe piętno na każdym niemal odcinku i to nie tylko poprzez spore ilości golizny (w punktach kluczowych zasłoniętej, ale jednak) i powszechne stosowanie ujęć kamery podkreślających każde zaokrąglenie bohaterek. Dwuznaczny kontekst udało się nadać nawet myciu zębów, co w dużej mierze jest oczywiście zasługą autora powieści, ale po przeniesieniu na klatki animacji nabrało takiej pikanterii, że dla widzów dzielących swoje miejsce zamieszkania z innymi lokatorami niezbędnym może się stać przyciszenie głośników…

Kontrowersyjnej otoczce sprzyja bez wątpienia scenariusz serialu. Obejmuje dwa wątki związane z siostrami głównego bohatera, które w poprzedniej części tylko na kilkanaście sekund miały szansę zagościć na ekranie. Tym razem Araragi, zamiast pomagać w nadprzyrodzonych problemach koleżankom i losowo poznanym osobom, musi zwalczyć podobne przypadłości u młodszych przedstawicielek własnej rodziny. Rzecz w tym, że protagonista ma do swych sióstr stosunek dość swobodny, wykraczający poza normalne relacje między rodzeństwem i zmierzający wprost na grząski grunt pełen zuchwałych aluzji. Choć nie ulega wątpliwości, że przerysowanie ma charakter zamierzony i w dużym stopniu parodystyczny, to jednak momentami trudno się do takiego humoru dostroić, zwłaszcza widzom wychowanym w zachodnim kręgu kulturowym. Cierpi na tym również sam Araragi, którego osobowość wydaje się momentami odmienna i płytsza od tego, do czego przyzwyczaiło Bakemonogatari.

Dopiero odetchnąwszy od wszechobecnych dwuznaczności i prób odwołania się do libido widza, zaczyna zwracać się uwagę na drugą dominującą w konstrukcji serialu manierę. Każdy odcinek przeładowany jest dialogami równie często bezcelowymi, co rozbrajająco zabawnymi. Reżyser sam przyznał, że ich niestandardowa ilość była krokiem mającym na celu jak najpełniejsze oddanie ducha konwersacji z light novel – utrzymanych w szybkim tempie i pełnych tak ciętych ripost, jak i odrobinę pretensjonalnych filozoficznych rozmyślań. Efekt jest zadowalający, jednak im poważniejsze sceny, tym sztuczniejsze wydają się wypowiadane kwestie. Zapewne dlatego, że bohaterów trudno uznać za całkowicie normalnych przedstawicieli rasy ludzkiej. Są raczej personifikacjami określonych postaw wyniesionymi do ekstremum, co wzmacnia siłę przekazu, ale odbiera realizm. W takich warunkach upchnięcie w treść dyskusji między postaciami podbudowanych rozlicznymi argumentami konkluzji nie jest rzeczą łatwą i chwilami powoduje uczucie znużenia. Te same wnioski można było z łatwością oprzeć na bardziej skondensowanych i przystępnych w odbiorze podstawach.

Słowotok staje się z kolei niezaprzeczalną zaletą, gdy chodzi o elementy komediowe, których tu nie brakuje. W znacznej mierze opierają się właśnie na przepełnionych błyskotliwymi tekstami dialogach i choć pewien ich odsetek jest zrozumiały zapewne tylko dla Japończyków, to pozostała część i tak wystarcza, żeby rozbawić do łez. Warto przy tym uprzedzić, że prezentowane przez twórców poczucie humoru jest miejscami mocno absurdalne, równie często sięgając też bez wahania po wspomniany już zuchwały fanserwis. Jednoznacznie pochwalić należy za to bogactwo form i nawiązań do rozmaitych tradycji animowanej komedii, jak choćby amerykańskich kreskówek z pierwszej połowy XX wieku. Jeśli więc skupić się na warstwie stricte rozrywkowej i przymknąć oko na rozmaite fabularne niedoróbki, Nisemonogatari wiele zyskuje.

Myśli od wszelkich niedoskonałości pomaga odciągnąć także całokształt oprawy audiowizualnej, zrealizowanej w tak typowym dla studia stylu i przy użyciu sprawdzonych środków. Już od początku pierwszego odcinka oczy atakuje feeria zmieniających się niemal przy każdej scenie barw oraz pokaz ekstrawaganckich kształtów składających się na niepowtarzane tła i lokacje, jak choćby łazienka Araragiego, swą przestronnością, stylem architektonicznym i wszechobecnymi witrażami przypominająca bardziej górne piętro katedry niż sterylne pomieszczenie z wanną. Wrażenia wzmacnia co jakiś czas pojawiająca się chwilowa zmiana stylu rysunku oraz sposób operowania kamerą, przejawiający się szybką zmianą ujęć i stosowaniem nietypowych kadrów. Także bohaterowie zazwyczaj nie mogą usiedzieć na miejscu, nawet podczas zwykłej rozmowy nie wahając się na przykład chodzić na rękach albo przybierać teatralne pozy. Cieniem na całości kładzie się jedynie czysto obiektywna jakość wykonania poszczególnych elementów, gdyż powszechne wykorzystanie komputerów i widoczny momentami pośpiech ekipy sprawiają, że rysunek z rzadka staje się dość szpetny.

Bogactwem stylów charakteryzuje się również ścieżka dźwiękowa. W konstrukcji openingu i endingu zastosowano typowe, ale wpadające w ucho j­‑popowe utwory charakteryzujące się pewną dozą świeżości, choćby poprzez nawiązanie stylizacją do japońskich pieśni enka. Reszta repertuaru wykorzystuje motywy znane z Bakemonogatari, rozbudowane o kilka dodatkowych, przy czym podkreślić należy stonowanie większości z nich. Spokojne i dobrze dobrane, nie zakłócają seansu i nie straszą kakofonią w najmniej odpowiednich momentach. To powiedziawszy, nie obraziłbym się jednak za nieco żwawsze podkreślenie akcji i nieco większą dozę oryginalności w tym elemencie.

Jednoznaczna ocena Nisemonagatari konsekwentnie przyprawiała mnie o ból głowy, ponieważ gdy tylko wydawało mi się, że doszedłem ze sobą do konsensusu, każdy kolejny odcinek wprowadzał nową, istotną zmienną, mającą zaważyć na ogólnym wrażeniu. Mało konkretny początek, poważniejszy i nieco usypiający ciąg dalszy plus nieliche porcje fanserwisu, chwilami autentycznie przesadzonego, szybko ochłodziły mój wstępny entuzjazm. Nie mogę jednak stwierdzić, że anime zawodzi, ponieważ ilekroć ogarniało mnie zwątpienie, twórcy, odwołując się do treści powieści, wyskakiwali z pomysłem tak niespodziewanym i pozytywnie zakręconym, że wszelka chęć do głębszej krytyki mijała jak ręką odjął. Jest to niewątpliwie anime mniej ambitne (i zauważalnie słabsze) od poprzedniczki, czemu zresztą dają wyraz sygnały płynące od samych autorów. Jednakże oglądanie bez zapoznania się z Bakemonogatari i tak nie ma najmniejszego sensu, tak więc zapewniam jedynie, że jeżeli wcześniejsze przygody Araragiego i jego małego haremiku śledziliście z zainteresowaniem, to nadal będziecie się dobrze bawić (antyfani znajdą tu zaś swe najgorsze koszmary podniesione do setnej potęgi). Na nic więcej niż niekonwencjonalny odpoczynek dla zmęczonych neuronów nie warto jednak liczyć.

Tassadar, 23 marca 2012

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: SHAFT
Autor: Ishin Nishio
Projekt: Akio Watanabe, Vofan
Reżyser: Akiyuki Shinbou
Scenariusz: Akiyuki Shinbou, Fuyako Azuma
Muzyka: Satoru Kousaki